04 kwietnia 2025

Impra z pracami spolecznymi

 Zostalam zaproszona przez corke i chocholy na grilla w przedszkolu i myslalam, ze bedzie to takie nieformalne spotkanie "po pracy", zeby rodzice poznali sie blizej, a wszyscy razem integrowali. Ale nie, to bylo zupelnie cos innego. Tam otoz wszyscy spotykaja sie dwa razy do roku, na rozpoczecie i zakonczenie sezonu, jest bowiem zawsze troche do zrobienia.  A przy okazji mozna blizej poznac innych rodzicow, bo kiedy sie rano przed praca przyprowadza progeniture, to nie ma czasu na rozmowy. 
 
 Rodzice przynosza ze soba mieso na grilla, jakies salatki, pieczywo, przedszkole serwuje napoje (woda, lemoniady, soki, kompoty i co tam jeszcze). Trzeba tez wziac ze soba kubki, talerzyki i sztucce, serwetki i takie tam. Przedszkole daje do dyspozycji dwa wielkie grille, ale potrzeba do nich dwoch chetnych tatusiow, do rozpalenia i pilnowania , zeby sie nie przypalilo. Jako ze czesc dzieci to muzulmanie, jeden grill jest z miesem wieprzowym i kielbaskami z zawartoscia wieprzowiny, drugi zas jest halal, czyli drob i wolowina, choc ta malo nadaje sie na grilla. W sumie takie wspolne spedzanie czasu i poswiecanie sie czynnosciom dla dobra ogolu i wlasnych dzieci bardzo ludzi zbliza.
 
 Bo w tym spotkaniu glownie chodzilo o przygotowanie terenu do sezonu letniego. Przedszkole dalo do dyspozycji rodzicom grabie, lopaty, miotly i inny niezbedny sprzet do oczyszczenia terenu wybiegu dla dzieciakow (z jednej strony zlobka, z drugiej strony budynku - przedszkola) z opadlych lisci i galazek. Rodzice dostali tez sadzonki, ktore trzeba bylo umiescic w donicach lub bezposrednio w ziemi, zeby bylo ladnie i kolorowo. Tatusiowie mieli za zadanie porozpinac nad piaskownicami zagle przeciwsloneczne, tam juz trzeba bylo skakac po drabinach i miec sile do naciagania linek. Ogolnie atmosfera fajna, a ja bylam chyba jedynom bapciom na tej imprze. Ale udzielalam sie, pograbilam kawalek terenu z opadlych lisci.
 
 Zeby dzieci sie nie nudzily w czasie, kiedy rodzice pracowali, dostaly cynk, ze w piaskownicach pochowane sa skarby i trzeba ich poszukac. Zaznaczono rowniez, ze przewidziany jest jeden skarb na osobe, wiec gdyby sie zdarzylo, ze dziecko znajdzie dwie zabawki, to jedna ma z powrotem zakopac. Junior dosc szybko znalazl gumowa kaczuszke i przez caly czas jej pilnowal. Zoska znalazla gumowego kraba, ale jak to Zoska, zaraz gdzies go zapodziala, pewnie inne dziecko skrzetnie skorzystalo z okazji i zwinelo, a Zoska oczywiscie pozniej przez caly czas awanturowala sie, ze nie ma swojej zabawki. Dla fan klubu Zoski: niestety nie pozbyla sie jeszcze zlych nawykow smoczkowych, wtedy to byl jakis cut nad Leine, ze tak dlugo ze mna spacerowala i ani razu nie przypomnialo jej sie, ze nie ma czego mietolic w paszczy. Oczywiscie  smoczek tez gubila i dobrze, ze corka zabrala zapas z domu.
 
 Mam z tej imprezy jedno jedyne zdjecie, zrobione chylkiem i wtedy, kiedy w polu widzenia nie bylo zadnego innego dziecka, ino tylko horror-zajac. Panuje tam bowiem surowy zakaz robienia zdjec i ja to rozumiem oraz sie dostosowuje. 

 Ogolnie spotkanie bardzo mi sie spodobalo, zjadlam sobie kielbaske z grilla i bardzo smaczna salatke, troche sie poruszalam przy grabieniu lisci, a efekt tego taki, ze dzieci maja naszykowane wybiegi na sezon letni, no i wychowawczynie mogly mi sie blizej przyjrzec, zebym juz nie musiala legitymowac sie za kazdym razem, kiedy odbieram chocholy. Takie przyjemne z pozytecznym.
 

02 kwietnia 2025

Rzadko bywam...

