Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

23 grudnia 2025

Dlaczego

    Podczas scrollowania fejzbuka czesto natykam sie na stare swiateczne zdjecia i westchnienia za czasem minionym, ze kiedys to bylo moze biedniej, ale inaczej, lepiej niz dzisiaj. Ze choinka nie miala tak wypasionego wygladu jak dzisiejsze drzewka, okna nie jarzyly sie swiatecznymi dekoracjami, ulice raczej pograzone byly w ciemnosci, zadnych swiatecznych dekoracji czy neonów, a na wystawach sklepowych pojedyncze bombki, a i to dopiero od polowy grudnia. Wystawanie w kolejkach po wszystko, niczego sie nie kupowalo, wiekszosc "zalatwialo", a kiedy juz czlowiekowi udalo sie cos upolowac, bylo chowane, zeby dotrwalo do swiat, czyniac je bardziej uroczystymi przy czekoladzie zamiast wyrobie czekoladopodobnym. Prezenty dostawalismy jako dzieci raczej praktyczne, nie zasypywano nas zabawkami, bo ich wybor byl w sklepach raczej niewielki, a rodzice nie mieli zwyczaju zastawiac sie i brac pozyczek na wyprawienie swiat. 
   A mimo to wszyscy czekalismy na te swieta jak na gwiazdke z nieba. Panie domu mialy roboty po kokarde, najpierw musialy wystac w kolejkach, pozniej odstac przy kuchni z przygotowywaniem pracochlonnych potraw, przestawiac meble i organizowac miejsce dla wszystkich czlonkow rodziny, nierzadko pozyczac krzesla od sasiadow. Ale bylo jeszcze cos, swiateczny program w telewizji, swietne bajki dla dzieciakow od rana, rzadkie (bo drogie) dobre filmy dla starszych, na tych dwoch dostepnych programach serwowano nam na co dzien propagandowa sieczke i pouczajace filmy naszych braci zza wschodniej granicy, wiec swieta jawily nam sie jak wycieczka do Hollywood z wizyta w Disneylandzie jednoczesnie. 
   Byla atmosfera, bylo inaczej. Moze te wspomnienia sa takie cieple, bo bylismy mlodzi i zdrowsi, a moze wtedy wszyscy ludzie byli inni, lepsi, a swiat mimo zimnej wojny jakis bezpieczniejszy.  Swieta mialy tez inne znaczenie, byly bardziej duchowe niz komercyjne, dlugo siedzialo sie przy stole, spiewalo razem koledy, na choince plonely swieczki, obok na wszelki wypadek stalo wiadro z woda. Dzisiaj gora prezentow jest wyzsza od samej choinki, juz nie przygotowuje sie wylacznie tych 12 potraw wigilijnych, bo czesc z uczestnikow nie lubi, wiec po co, do menu weszly jakies nowe wynalazki, koledy leca w radiu, rzadko spiewa sie je przy stole, a dzieci nastawione sa glownie na prezenty i maja gdzies, ze sie Jezusek narodzil, bo chowane sa z daleka od kosciola. 
   Przypomne jeszcze wiersz, ktory kiedys popelnilam z okazji swiat KLIK TUTAJ. Nic nie stracil na aktualnosci do dzisiaj.

No dobra, pomoglam naturze, zeby Was nie straszyc.


   A ja zycze Wam wszystkim, Waszym rodzinom i zwierzakom spokojnych swiat i zelaznego zdrowia w nowym roku, bo z wlasnego doswiadczenia wiem, co znaczy powoli je tracic, poddawac sie ograniczeniom i nie moc zyc jak wczesniej.

   No i nieodmiennie:


Chyba wszyscy wiom, co jest grane, ale dla ulatwienia dodam, ze nie jest to ilustracja "Jezus Pan".


