Translate

26 stycznia 2026

Swiat oszalal! cz.1

    Czas mi drastycznie przyspiesza, dopiero byl sylwester, a juz mamy prawie koniec stycznia. Z jednej strony to tempo jest przerazajace, z drugiej moze to i lepiej, ze koniec zycia coraz blizszy, bo swiat, w jakim przyszlo mi obecnie zyc, coraz mniej mi sie podoba. Poczawszy od nawalu obowiazkow w domu, co przy podupadajacym zdrowiu zaczyna byc coraz bardziej uciazliwe, po sytuacje globalna.
   Jak myslicie, czy proces destabilizacji Europy i calego pozostalego swiata zachodniego, ktory rozpoczal sie dosc dawno, ale ruszyl lawina po otwarciu granic przez Merkel w 2015 roku, jest dla pewnej grupy politykow jakims zaskoczeniem? Gdyby tak bylo, juz po 2-3 latach byl czas na reakcje i pierwsze deportacje przestepcow, a tymczasem przestepcow nie tylko nie deportowano, ale karano niewspolmiernie lagodnymi sankcjami, nawet za zbrodnie. Mimo srodkow pozwalajacych okreslac wiek sprawcy, przyjmowano ich "odmladzanie" za dobra monete i zgodnie z tym karano. Malo tego, sprowadzano coraz wiecej migrantow, rozdawano im mieszkania, domy, tolerowano wielozenstwo, wierzono na slowo w "pozostawione dzieci" i placono na nie, nie warunkowano pobytu aktywnoscia zawodowa, pozwalano rabowac panstwo kosztem wlasnych obywateli, ktorym wydluzano czas przejscia w stan spoczynku, podnoszono podatki, rabowano w bialy dzien. Patrzono, jak rosna struktury przestepcze, jak migranci sie organizuja, zbroja, nie zrobiono NIC, zeby w pore zapobiec przejmowaniu panstw przez kolorowych przestepcow. Malo tego, wlasnych obywateli krytykujacych ten stan, szufladkowano jako nazistow, a powstale i rosnace w sile partie narodowe probowano delegalizowac i klasyfikowac jako faszystowskie, w co chetnie wierzyly osoby nie majace wprawdzie bladego pojecia o prawdziwej sytuacji, ale slepo poprawne politycznie i zyjace w postkomunistycznej bajce, bo dali im paszporty do szuflady i wyremontowali drogi. Dla nich unia byla i jest bogiem.
   Doprowadzono do sytuacji, z ktorej nielatwo wybrnac, choc jeszcze jest realna szansa na odbicie panstwa z rak agresywnych muzulmanow. Czyli pojscie sladem Trumpa, ktory dobrze zaczal, zanim zwariowal. Bezapelacyjne i natychmiastowe deportacje wszystkich przestepcow, wszystkich nielegalnych, wszystkich, ktorym azyl przestal przyslugiwac (Syryjczycy). Zadnych odwolan do sadow i pieciu instancji na koszt podatnika. Jedynie pracujacy mieliby prawo pobytu i to tak dlugo, jak dlugo zachowaliby prace. To chyba sprawiedliwy deal, prawda? Kategoryczny zakaz burek, modlow na ulicy i specjalnych praw, a za nieprzestrzeganie zasad - wypad! Bo to nie europejczycy maja sie dostosowywac do ich zasad, religii czy sposobu ubierania, to oni nie sa tu u siebie i oni musza respektowac  nasze zasady. 
   W Szwecji, Wielkiej Brytanii i Francji juz praktycznie jest za pozno na oddanie panstwa jego prawowitym obywatelom, bandy migrantow o strukturach mafijnych przejely znaczna czesc terytoriow, tam potworzyly struktury rownolegle, gdzie sluzby nie maja wstepu, a prawa danego panstwa przestaly obowiazywac, stworzone zostaly nowe, ich prawa szariatu. Oni juz nawet nie kryja sie, ze przyjezdzaja do Europy czy Australii po bezpieczenstwo, otwarcie mowia o podboju i islamizacji. Jak bardzo im sie to udalo, niech swiadczy sytuacja w Afganistanie, Iranie, Iraku i wielu innych panstwach muzulmanskich, gdzie zmuszono kobiety do noszenia na sobie workow na smieci i bycia smieciem, odebrano im prawa do nauki i glosowania, a panstwa cofnieto do sredniowiecza. Do tego daza w panstwach, gdzie sie wygodnie zagniezdzili, a politycy tylko im to ulatwiaja obdarzajac nienaleznymi przywilejami. 