 ... w srodmiesciu, bo nie lubie tam bywac. Jest drogo, poczawszy od oplat parkingowych, ktore ostatnio znow zdrozaly, a zakonczywszy na cenach tego wszystkiego, co tam sprzedaja. W srodmiesciu zawsze bylo drogo, bo tam czynsze sa bardzo wysokie i zeby handlarze nie tylko wyszli na swoje, ale zeby zarabiali, musza te ceny windowac. Teraz jednak, kiedy dodatkowo wzrosly ceny energii, wywozu smieci i wszystkich innych pobocznych oplat za lokal, ceny sprzedawanych artykulow sa jeszcze wyzsze. Jesli brac pod uwage, ze ceny tych samych artykulow w internecie sa o kilkanascie procent nizsze, a u Chinczykow to ulamek cen ze starowki, to nic dziwnego, ze wiele lokali stoi pustych z szyldami DO WYNAJECIA, bo ich poprzedni uzytkownicy zbankrutowali. Powiem Wam, ze bylam lekko zszokowana liczba pustych lokali handlowych, jak rowniez calkiem nowymi w miejscu tych, ktore pamietalam, ktore byly tam od zawsze, a ktore zostaly zlikwidowane. Nawet apteka, ktora zajmowala rogowy lokal przy rynku, a ktora byla tam od tysiac trzysta ktoregos roku (pozostal napis na scianie z muru pruskiego) tez zniknela, naprawde nie wiem, dlaczego, ale zal, ze nikt nie postaral sie, zeby ten zabytek zachowac.
 
 Zacznijmy jednak od tego, co mnie w ogole zanioslo do miasta, do ktorego, jak wspomnialam, nie lubie zagladac. Ano zgadalysmy sie z Terenia Australijska, ze kupila cos w TK Maxie (no kto by pomyslal, ze ta siec sklepow opanowala caly swiat, a ja naiwnie myslalam, ze oni sprzedaja tylko w Niemczech, potem widzialam ten sklep w Lodzi, a teraz okazuje sie, ze i na antypodach handluja), a ja z zalem pomyslalam, jak dawno tam nie bylam, a przeciez lubilam tam weszyc, nawet jesli nie zawsze cos kupowalam. Zatesknilo mi sie, a ze akurat musialam kupic cos specjalnego, co tam wlasnie jest w ogromnym wyborze, to postanowilam sie tam wybrac. Z przyczyn wielu (remonty ulic, za wysokie ceny parkowania, tlok) zdecydowalam pojechac autobusem, czego tez dawno nie doswiadczalam, bo wciaz woze tylek wlasnym pojazdem. W TK Maxie zanabylam, co planowalam, dlugo zastanawialam sie nad torebka, ale w efekcie doszlam do wniosku, ze nie potrzebuje.
 
 Po zakupach postanowilam przejsc sie deptakiem, co poskutkowalo zakupem kapci w Deichmanie, ciastek w Kron & Lanz (taka wykwintna cukiernia) oraz pozarciem gory lodow u Wlocha. Zamowilam dwie kulki (ceny kosmiczne, po 2 do 3 euro za kulke w zaleznosci od smaku, a ja pamietam jeszcze kulki po 20 fenigow), a sprzedawca zaladowal mi do wafelka po trzy z kazdego smaku, wiec przysiadlam na lawce niedaleko naszej Gesiarki i sluchajac koncertu ulicznego muzyka, delektowalam sie tymi szescioma kulkami. Lubie lody, ale tego bylo mi naprawde za duzo, a z drugiej strony (z chciwosci) szkoda mi bylo je wywalic, wiec zmeczylam je do konca. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego ten mlody czlowiek od lodow tak mnie wyroznil. 
  
 A potem powedrowalam sobie znow do autobusu i nawet trafilam na tego samego kierowce, ktory wiozl mnie do miasta. I wrocilam do domu, dosc zmeczona, bo mnie zawsze mecza tlumy ludzi, na jakis czas wiec mam spokoj, poki znow nie zatesknie do TK Maxa albo poki nie bede miala tam czegos do zalatwienia, np. nowe okulary do czytania u Fielmanna, bo on swoja filie ma wlasnie na starowce. Za duzo tam sie pozmienialo, zebym lubila tam bywac. A kiedys tam nawet mieszkalismy, bylo fajnie, bezpiecznie i stac nas bylo na zakupy.
 