21 grudnia 2025

Prace reczne

    Tak to sie nazywalo za moich czasow w szkole, pozniej przechrzcili to na zajecia praktyczno-techniczne, ale jak zwal, mnie niejednokrotnie w zyciu pomogly umiejetnosci nabyte podczas tych wlasnie lekcji. Nawet nie tak dawno zepsul mi sie wlacznik do lampki biurkowej, a ze sama lampka mocno mi pasowala i dzialala bez zarzutu, szkoda bylo ja wywalic. Kupilam wiec te zepsuta czesc i calkiem sama zainstalowalam na kabelku. Musialam wprawdzie dwa razy poprawiac, czyli rozkrecac od nowa i umieszczac glebiej pozbawione plastikowej oslonki druciki kabla, bo mi to gole wystawalo poza wlacznik, ale w koncu osiagnelam, co chcialam i nie doszlo do zwarcia. Kiedy po remoncie w kuchni i zmianie koloru scian, zmienialam rowniez lampe sufitowa, slubny oznajmil mi, ze nie da sie jej podlaczyc, bo costam. Wylaczylam wiec bezpieczniki, wlazlam na drabine i podlaczylam lampe sufitowa do kostki sama. Bo to zadna filozofia, a pewne zasady bezpieczenstwa mialam w glowie wlasnie jeszcze ze szkoly. Uczono nas roznych bardzo przydatnych rzeczy, oprawialismy ksiazki, robilismy dekoracyjne pudelka z zamykanymi wieczkami, karmniki dla ptakow, szylismy jakies latwe rzeczy (np. worki na kapcie), ktore pozniej haftowalismy naszymi monogramami czy tam innymi obrazkami, dziergalismy szaliki na drutach czy berety szydelkiem, cerowalismy welniane skarpety, rzezbilismy w drewnie figury szachowe i wlasnie wykonywalismy proste prace elektryczne. Przenigdy w zyciu nie udalo mi sie skorzystac z wiedzy matematycznej, tych sinusow i tangensow, calek i pitagorasow, ale wielokrotnie korzystalam z umiejetnosci nabytych na lekcjach prac recznych. 
   No a przed swietami tworzylismy rozne cudenka, a przy okazji, kiedy szukalam
odpowiedniego zdjecia, dopiero teraz dowiedzialam sie, ze gwiazdki, ktore produkowalam tasmowo z paskow papieru, nazywaja sie gwiazdkami Froebla. Szukalam wiec informacji o tym Froeblu, bo gdzies z tylu glowy latala mi freblówka. I tenze Froebel wymyslal dla przedszkolakow rozne zajecia, m.in. robienie gwiazdek z papieru, takich, jakie dobrze znamy, ale o ktorych nie wiedzielismy, ze sa gwiazdkami Froebla. 
Kleilismy tez kilometry lancuchow choinkowych z kolorowego papieru, zmudna to byla robota, ale lancuchy wygladaly na choince naprawde imponujaco. Produkowalismy tez rozne ozdoby choinkowe z... makaronu o roznych ksztaltach, a po pomalowaniu aniolka czy innego wisiorka na zloto, nikt by sie nie domyslil, ze to zwykle prozaiczne kluchy. Te robione
przez nas ozdóbki na choinki byly dosc ulotne, gniotly sie i deformowaly podczas przechowywania, a makaronowe aniolki lamaly, wiec wlasciwie co roku potrzebne byly nowe. Byla to praca sezonowa w pelnym tego slowa znaczeniu 😏 Lubilam te zajecia, to bylo cos jak darcie pierza na wsiach, wykonywalo sie ze czynnosci automatycznie, gadalo przy tym i zartowalo, czas uplywal szybciej. Z jaka duma pozniej przynosilo sie te nasze wytwory, wieszalo sie na choince, a one nierzadko bardziej ja szpecily niz zdobily, ale nikt z rodziny nie smial krytykowac. Czy teraz jeszcze klei sie takie lancuchy? Czy wiesza sie na choince cukierki, pomalowane orzechy i jablka w lukrze? Czy juz tylko chinski plastikowy badziew? Bo wyglada lepiej od krzywo sklejonego lancucha wytworzonego malymi dzieciecymi lapkami?

Zdjecia wylapane z czelusci internetow, ale takie same ozdóbki robilismy w szkole.

05 grudnia 2025

Dzisiaj jest...