Rozpisalam sie, wiec reszte przenosze na inny dzien.

24 stycznia 2026

Wyzej s*ac jak du*e mac

    Och, jak ja uwielbiam snobow! No kocham ich nad zycie, bo rozswietlaja mi swiat swoim nadeciem, poczuciem wyzszosci, lepszosci, wiekszej wartosci. Wydaje im sie, ze maja prawo kogokolwiek, w tym mnie, pouczac, stawiac idiotyczne diagnozy, ktore udalo im sie kiedys wyczytac w pismie dla kobiet albo sami uslyszeli przed laty na wlasnej terapii grupowej DDA, wiec mysla (czy to nie naduzycie semantyczne?), ze da sie to doczepic do wszystkich bolaczek innych ludzi. Chwala sie, kim to nie sa, czego nie przeczytali, obejrzeli, wysluchali, muzyka tylko powazna, literatura tylko niestrawna dla innych, puszenie sie i nadymanie do granic pekniecia zylki wiadomogdzie.
   Teraz zapanowala moda na nazywanie zwiazku nieformalnego, konkubinatu czy zycia ze soba na karte rowerowa - rzymskim malzenstwem. Nazwa od poczatku mylaca, bo niezgodna z definicja malzenstwa, jakiegokolwiek, cywilnego czy koscielnego, niosacego ze soba wiele uprawnien, ale i obowiazkow. Nie dla wszystkich oczywiscie, bo biorac pod uwage gremialne uniewaznianie malzenstw przez kosciol katolicki, nie jest to wbrew zalozeniu zwiazek nierozerwalny. Czyli slowa "dopoki smierc nas nie rozlaczy" nie znacza nic, ani dla malzonkow, ani dla kosciola. No chyba, ze kandydat na rozwodnika nie ma odpowiedniej kasy, wtedy kosciolowi przypomina sie, ze jednak malzenstwo dokonane poprzez przysiege przed oltarzem jest nierozerwalne. Pamietacie zapewne Kurskiego, ktory z pierwsza zona i dziecmi pokazywal sie w Watykanie, poddawal blogoslawienstwom Wojtyly, no nie wymiga sie, sa dowody na zdjeciach. A niedlugo potem okazuje sie, ze malzenstwo zostalo uniewaznione przez kosciol i zawarte po raz drugi z inna kobieta. Mnie interesuje tylko jedno. Koscielne uniewaznienie malzenstwa to nie jest rozwod, oni to zawsze podkreslaja, ze nie ma rozwodow koscielnych, malzenstwo moze byc jedynie uniewaznione, to znaczy jakby go nigdy nie bylo. Co wobec tego z potomstwem Kurskiego? Stalo sie nieslubne czy jak?
   Nie on jeden robil szopki z uniewaznieniami, bo teraz jest modnie brac slub za slubem koscielnym. Ale jeszcze modniejsze jest malzenstwo rzymskie. Parka sie spotyka, zakochuje, postanawia zyc razem, ale bez papierow, czesto maja dzieci niosace za soba problemy formalne, czy zostawic je nieslubnymi, czy przyznac sie do ojcostwa, no ale jakos leci. Wystaja na sciankach, bo to glownie celebryci i aktorzy popelniaja te rzymskie malzenstwa, opowiadaja, jak to im dobrze, jak nie potrzebuja papierka, zeby sie kochac i dzielic zycie, a potem trach! Facetowi staje na drodze inna Venus, do dotychczasowej partnerki rzuca w przelocie "poszla wont, tandeta", jak porzadny, to potem placi na dzieci, ale to nie zawsze zrozumiale samo przez sie, bo trzeba z Venus tokowac, a to kosztowne. 
   No i rzymskie malzenstwo rozpada sie jak krysztalowy wazon na miliardy kawaleczkow, a "tandeta" nie ma zadnych praw, jakie mialaby zona, nie ma podzialu majatku, ewentualnych alimentow, gdyby nie pracowala i roznych innych dobrodziejstw. Teraz przystojniak wystaje na sciankach z inna lady, o ktorej niedlugo zacznie opowiadac, ze zyje z nia w rzymskim malzenstwie. Tak wiec rzymskie malzenstwo brzmi efektownie i swiatowo, w kazdym razie ladniej niz konkubinat kojarzacy sie bardziej z patola zakrapiana promilami, ale jest pozbawione tresci prawnej. Taka nazwa dla snobow, zeby czasem nie uzyc tej zle sie kojarzacej.