31 marca 2025

Wiosenne emocje

 Szczesliwie doczekalismy konca marca, jutro prima aprilis, wiec uwazajcie i nie dajcie sie zaskoczyc i oszukac. Mnie raz udalo sie pieknie wyprimaaprilisowac slubnego, wrocilam z pracy i zameldowalam mu, ze jedna opona musi byc dziurawa, bo cale powietrze z niej ucieklo i jest kapec. A slubny, zamiast najpierw zejsc na dol (mieszkalismy wtedy jeszcze w starym miejscu na drugim pietrze) i ogarnac sytuacje oraz szkody, przebral sie w stroj roboczy, wywlokl kuferek z narzedziami (ciezki!) i dopiero zlazl na dol. Przygladalam sie przez okno, jak latal wkolo samochodu i szukal tej sflaczalej opony. No nie znalazl, wiec z mina nie wrozaca niczego dobrego wdrapal sie z powrotem na gore z ciezkim kuferkiem i przebrany do roboty. A Wy macie jakies fajne wspomnienia primaaprilisowe? Byliscie sprawca czy ofiara?
 
 Miasto przybralo calkiem wiosenny wyglad, z dnia na dzien wybuchly kwieciem wszystkie drzewa, zrobilo sie przekolorowo, rozowo (wisnie na kampusie uniwersyteckim znow staly sie ulubionym obiektem fotograficznym), bialo i zolto (forsycje), a takze pokazaly sie pierwsze kwiaty magnolii. Trawniki zmienily sie w barwne kwiatowe kobierce, zakwitlo wszystko, co jeszcze niedawno czailo sie w ziemi. Kiedy w ubiegly piatek bylam z Toyka na spacerze, drzewa byly jeszcze nagie, zadnego kwiatka ani listka, bylo im chyba za sucho. Nadeszla jednak w niedziele pierwsza wiosenna burza i jak na komende kwiecie w calym miescie eksplodowalo, doslownie z dnia na dzien. Zrobilo sie tak pieknie, przy czym pogoda tez sprzyja, bo slonce swieci i nieba (g)lazur, wiec kicz-widoki i brakuje tylko jelenia na rykowisku, choc po prawdzie to od jesienny, a nie wiosenny.
 
 I zeby jeszcze sytuacja polityczna zechciala nie budzic obaw, tylko sie uspokoila, wyklarowala, zeby unia tak nie parla do wojny, bo wbrew wszelkim pozorom to nie Putin chce wojny z Europa, mysle, ze on jest juz zmeczony jedna wojna i chcialby jej konca, to unia sie zbroi, wymysla jakies plecaki pierwszej potrzeby (czyj pociotek bedzie je produkowal i na tych unijnych zamowieniach zbije miliardowy majatek?). W Niemczech wrze, oszustwo wyborcze osiagnelo szczyty, czlonkowie CDU gremialnie wystepuja z partii, rozmowy koalicyjne jakos sie nie ukladaja. No i mozecie raz zgadywac, dlaczego AfD rosnie poparcie. Krymigranci nie tylko nie sa deportowani, ale wciaz laduja samoloty pelne nowych pasozytow przyjmowanych bezwarunkowo na azyl. Politycy zabezpieczaja sie majstrowaniem przy konstytucji, ze szkoda dla panstwa odmawiaja wspolpracy z AfD, ktorej juz nie mozna po prostu zlekcewazyc, jest druga sila w panstwie. Wszystko to do zludzenia przypomina mi dzialania pisu, majace na celu umocnienie ich wladzy dyktatorskiej, podobnie dzieje sie teraz w Niemczech. Wiadomo jednak, jak to skonczylo sie w Polsce, wiec mozliwe, ze nastepne wybory wygra wiekszoscia AfD, bo z pewnoscia przytuli tych, ktorzy odrzucili legitymacje CDU po oszustwie wyborczym ich lidera. Wyjdzie na to, ze same stare partie doprowadza nowa do zwyciestwa, no bo ile mozna ludzi okradac i pluc im w twarz, straszyc niebieskimi, podczas gdy realne zagrozenie stanowia oni sami i ich importowane pupilki z Azji i Afryki.
 
 Wczoraj bylam z corka w Nordhausen po nowego kota z adopcji, bedzie sie nazywal Lui (nie mylic, przez i, nie przez j).  Jej Mowgli nudzi sie sam, a dwaj jego bracia odeszli na FIV, wiec corka w koncu dojrzala do trzeciej proby. Pojechalam z nia, bo nigdy w Nordhausen nie bylam, to taka 40-tysieczna miescina w Turyngii u podnoza Harzu, typowe male NRD-owskie miasteczko, ale tramwaje ma. A moje trzy razy wieksza Getynga nie ma. Nie jest za ladne, podobne do malych polskich miasteczek, takie znajome bloki (chyba wszystkie KDL-e mialy wspolnego architekta) i w sumie nic ciekawego. Zreszta zwiedzaniu nie sprzyjala pogoda, bo lalo i wialo, bylo okropnie, wiec tylko wciagnelysmy cos w tureckim imbisie, a porcje byly tak gigantyczne, ze nie dalam rady zjesc wszystkiego, i w strugach deszczu pojechalysmy z kotem do domu.
 