22 stycznia 2026

Sen mara

    Rzadko raczej pamietam, co mi sie snilo, prawie gotowa jestem wysnuc teorie, ze nic mi sie nie sni, ale wiem, ze to nieprawda. Do wlasciwego funkcjonowania czlowieka potrzebne sa marzenia senne, bo sam proces snu regeneruje cialo, a sny oczyszczaja mozg. Czasem jednak dziwnie to oczyszczanie wyglada i snia sie takie dziwactwa, ze po obudzeniu zastanawiam sie, skad sie cos takiego bierze.
   Bylam w USA, wygladalo, ze pojechalam tam na stale, mialam przy sobie dziecko, cos jakby Zoske, ktore zostalo zapisane do tamtejszego przedszkola. Nie moglysmy tego przedszkola znalezc, choc jechalysmy do niego taksowka, sam taksiarz zatrzymywal sie wielokrotnie i pytal o droge. Wreszcie dotarlismy na miejsce, dziecko wybieglo z auta, ja chyba placilam, bo zostalam dluzej. Drzwi do tej placowki staly otworem, wygladala bardziej jak maly sklep z oknem wystawowym zaslonietym jakimis zoltymi przescieradlami. To moje dziecko przejely dzieci z przedszkola i powiodly ja do wnetrza. Weszlam i ja i zaczelam zalatwiac formalnosci, byl problem jezykowy, bo co chcialam powiedziec slowo po angielsku, to mi sie wlaczal niemiecki. Chodzilo jednak wyraznie o moja daughter, wiec nie mogla to byc Zoska. Bardzo sie staralam przypomniec sobie moj angielski, opornie mi to szlo, ale ze zdania na zdanie coraz lepiej. No i w efekcie nie wiem, czy udalo mi sie zapisac dziecko, a przede wszystkim je znalezc, bo zniknelo gdzies w labiryncie roznych pomieszczen, bo sie obudzilam.
   A tak poza tym to jestem naprawde ciezko przemeczona, caly czas w stanie gotowosci, wzmozonej czujnosci, kiedy nie ma szans na zdrowy relaks, napiecie ze mnie nie schodzi ani na chwile. Cialo odpoczywa w nocy, dusza nigdy. Czasem nachodzi mnie ochota rzucic to wszystko, wyjsc z domu bez kluczy i telefonu, pojsc przed siebie i gdzies w spokoju umrzec, bo przestaje ogarniac to cale zlo, ktore zawladnelo moim zyciem. Tak bardzo brakuje mi kogos, kto by mnie objal, pocalowal i zapewnil, ze wszystkim sie zajmie, zalatwi, pomoze, zebym ja nie musiala lamac sobie glowy przyszloscia, ktora jawi sie wyjatkowo groznie. Czeka mnie operacja wymiany stawu w kolanie, prawie nie moge chodzic, a kiedy postanowilam wbrew wszystkiemu i wbrew bolowi pojsc jednak na przechadzke, to nie tylko wciaz zmagalam sie z ciezka zadyszka, ale po powrocie do domu z przerazeniem zobaczylam, ze to chore kolano jest dwa razy takie jak zdrowe. Odkladam operacje, bo po niej powinnam poddac sie rehabilitacji w sanatorium, a dla mnie juz sam pobyt w szpitalu to wyzwanie, zas wyjazd na minimum trzy tygodnie do sanatorium to rzecz absolutnie niewykonalna. I nie piszcie, ze to  czy tamto mozna zrobic, jesli ja pisze, ze nie moge na tak dlugo zostawic domu, to nie jest to moj kaprys, a zalosna rzeczywistosc, bo wszystkie te opcje zdazylam juz po sto razy przemyslec i odrzucic. Juz raz bylam w szpitalu tydzien i wiem, co zastalam po powrocie.