 
 

29 marca 2025

Skad sie wzielo

 Naukowcy przeprowadzili dawno temu pewien eksperyment. Piec malp zamkneli w niewielkim pokoju, na srodku ktorego postawili drabine, a na jej szczycie polozyli banany. Kiedy tylko ktoras malpa zaczela sie wspinac po owoce, pozostalym malpom naukowcy fundowali zimny prysznic. Z chwila, kiedy malpa schodzila z drabiny, polewanie jej wspoltowarzyszy zostalo przerywane. Jednak w chwili, kiedy ktoras z nich probowala wspinac sie po drabinie, jej towarzyszki byly polewane zimna woda. Z czasem malpy atakowaly kazda ze wspoltowarzyszek, ktora probowala wspinac sie po drabinie, zeby zdobyc lezace na jej szczycie banany, byle tylko uniknac nieprzyjemnych doznan od zimnej wody. Kiedy te zachowania utrwalily sie, naukowcy wymienili jedna z malp na nowa, ktora nie wiedziala, czym moze poskutkowac wspinanie sie na drabine, wiec oczywiscie z ciekawosci i glodu poleciala zdobywac banany. I tu spotkala ja nieprzyjemna niespodzianka, bo wszystkie cztery "stare" malpy rzucily sie na nia i uniemozliwily wspinaczke po banany, mimo ze teraz juz nie byly polewane zimna woda. Nie trwalo dlugo, kiedy "nowa" zrozumiala, ze lepiej trzymac sie od drabiny z daleka, chociaz nie wiedziala dlaczego. Z czasem po kolei wymieniano wszystkie "stare" malpy na "nowe" i, jak mozna sie domyslic, kazdy nowicjusz probowal dostac sie po banany, ale pozostale malpy mu to uniemozliwialy, choc juz dawno nie straszono ich polewaniem zimna woda. Kazda nowa dosc szybko przyswajala trzymac sie od drabiny z daleka, choc oczywiscie nie mogla znac przyczyny. Nadszedl dzien, kiedy wymieniono caly sklad, gdzie kazdy nowicjusz szybko i bolesnie przekonywal sie, ze od drabiny lepiej trzymac sie z daleka, choc nikt tak naprawde nie wiedzial dlaczego, zadna z "nowych" malp nie wiedziala przeciez, ze kiedys zblizenie sie do drabiny skutkowalo zimnym prysznicem dla pozostalych. Nie wiedzialy, ale trzymaly sie od drabiny z daleka. 
 Dlaczego o tym pisze? No coz, niektorzy ludzie zachowuja sie jak te "nowe" malpy, maja cos wgrane w mozgi, choc nie bardzo wiedza, dlaczego, ale robia pewne rzeczy od lat i nie odwaza sie przeciwstawic tej tradycji. Na przyklad zawsze wybierali ktoras z tzw. starych partii, CDU, SPD czy FDP, a trzeba Wam wiedziec, ze po wojnie w obecnych starych landach alianci przeprowadzali denazyfikacje, prali ludziom mozgi, indoktrynowali za pomoca radia i telewizji, wiec po kilku latach, pokoleniach, niemieckie malpy mialy wgrana niechec do partii bardziej na prawo, niz niegdys byla CDU, bo moze trudno uwierzyc, ale to byla partia prawicowa i dopiero Merkel zrobila z niej zielone socjalistyczne gowno. Ale w nowych landach, czyli bylej DDR, ten proces nie byl przeprowadzany, Ruskim sie nie chcialo, bo pewnie wydawalo im sie, ze swiatlosc wiekuista socjalizmu zalatwi to za nich. Nowe landy zatem