   Migawki ze spaceru, juz przyroda sie szykuje do przedwiosnia.
   Zadyszka zostala, choc wszyscy lekarze zapewniaja mnie, ze jestem zdrowa, kardiolog, pozniej pulmonolog, ten nuklearny radiolog od tarczycy. Podobnie ten caly Telekom wmawia mi, ze wszystko jest w porzadku, dali przeciez nowy router, wiec czego sie czepiam, a lapek zwalnia w pewnych porach dnia i nawet Netflix odmawia wspolpracy. Wychodzi na to, ze ja wymyslam problemy, bo wedlug lekarzy i milej niewiasty z Telekomu wszystko jest w najlepszym porzadku. Corki oczywiscie pomagaja i sprzataja u nas, ale zadna sie nie wprowadzi na czas mojej nieobecnosci, zeby dopilnowac wszystkiego. W moim zyciu nastala kwadratura kola, zadanie nierozwiazywalne. I wiem, taaak... kiedys zdechne na posterunku i wtedy wszyscy beda musieli sobie jakos beze mnie radzic, jednak chwilowo zyje, pewnie ku utrapieniu niektorych, a poki zyje, to moim zadaniem jest ogarnianie. 

20 stycznia 2026

Znow moge sie wyzyc

    Co ja poradze, kiedy lubie sie wyzywac w urzadzaniu, organizowaniu i zakupach, szczegolnie jesli nie musze az tak bardzo liczyc kasy, a jeszcze lepiej, gdy nie jest to moja kasa. Wprawdzie wtedy, te kilkanascie lat temu, kiedy P. rozstal sie z ta swoja paskuda i adwokat poradzil mu, zeby jak najwiecej wydal na urzadzanie mieszkania, nowy samochod i inne niekoniecznie potrzebne do zycia przyjemnosci, bo o tyle mniej bedzie do podzialu z ta wiarolomna baba, mialysmy z corkami wiecej do dyspozycji i ciezko zaszalalysmy, urzadzajac mu mieszkanie. Teraz juz troche bardziej uwazalam na ceny, za to moglam poszalec sama, bo moje corki sa zbyt zajete, wiec nikt mi nie marudzil. Wybieralam to, co mnie sie podobalo, ale i tak kazdy artykul wysylalam P. albo Guciowi do akceptacji i do wyboru sposrod kilku wybranych przeze mnie. 
   W sobote byl TEN dzien, P. zalatwil kumpla z transporterem, przyjechali i zabrali wszystkie te pudla i paczki z mojej piwnicy. Pojechalam z nimi, zeby pomagac w rozpakowywaniu, ukladaniu, instalowaniu, organizowaniu i pelnej orientacji, czy wszystko doszlo. Oni tymczasem pojechali do starego mieszkania zwozic reszte tego, co tam zostalo w schowku i piwnicy. Tymczasem my z corka P. zajelysmy sie rozpakowywaniem i ukladaniem tam, gdzie zamowione rzeczy mialy trafic. Przy okazji zrobilam P. i Guciowi porzadek w szafach, poukladalam jak trzeba, z sensem i wedlug logiki, a nie po mesku, jak mieli wczesniej. Ciekawe, na jak dlugo im wystarczy. Troche porzadkow zrobilam w kuchni, ale tam musimy dokupic jeszcze dwie szafki wiszace, a po to trzeba podjechac do IKEA, bo kuchnia, ktora zostawila im lokatorka jest wlasnie stamtad, ale na gorze miala otwarte regaly, ktore sa okropne i stojace na nich rzeczy tylko sie kurza. Zamowilibysmy, ale IKEA ma tak sakramencko wysokie koszty wysylki, ze bardziej oplaca sie pojechac osobiscie.
   Po tej calej robocie z przyjemnoscia zrobilam sobie w domu spa, polezalam w pachnacych solach leczniczych, odpoczelam jak trzeba, majac to mile poczucie dobrze wypelnionej misji, ktora choc mnie zmeczyla, to byla satysfakcjonujaca.
    Myslicie, ze to koniec mojej dzialalnosci na niwie? Otusz nic bardziej mylnego, bo okazalo sie, ze brakuje im biurka dla Gucia, konsolki w przedpokoju na router i klucze i paru innych drobiazgow. Mozecie raz zgadywac, kto zajal sie poszukiwaniem i zamawianiem owych rzeczy. Piwnica opustoszala, wiec mam gdzie chowac nowe zamowienia. Jak ja to lubie! 

18 stycznia 2026

Qrde, wojna?

    W srode poznym popoludniem zawyly syreny, trzy serie po trzy sygnaly, co poderwalo mnie na rowne nogi i kazalo myslec o najgorszym. Niedaleko nas, na dachu budynku znajduje sie syrena alarmowa przewidziana glownie do zwolywania czlonkow ochotniczej dzielnicowej strazy pozarnej, co wlasciwie chyba juz nie jest potrzebne, bo kazdy strazak ma smartfon, no ale jest i dziala. Skad to wiem? Ano w kazda pierwsza sobote miesiaca punktualnie o godzinie 12.00 rozlega sie jej trzykrotny lament. Kiedys nawet, odpoczywajac z Toyka na balkonie, nagralam taki probny alarm i moge go Wam zaprezentowac (ogladajcie z glosem)


   Przyzwyczailismy sie do tych comiesiecznych testow w bialy dzien, gdzie wiadomo, ze nic sie nie dzieje, a tylko sprawdza sie skutecznosc alarmu, gdyby niedajbuk cos sie przydarzylo. Raz jeden, odkad tu mieszkamy, a wlasnie minelo 17 lat, syrena odezwala sie, kiedy piorun trzepnal w jakas stacje przekaznikowa  czy tam inne wazne urzadzenie zaopatrujace czesc dzielnicy w prad. Byly to trzy zawycia, jak na filmie. Byly jeszcze dwa dodatkowe alarmy probne, ale wtedy wylo cale miasto, wyly smartfony i wszystko inne do wycia i alarmowania przewidziane. 
   Tym razem jednak zawylo jakos po 17.00 i to w inny sposob niz normalnie, bo w sumie dziewiec razy. Wylecialam na balkon patrzec, a raczej weszyc, czy gdzies w poblizu sie nie pali. Nic, powietrze czyste. Mnie tam zwykle daleko od paniki, ale tym razem zwatpilam i pomyslalam, ze Wolodia jednak zwariowal, choc wczesniej uwazalam go za na tyle zrownowazonego, ze nie porwalby sie sam przeciw wszystkim panstwom NATO. Zreszta ten nasz kanclerzyna na razie tylko obiecuje wyslanie na Ukraine obslugi Taurusow i to wbrew zapowiedzi Putina, ze taki krok uzna on za przylaczenie sie do wojny przeciw Rosji i nie pozostanie bez konsekwencji militarnych. A ze Merz znany jest z nagminnego klamania, cos prawie jak Matolusz, to pomyslalam, ze juz wyslal i zaczal sie atak. Tyle tylko, ze nie bardzo rozumialam, dlaczego padlo na niewazna strategicznie Getynge, sa naprawde ciekawsze miejsca do bombardowania. 
   Rzucilam sie do lokalne strony na fb, ale tam tylko pytania i dywagacje, ze to ewentualnie zwolywanie strazakow, zadnych wyjasnien, ale rowniez zaniepokojenie tym niespotykanym akustycznie alarmem. Przy czym nic wiecej sie nie dzialo. Wreszcie po jakims czasie na stronie naszej lokalnej gazety straz pozarna dala glos, ze nie wiedza dlaczego syreny zaczely wyc, bo nic sie nie stalo, ani pozaru, ani wypadku na pobliskiej A7, ani wycieku jakichs trujacych substancji, ani alarmu bombowego - NIC. Ale badaja i kiedy zbadaja, to poinformuja.
   A mnie przypomnialo sie, ze w poprzednia sobote w Halle zawyly w trybie alarmowym wszystkie syreny, czemu towarzyszyl komunikat w jezyku angielskim, ostrzegajacy o aktywnym strzelcu i wzywajacy do natychmiastowego zamkniecia miasta. Wedlug policji i wladz miejskich przyczyna jest badana, ale wiele wskazuje na cyberatak. Bylo tez kilka prob atakow na tracho-stacje w roznych miastach, zeby powtorzyc sytuacje z Berlina, na szczescie nieudanych. Tak sobie pomyslalam, ze moze i u nas znalazl sie jakis pajac z lewackich bojowek i pobawil sie syrenami.
   Nastepnego dnia o godzinie 9.00 znow rozlegly sie syreny, ale tylko trzy razy, jak w przypadku zwyklej proby, potem byla dluzsza przerwa i znow trzy razy. Musialam juz pojsc do pracy, ale mama mi pozniej mowila, ze wylo jeszcze dwa razy po trzy. Jesli myslicie, ze to koniec, to jestescie w bledzie, bo kiedy pchana ciekawoscia weszlam na nasza lokalna strone na fb, tam juz sie kotlowalo, ludzie wystraszeni pytali, o co chodzi, to jeden zameldowal, ze w okolicznych wioskach tez wyja syreny. Pozniej nastepnego dnia w pracy dowiedzialam sie, ze w innych dzielnicach tez bylo alarmujaco halasliwie. Niby media podaja, ze to sprawa defektu, ale awaria nie moze obejmowac wielu urzadzen i to dosc daleko od siebie rozrzuconych. 
   Ja mysle, ze to kolejny akt sabotazu tych lewackich kretynow z jakiejs grupy wulkanicznej czy innego ostatniego pokolenia, zeby nie wspomniec o antifie, ale mainstream nie chce za glosno publikowac, ze oplacane przez nich pupilki to banda skretynialych przestepcow i terrorystow.