nie maja sieczki w glowach, nie wydaje im sie, ze MUSZA wybierac ktoras ze starych partii, choc ewidentnie widac, ze kazda dziala przeciwko wlasnemu narodowi, gospodarce i sluzy obcym interesom. Pokazaly to dobitnie wyniki ostatnich wyborow, a zwyciezca nawet nie probuje zachowac pozorow, ze obiecywal cos innego, gardzi otwarcie glupim zindoktrynowanym elektoratem, ktoremu niegdys alianci wgrali do mozgow, ze partia ludowa jest be, za to krymigranci cacy i trza zachowac poprawnosc polityczna, nawet kosztem wlasnego, zdrowia, zycia czy dobytku. To sa ludzie, ktorzy przez cale zycie ogladali wiadomosci panstwowej telewizji i nigdy-przenigdy nie dadza sie namowic na zajrzenie na inny kanal, chocby po to, zeby porownac i poznac inny punkt widzenia. Nie zauwazyli bowiem lub nie przyjmuja do wiadomosci metamorfozy niegdys uczciwej telewizji w tube propagandowa obecnej polityki, klamliwa, zatajajaca czy przekrecajaca fakty dla interesu rzadu. Dlatego znaja jedna "prawde" i jak te malpy, nie chca poznac innej, zeby moc zdobyc i zjesc banany. Nie pofatyguja sie zapoznac z programem wyborczym jakiejkolwiek innej partii niz tej, ktora wybierali, odkad nabyli prawa wyborcze. Niektorzy nawet zdaja sobie sprawe ze zlej polityki, oszustwa wyborczego, szkodliwych dzialan, odczuwaja to na wlasnej skorze i kieszeni, a czesto zdrowiu czy zyciu kogos bliskiego, ale nie maja odwagi zaglosowac inaczej, przeciez telewizja, ich telewizja, za ktora musza bulic niemaly abonament, powiedziala im, ze ci niebiescy to faszysci, a wiec APAGE! Mimo ze do faszystow blizej teraz antifie, ktora stala sie organizacja terrorystyczna finansowana przez rzad.
 Wiecie, ze po kazdym zamachu terrorystycznym rzad oplacal protesty "przeciw prawicy", bo AfD rosly slupki poparcia, wiec trzeba to bylo jakos naszczuc na nich zamiast na zamachowcow, dosc to pokretne, ale niemieckie malpy tak majo.  No i kiedys wybral sie jakis reporter przepytywac te "Omas gegen Rechts" (babcie przeciw prawicy, bo to one u boku antify najczesciej protestowaly), dlaczego protestuja i co maja przeciw AfD. W odpowiedzi slyszal wyuczone slogany "bo to nazisci", ale zadna oma nie umiala uzasadnic, w czym niby ten nazizm mialby sie przejawiac, za to kilka przyznalo, ze slyszalo to w telewizji (niemiecka rezimowka propagandowa ARD i ZDF) i tak sobie bezmyslnie powtarzaja. Ale zeby nie bylo, ze tylko w Niemczech malpy sa glupie i bezmyslne, bo i w Polsce nie brak takich, co to bezrefleksyjnie powtarzaja, ze Trzaskowski jest zly, bo to komuch, a Nawrocki fajny, bo patriota, a Mentzen to juz w ogole fajny ma program. Kaczynski im w telewizorze powiedzial, a pleban z ambony potwierdzil na niedzielnym nabozenstwie, wiec polska malpa wie. 
 A na koniec, wiecie, co odroznia ludzi od malp? Malpy nigdy nie pozwolilyby najglupszemu w stadzie przejac przywodztwa.
 