16 stycznia 2026

Sie toczy

    To zycie mianowicie sie toczy, a mnie nielatwo zadowolic. Bo tak, jak lezal snieg i lodowacial, i bylo slisko, a ja w panice odwolywalam wszystkie terminy, bo jakos nie mialam ochoty na stluczki, to bylo zle. W koncu jednak lody zeszly, snieg zaczal topniec, zrobilo sie bezpieczniej na jezdniach, to znow narzekam na wszechobecny zwirek, ktory wnosi sie na butach do chalupy. Mozna nie wiem jak intensywnie wycierac podeszwy, zawsze jakis kamyczek trafi do mieszkania i zgrzyta pod kapciami, a ja mopa z reki nie wypuszczam, usuwam, zamiatam, a one wylaza jak spod podlogi. 
   Pamietacie, jak nam ktoregos dnia zabralo ciepla wode, zadzwonilam do spoldzielni, natychmiast kogos przyslali, a byl to piatek, wiec uratowali nas przed calym weekendem z zimna woda. Wprawdzie zrobili to jakos tak prowizorycznie, widocznie nie bylo jakies czesci, ale zostawili informacje przyklejona na drzwiach suszarni i pomieszczenia dla rowerow, zeby uwazac na przeszkody. Meldujac o braku cieplej wody, przy okazji poprosilam o zreperowanie kaloryfera w lazience, bo mimo odpowietrzania nie grzal w ogole. Przemily hydraulik ze spoldzielni, nawiasem mowiac ten sam, ktory nam prywatnie pomagal przy wymianie deski kibelkowej, bo sruby sie zaparzyly od rdzy i nie sposob bylo je odkrecic, umowil sie telefonicznie, przyszedl, wymienil to pokretlo z cyferkami, bo tam cos sie wylamalo, i kaloryfer grzal od nowa. Tyle tylko, ze my na co dzien nie potrzebujemy ciepla w lazience, grzalismy tylko biorac prysznic, a tymczasem po wylaczeniu tego nowego pokretla na zero, kaloryfer nie przestawal byc tak goracy, ze w lazience zrobilo sie jak w saunie. Nastepnego dnia przed praca zadzwonilam do spoldzielni, zeby ponownie nam tego milego pana przyslali, bo tak skutecznie zreperowal dzien wczesniej, ze mamy za goraco 😯 Pojawil sie, kiedy jeszcze bylam w pracy, wiec kiedy wrocilam, kaloryfer juz stygl. Ufff...
   We wtorek i w srode ino paczki dla P. odbieralam, juz od razu kurierom wskazywalam piwnice, zeby po proznicy nie nosili mi do mieszkania. Szczegolnie ciezka byla szafka techniczna, wysokosci 180, kurier postawil ja na moja prosbe obok drzwi do piwnicy, pozniej zawolalam slubnego i z najwieksza ledwoscia we dwojke przenieslismy ja 3 metry dalej do wnetrza piwnicy. Juz uprzedzilam P. ze ma przywiezc kogos silnego, bo my nawet we trojke tego nie wyniesiemy. A kurier niosl ten ciezar calkiem sam.
   Do tego wszystkiego lapek zaczal mi tak wolno pracowac, ze wielokrotnie chcialam go wywalic przez okno. Najpierw probowalam klasycznych sposobow z restartem routera i lapka, kasowaniem ciasteczek, chwile bylo prawie normalnie, pozniej znow zwalnial, podjelam wiec wspolprace z aplikacja Telekomu, gdzie meldowalam te powolnosc. Aplikacja kazala mi restartowac router i w sumie guzik to wszystko pomoglo. Ale przynajmniej wiedzialam od guru, ktory wpadl po moich jekach i wolaniu o pomoc, ze problem lezy nie w lapku, a  w routerze. I tak byla poprawa, ze mnie nie wyrzucalo calkiem z sieci, jak to mialo miejsce na samym poczatku tych zaklocen. No to postanowilam zadzwonic i porozmawiac z czlowiekiem, nawet dosc szybko mnie polaczylo i trafilam na bardzo fajna niewiaste. Prowadzila mnie zdalnie za raczke, rozne rzeczy robilysmy, dalam jej dostep do routera, stwierdzila, ze szybkosc internetu sie zgadza, na co ja, ze tu nie o szybkosc chodzi, a o jakosc i moc sygnalu, co mi sie gdzies od czasu do czasu pokazuje jako komunikat. Ogladanie np. Netflixa polegalo na czatowaniu na sygnal i wielu przerwach, a moje podcasty, ktorych tylko slucham przez sluchawki, byly jednym wielkim "szczekiem" (takie przerywane mowienie). No tak nie dalo sie zyc, co nie? Pani Telekomowa restartowala moj router jakos od siebie, ja mialam z ponownym wlaczeniem czekac co najmniej kwadrans, po wlaczeniu... cut, mjut - dziala bez zarzutu!!! Kwadrans, a potem znow zwolnil. Pani obiecala zadzwonic nastepnego dnia z pytaniem, czy jej interwencja pomogla. No nie pomogla, wiec obiecala przyslac nowy router, choc ten przeciez tez jest wlasciwie calkiem nowy, dostalam go nie tak dawno po 14 latach uzywania poprzedniego, ktory pewnego dnia postanowil umrzec. I ten nowy do swiat pracowal bez zarzutu, ja nawet myslalam, ze swieta, wiec wiecej osob wisi na komputerach i internety sa przeladowane, ale guru wyprowadzil mnie z bledu, ze to nie ma zadnego znaczenia.
   Mialam tylko dodatkowa robote z podlaczaniem wszystkich smartfonow, lapkow i telewizorow, a to laczy sie z wbijaniem 20-cyfrowego kodu nowego WLANu do wszystkich urzadzen. No niby teraz lata jak nowka sztuka niesmigana, ale moje obawy budza marne dwie kreski mocy sygnalu (powinny byc cztery), czyli podobnie jak w poprzednim jest slaby sygnal. Niemcy, XXI wiek, a cyfryzacja jak w Afryce w latach 90-tych. No bo teraz Afryka jest o dekade w przodzie w stosunku do Niemiec, my mamy wazniejsze wydatki, Ukraina, socjal dla paru milionow pasozytow, pomoc rozwojowa dla calego swiata i najwyzsze skladki w unii, wiec nie zostaje juz nic na poprawe warunkow tutaj i unowoczesnianie internetow. 