27 marca 2025

Fryz na cale zycie

 Rzadko kiedy spotyka sie kobiety, ktore od pierwszego razu trafia w sedno z wlasnym stylem, w tym z fryzura na tyle, ze pozniej nosza ja przez cale zycie. Najczesciej wiekszosc z nas eksperymentuje z koloryzacjami, dlugoscia wlosow, prostowaniem lub przeciwnie - kreceniem loczkow, trwalymi ondulacjami i czym tam jeszcze. Lady Gaga i Linda Evangelista to najbardziej znane "kameleony" fryzurowe, choc Gaga jest bardziej perukowa, bo ktore wlosy wytrzymalyby takie tortury. Ich
przeciwienstwem jest Anna Wintour, naczelna amerykanskiego Vogue´a, choc i ona czasem probowala innych kolorow, ale bez drastycznych kontrastow. Zawsze jednak byl to bob z grzywka, od pol wieku!
  Kiedy przyjechalismy do Niemiec, w telewizji zwrocilam uwage na pewna dziennikarke, korespondentke z Rosji, a wlasciwie nie na nia, bo co ja wtedy rozumialam z jej doniesien, a bardziej na jej charakterystyczna fryzure ala Myszka Miki. Pozniej coraz rzadziej ogladalismy niemiecka telewizje, bo przywiezlismy sobie z Polski dekoder Polsatu, wiec Gabriele, bo tak miala na imie, zniknela mi z oczu i dopiero niedawno, w zwiazku z wojna, jaka prowadzi Rosja, Gabriele wypowiadala sie o tej sytuacji. Moje zdziwienie bylo naprawde niemale, bo
po ponad 30 latach ta niewiasta nadal ma te sama fryzure, tyle tylko, ze wlosy jej zbielaly. Niezmiennie nowi madrze, przepiekna niemczyzna, ma niezwykle przyjemny glos i warto jej posluchac, zwlaszcza ze teraz w pelni ja rozumiem.
 Rzadko mozna spotkac kobiety tak wierne raz obranej drodze, nawet jesli to niewiele znaczaca fryzura, ale konsekwencja w jej wyborze moze stac sie istotnym elementem wizerunku, podkreslajac indywidualny styl i osobowosc.  Gdyby tak poszukac, znalazloby sie jeszcze kilka kobiet, ktore od lat nosza te same wlosy i zupelnie ich nie korci zmieniac czegokolwiek w swoim wygladzie.
 Podobnie jest z moda, czesc kobiet przez cale zycie pozostaje wierna jednemu stylowi i nie podaza slepo za moda. Taka byla Coco z mala czarna, tweedowymi marynarkami i perlami na szyi. Podobnie Audrey Hepburn w ponadczasowej klasyce, Diane Keaton w meskich strojach i kapeluszach, Frida Kahlo w etnicznych energetycznych barwach i z kwiatami we wlosach, czy Herera w ponadczasowych  bialych bluzkach i klasycznych spodnicach. Wiernosc swojemu stylowi przez cale zycie to cecha charakterystyczna wielu ikon mody i indywidualistek, ktore swiadomie buduja swoj wizerunek. Takie kobiety czesto maja jasno okreslone upodobania, pozostaja wierne swoim estetycznym wyborom i nie poddaja sie chwilowym trendom. Zadna z nich nie miala nigdy wpadki na czerwonym dywanie czy gdziekolwiek indziej, co nagminnie zdarza sie innym, najczesciej poszukiwaczkom trendow i amatorkom sensacji modowych, a takze kobietom, ktore nie maja luster w domach. 



25 marca 2025

Smierc i umieranie

 Ostatnio dreczy mnie temat smierci, bardzo czesto o niej mysle, a do napisania tego postu sklonila mnie wiadomosc w lokalnej prasie o otwarciu nowego hospicjum w moim miescie, strasznie smutnego hospicjum, bo przeznaczonego dla dzieci i mlodziezy. "Dorosle" hospicjum jest gdzie indziej, tam skonczylo zycie dwoje moich znajomych, w tym ten, o ktorym pisalam kilka miesiecy temu, lezal razem z moja mama w tym samym szpitalu, ale on na paliatywnym.
 Tak sobie myslalam o smierci, o umieraniu, wieku odejscia, braku oswojenia ludzi ze smiercia. Kiedys bylo inaczej,  ja jako dziecko przezylam smierc pradziadka, ktory zmarl w domu, bo to bylo normalne, ze ludzie odchodzili otoczeni rodzina, w tym rowniez w obecnosci dzieci, bo smierc nalezala do normalnych procesow i dzieci byly z nia oswojone. Przeciez zwloki lezaly w domach, schodzili sie znajomi i sasiedzi, zeby pozegnac zmarlego, czuwali, modlili sie. Z czasem i z rozwojem medycyny starsi czlonkowie rodziny byli leczeni, oddawani w rece lekarzy w szpitalach i najczesciej tam wlasnie udawali sie w swoja ostatnia droge w zaswiaty, otoczeni jedynie personelem medycznym, a i to tylko na wezwanie i po dlugim oczekiwaniu. Lekarze robia, co moga, czesto stosuja tzw. leczenie uporczywe, bo raczej nie chca sobie psuc statystyk. Nawet jednak, kiedy mowia rodzinie, ze jedynie maszyny podtrzymuja ich bliskiego przy zyciu i ze powinno sie je odlaczyc, bo bez nich i tak nie przezyje, to rodzina robi wszystko, zeby jednak jeszcze kontynuowac. Kazdy ma bowiem nadzieje, ze moze... ze zdarzaja sie cuda... ze to ryzyko itp. Dzieci trzyma sie z bardzo daleka od szpitala, od przekazywania im zlych nowin, a przeciez smierc jest czescia skladowa zycia, opowiada im sie jakies bzdury o tym, ze dziadek wyjechal czy inne podobne kocopoly, a moim zdaniem powinno sie otwarcie mowic o umieraniu, bez wzgledu na wiek. 
 Co dziwne, dzieci, ktore same sa smiertelnie chore, jakos to czuja, wiedza, ze umra i maja tyle sily, ze jeszcze pocieszaja nzrozpaczonych  rodzicow. Dzieci sa madrzejsze niz dorosli mogliby sobie to wyobrazic, dla nich nawet smierc jest zjawiskiem normalnym i dorosli nie powinni jej demonizowac.
 Teraz jednak malo kto umiera we wlasnym domu, we wlasnym lozku, etyka nakazuje ratowanie zycia za wszelka cene, wiec ci biedni chorzy leza oplatani rurkami i kablami, cierpia, chcieliby godnie odejsc, ale sluzba zdrowia i bliscy im to uniemozliwiaja. W dobrej wierze oczywiscie, ale nie pozwalaja o sobie decydowac. Zeby tego uniknac, u mojej lekarki rodzinnej lezy moja ostatnia wola, zeby mnie nie leczyc uporczywie, nie karmic sztucznie, nie oddychac za mnie respiratorami, tylko pozwolic godnie umrzec. Nie bedzie nikt za mnie decydowal, choc oczywiscie wolalabym miec jeszcze dodatkowo mozliwosc zdecydowac o wlasnej eutanazji, ale na te chwile to jeszcze w Niemczech niemozliwe. Mam tylko jedna nadzieje, ze lekarze nie pozwola mi cierpiec, nie chcialabym umierac w bolu i chyba wolalabym odejsc w miejscu do tego przeznaczonym czyli w hospicjum niz we wlasnym domu.
 A po smierci... no coz, wiekszosc rodzin placze z zalu nad soba, a nie nad zmarlym, wdowom bowiem calkiem zmieni sie zycie z "razem" na samotnie, dzieci traca wsparcie rodzicow, matki sens zycia bez dzieci. Ci, ktorzy pozostali przy zyciu, maja znacznie gorzej, a rzadko kto otrzymuje profesjonalne wsparcie i pomoc w przechodzeniu zaloby, kazdy walczy z wlasnymi demonami, jak umie, nie ma na to gotowej recepty. Jedni zamykaja sie w sobie, inni przeciwnie, chca rozmawiac o zmarlym, jedni placza w zaciszu domowym, inni rzucaja sie w wir pracy, bo to pozwala im nie myslec.
 Dlugosc zycia zwieksza sie z pokolenia na pokolenie, zaawansowana medycyna znalazla leki i terapie na choroby, ktore jeszcze do niedawna byly smiertelne. Jest nas coraz wiecej, a miejsca coraz mniej, ale krzyczaca niesprawiedliwoscia losu jest umieranie dzieci. To zdjecie ponizej to wizualizacja nowego hospicjum dla dzieci, w ubiegla niedziele byl dzien otwarty, od kwietnia przyjeci zostana pierwsi pacjenci, a chetnych nie brakuje z calych Niemiec. Nazywa sie ten obiekt Sternlichter - Swiatla Gwiazd, daje do dyspozycji pojedyncze pokoje dla pacjentow, pokoje goscinne, przestrzen wspolna, do terapii, sportu, kuchnie, ogrod. Co mnie zaskoczylo, to rozpietosc wiekowa "dzieci i mlodziezy", od 0 do 27 lat. No i ogromny szacunek dla pracownikow, bo ich praca, tak bardzo potrzebna pacjentom i ich rodzinom, wymaga niezwyklego opanowania, stalowych nerwow i odpornosci. Nie moglabym, bo juz teraz przy pisaniu sciska mnie mocno za gardlo, a przeciez placz bylby nieprofesjonalny. Ten obiekt jest niedaleko nas i czasem przechodzimy tam z Toyka spacerujac, ale ostatni raz widzialam go jeszcze w budowie.
 