14 stycznia 2026

Siewcy paniki

    W ubiegly piatek, zaczeto nas bombardowac alertami, ostrzezeniami, alarmami i wieszczeniem najwiekszej apokalipsy od wiekow. Pozamykano szkoly, apelowano o pozostawanie w domach, jesli ktos nie musi wychodzic, bo nadchodzi pogodowy front-morderca, bedzie bardzo slisko i niebezpiecznie z racji zamarzajacego deszczu. Deszczu nie bylo, jedynie troche sniegu, zadnej slizgawki, przezylismy. Sobota i niedziela byly mrozne, szczegolnie w nocy, kiedy temperatura spadala do dwucyfrowych minusow, ale pogodne i sloneczne, takie dla spacerow. 
   W niedziele po poludniu zaczelo sie od nowa, moja aplikacja KATWARN (skrot od Katastrophen Warnung - ostrzezenie o katastrofie) brzeczala i piszczala, internet zaroil sie na wszystkich platformach od powaznych ostrzezen i informacji o zamknieciu szkol w poniedzialek, bo teraz to juz na pewno drugi front-morderca z marznacym deszczem zbliza sie do nas wielkimi krokami. Miejska komunikacja na biezaco nadaje aktualizacje, na jakich trasach odpadaja pewne linie autobusowe, glownie tam, gdzie sa gorki lub ostre zakrety. To u nas powszechne, miasto lezy w takiej niecce, ma dokola gorki i tam miejskie autobusy moze by i wjechaly, ale czarno widze ich zjazd z tych gorek i to mimo posypywania i solenia ich tras, ale jesli snieg pada bez przerwy albo zdarzy sie gololedz, nie da sie tego szybko ogarnac.
   Tymczasem w poniedzialek rano byla wprawdzie niewielka sniezyca, ale szczesliwie nie spadl zaden marznacy deszcz i tylko dzieciaki w szkolach mialy radoche z dwoch wolnych dni. Ja juz w niedziele zameldowalam w robocie, ze nie mam zamiaru umierac w poslizgach i ze zostaje w domu. Jeszcze bardzo rano panowal mroz -4°C i moglo byc rzeczywiscie slisko na zamarznietym sniegu, ale z uplywem czasu temperatura rosla dosc szybko i o 10.00 bylo juz +1,5°C, a potem jeszcze wiecej. Odczekalam az ociepli sie jeszcze bardziej i pojechalam do drogerii, gdzie mialam sporo do kupienia i nie chcialam laczyc zakupow drogeryjnych z normalnymi we wtorek. Byl spory problem z wyjazdem z miejsca parkingowego, bo kilka dni stal samochod i obok niego utworzyla sie mulda ze sniegu, ktora zlodowaciala, a ja wyjezdzajac, zawislam na tej muldzie i ani w przod, ani w tyl. Kola buksowaly, ja przeklinalam jak szewc, juz mialam leciec po slubnego, zeby mnie stamtad wypchnal, ale jakims cudem zdolalam pokonac przeszkode. Kiedy wrocilam i probowalam wjechac tam z powrotem, to nie dalam rady, musialam szukac mniej wymagajacej luki parkingowej.
   W niedziele mialam w zasadzie odpoczywac, ale zadzwonil P. czy moze po mnie przyjechac, zabrac do nowego mieszkania, zebym sie rozejrzala kobiecym okiem, czego im z Guciem do szczescia brakuje i potem to zamowila. Oni obaj pracuja, wiec wygodniej jest, kiedy zamowione artykuly przyjda na nasz adres, skoro zawsze ktos jest w domu, a oni potem wszystko sobie hurtem odbiora. Juz wczesniej pozamawialam im lampy, wszystkie byly juz zainstalowane przed przeprowadzka, zeby pomagierzy i monterzy mebli mieli jasno przy pracy. Pozapisywalam sobie wszystko i pomierzylam co trzeba, po czym odwiezli mnie do domu, a sami pojechali po kolejne drobiazgi na stare mieszkanie, bo najwazniejsze byly duze i ciezkie meble z ich demontazem i montazem w nowym miejscu, a maly kram mozna juz sobie wozic wlasnym autem, zeby nie naduzywac czasu i wysilku pomocnikow. 
   Akurat swietnie sie zlozylo, bo dokladnie do niedzieli, czyli tego dnia, kiedy bylam u nich, a potem zamawialam, trwala akcja na Payback, ze punkty za zamowione rzeczy (1 punkt za 2 euro) beda liczone 7-krotnie, czyli za to wszystko, co tego dnia dla nich zamowilam, wpadlo mi naraz 3,5 tysiaca punktow, a dodatkowo w drogerii zebralam do kupy ponad 2,2 tysiaca, czyli praktycznie w jeden dzien zarobiona jestem 57 euro, moze to nieduzo, ale cieszy mimo wszystko. Nie dosc, ze wyzylam sie kreatywnie, to jeszcze na tym zarobilam na boku. Ale cos za cos. Praktycznie przez caly poniedzialek mialam zajecie wymagajace wielkiego skupienia. Kiedys w tym OTTO, bez wzgledu na to, ile rzeczy sie zamowilo, dostawalo sie jeden rachunek, teraz OTTO jest jak Amazon, tylko posredniczy i od kazdego producenta masz osobny rachunek, nie da sie nawet zebrac tego wszystkiego na jeden przelew, bo kazdy rachunek ma wlasna sygnature. No i kiedy nadchodza te rachunki, to kazdy musze zeskanowac i wyslac P. z adnotacja, za co on jest, bo na rachunku tego nie ma, a ja na kazdy artykul dostaje dwa maile, jeden, ze artykul xyz jest przygotowany do wysylki, a drugi to goly rachunek bez podania za co, wiec wysylajac do P. podpisuje kazdy, zeby on wiedzial, za co placi. Skomplikowane to wszystko i denerwujace, ale obejsc sie nie da. Zrobilam sobie jeszcze liste na papierze i tam odhaczalam, za co te rachunki juz przyszly, zeby sie nie pogubic w tych mailach. Zostal mi otwarty jeszcze jeden za dywaniki lazienkowe, a bylo ich razem 18. Rachunkow, nie dywanikow. 😆

Swiat oszalal! cz.1

     Czas mi drastycznie przyspiesza, dopiero byl sylwester, a juz mamy prawie koniec stycznia. Z jednej strony to tempo jest przerazajace, ...