 
 

23 marca 2025

Bapciowanie to...

 ... naprawde ciezki kawalek chleba, jak juz kiedys przyuwazylam.
 Chocholy byly przez trzy tygodnie z mama w sanatorium, tu mozna raz na dwa lata wnioskowac o sanatorium z dziecmi. Progenitura ma w czasie dnia jakies przedszkolne zajecia, a matki moga sobie odpoczywac, maja jakies pogadanki z psychologiem czy zabiegi, jesli ich potrzebuja, a dom, w ktorym mieszkaja, jest przystosowany dla dzieci w roznym wieku. Wrocili wiec po tych trzech tygodniach i corka obawiala sie, ze moga byc niewielkie problemy z ponownym przyzwyczajeniem ich do zycia przedszkolnego i dlatego spytala mnie, czy nie odebralabym ich tego pierwszego dnia wczesniej. No nie ma problemu, ale oczywiscie problemy sie pietrzyly, bo po pierwsze Zoska jeszcze spala, poszlam wiec odbierac Juniora, byl z grupa na wybiegu, bo pogoda byla przepiekna. Ale nie ma tak latwo, poniewaz nie wszystkie wychowawczynie jeszcze mnie znaja, musialam sie legitymowac, czy ta osoba na liscie uprawnionych do odbioru dzieci to ja. W miedzyczasie Zoska sie obudzila, ale zula jakies jablko czy ogorka, zagryzajac jogurtem, wiec troche trwalo i musialam czekac, az przezuje wszystko. W miedzyczasie Junior wyskoczyl z butow, bo niby mial tam jakies kamyczki, wytrzasnelam kamyczki, wzulam mu buty, uciekl. Zoska skonczyla, ubralam ja, znalazlam Juniora, wzielam kurtki, pamietalam o lunchboxie Zoski, ale w tym chaosie zapomnialam o plecakach i lunchboxie Juniora, wiec nastepnego dnia switem corka dzwonila, ze nie moze ich znalezc. Ups! Zaprowadzilam towarzystwo do domu, przewinelam, zmienilam buty z zimowych, jakie mieli zalozone przez mame rano, bo w nocy byl przymrozek, zabralam wode do picia, ktora mi sie malowniczo wylala w torebce (nie ma, zeby zatyczka czy zakretka byla jakas normalna, tu wszystko na jakies pokrecone patenty, a bapcia nie nadaza), i pomaszerowalismy na plac zabaw. Jeden jest w poblizu, ale dosc ubogi, wiec zarzadzilam pojscie na ten lepszy i bardziej wypasiony, ale no w pewnym oddaleniu. Dla mnie oczywiscie to pestka, ale chocholy przyzwyczajone przez matke, ze wszedzie je dowozi, jak nie autem, to wozkiem, juz mi po drodze marudzily, ze nogi bola, wiec troche Zoske nioslam, a zmeczylam sie jakbym maraton przebiegla, bo nie jestem przyzwyczajona chodzic tak wolno i juz wtedy ze zgroza myslalam, jak to bedzie w drodze powrotnej. Wreszcie doszlismy, a w chocholy wstapila nowa energia (ja sie tak szybko nie regeneruje, one maja w tyleczkach perpetuum motorki), za to bapcia musiala bujac na hustawkach i asekurowac na zjezdzalniach. Zdjecia wgraly sie dokladnie od tylu do przodu, po tym unowoczesnieniu blogera umieszczanie zdjec stalo sie problematyczne, nie dziala jak powinno.
 







  Tak jak przypuszczalam, droga powrotna byla nieco meczaca, bo chocholy byly wymeczone dreptaniem na plac zabaw i samymi zabawami, wspinaczkami, zjezdzaniem, babraniem sie w piachu i ganiatykami, wiec marudzily i oba chcialy na rece, a przeciez bapcia wielbladem nie jest. Nie chcialam wiec brac Zoski, zeby Juniorowi nie sprawiac przykrosci i tak ciagnelismy sie z powrotem do domu, a po drodze chocholy na przemian usilowaly na mnie wymusic noszenie i mglaly na srodku drogi, probowaly dac mi do zrozumienia, ze juz ani kroku dalej i tam zostaja, gdzie siedza. A ja brnelam dalej, wiec kiedy sie obcinaly, ze bapcia znika za horyzontem, zmartwychwstawaly i doganialy. Jakos sie dowleklismy, a zaczynalo sie juz robic troche chlodno i balam sie, ze sie w koncu poprzeziebiaja, bosmy poszli bez kurtek. Oddalam towarzystwo mamie i z ulga wrocilam do siebie, wzielam prysznic i spalam potem ponad 8 godzin, tak mnie wykonczyly. Aleee... musze sie pochwalic, ze na dowidzenia Zoska sama podleciala do mnie, zeby dac mi buzi. Dlugo jakos bylam w nielaskach caluskowych, nie chciala i juz, no przeciez zmuszac nie bede. O ile Junior kocha ze mna przytulaski i buziaczki, tak Zoska ledwie czasem mi pomachala raczka i powiedziala bajbaj. Czyli mam nadzieje, ze wrocilam do lask na dluzej.
 Pokaze Wam jeszcze kilka fajnych fotek z muzeum iluzji w Pradze, gdzie chocholy byly z mama w wolny weekend, bo z miejsca, gdzie byli w tym sanatorium, do Pragi bylo tylko ok. 200 km, wiec jak nie skorzystac z okazji, bedac tak niedaleko.
 








 



 
 Kto by pomyslal, ze Zoska ma tak dlugie konczyny. No a niektore zdjecia jasno dowodza, ze co najmniej jeden chochol wyklul sie ze smoczego jaja, za to obydwa sa nawiedzone (pobyt na suficie) i trzeba im egzorcyzmow. No i fajnie by bylo, gdyby byly takie male jak na tym krzesle, mozna by je bylo schowac do kieszeni i czlowiek by sie nie nadzwigal od noszenia. No ale zawsze mozna je zamknac w klatce jakby co, przynajmniej nie wejda w szkode, a w ostatecznosci mozna za pomoca armaty wyslac na ksiezyc, niech zawracaja glowe Twardowskiemu.
I to by bylo na tyle.

Impra z pracami spolecznymi

  Zostalam zaproszona przez corke i chocholy na grilla w przedszkolu i myslalam, ze bedzie to takie nieformalne spotkanie "po pracy...