    ... szczegolny dzien. Panna Zoska, ktora dostalismy w prezencie na rocznice slubu (dzis obchodzimy 44-ta), konczy wlasnie trzy latka. A tak na swiezo mam jeszcze w pamieci moja podroz z przygodami na wies niedaleko Limburga, zeby pomagac corce w pierwszych tygodniach przy dwojgu tak malych dzieciach. Wierzyc sie nie chce, ze to juz trzy lata uplynely od tamtej podrozy, a Zoska z noworodka przepoczwarzyla sie w mala damulke i od nowego roku zacznie chodzic razem z jej big brotherem do przedszkola, bo przeciez w tym podeszlym wieku juz wyrosla ze zlobka.
   Znow dostanie nowe zabawki, choc te, ktore ma, juz ledwie mieszcza sie w jej pokoju. Tym razem musze sie pochwalic, ze ode mnie nie dostanie zadnej zabawki. Zeby jej calkiem smutno nie bylo, symbolicznie sprezentuje jej ksiazeczke, ale taka specjalnie dla niej spersonalizowana, o przygodach Dalii Zofii, a glownym prezentem od nas sa meble z IKEA, zeby bardziej dopasowac jej pokoik do wieku.
   A ja znow zaglebiam sie we wspomnieniach o moich zabawkach. Nie mialam ich duzo, pewnie dlatego pamietam kazda z nich do dzisiaj. Najwazniejsza byla moja lalka Balbina, miala zamykane oczy i od czasu do czasu trafiala do kliniki zabawek, bo te oczy jakos jej wpadaly do srodka. Wtedy w kazdym miescie byla choc jedna taka klinika zabawek, gdzie reperowano wszystko, co dalo sie zreperowac, bo zabawek sie nie wyrzucalo, nie byly tanie, wiec i dzieci, i rodzice dbali o to, zeby sluzyly jak najdluzej, czesto wielu pokoleniom. Po ktoryms pobycie w klinice lalkowy doktor orzekl, ze juz nie da sie ponownie zreperowac tych oczu, zeby sie zamykaly, tylko zostaly przyklejone na stale takie otwarte. Moja prababcia Tekla umiala szyc rozne cudenka, wiec dla Balbiny uszyla wiele ubranek i posciel do wozka, w ktorym Balbina byla wozona. Nie byla to byle jaka posciel, to byl prawdziwy majstersztyk recznej roboty, bo maszyny w domu nie bylo. Kolderka miala w srodku watoline, byla starannie przepikowana, a poszewka ozdobiona byla koronkami, falbankami, tasiemkami, zeby mozna bylo zdejmowac i prac. 
   Drugim moim dzieckiem obok Balbiny byl misiek i do dzisiaj sie zastanawiam, dlaczego nie nadalam mu nigdy zadnego imienia, byl misiem i pozostal misiem, ale opiekowalam sie nim na rowni z Balbina. 
   Jak pamietacie, moj dziadek bral w czasie wojny udzial w operacji "Market Garden" i w latach 60-tych pojechal z delegacja do Holandii do Arnhem. Stamtad przywiozl mi lalke Murzynke, ktorej nadalam imie Mea, bo wtedy zaczytywalam sie w ksiazce "W pustyni i w puszczy". Tej lalki wszyscy mi zazdroscili, bo w Polsce nie bylo lalek o tak ciemnej karnacji.
   Mialam kilka gier planszowych i cala mase ksiazek, bo namietnie czytalam. I to wlasciwie byly wszystkie moje zabawki, trzymalam je w kartonie pod biurkiem i nie chcialam sie z nimi rozstac, tak w duchu sobie myslalam, ze beda dla moich dzieci. Tymczasem podczas wakacji po maturze, kiedy nie bylo mnie w domu, mama pozbyla sie kartonu, nawet nie wiem, co z nim zrobila, czy komus dala, czy wyrzucila, zeby nie brac do nowego mieszkania zbednego balastu. Do dzisiaj nie moge jej tego wybaczyc, ze nie zapytala mnie o zdanie, ze rozporzadzila moimi rzeczami bez mojej zgody. 
   Jestem pewna, ze zadne z moich wnuczat nie bedzie tak dokladnie pamietalo swoich zabawek, maja ich tak duzo, ze wieloma w ogole sie nie bawia. Jeszcze w rodzinie mozna powiedziec, co ewentualnie jest marzeniem malucha, wzglednie poprosic o gotowke, zeby dziecko moglo uskladac sobie na cos drozszego, ale na kinderbalu dzieciecy goscie przynosza raczej tani badziew. 
   Hexa powoli wchodzi w wiek, kiedy najchetniej przyjmuje gotowke i sama chce decydowac, co kupi albo zbiera na cos wiekszego. To jest dla nas najwygodniejsza opcja, o reszcie prezentow dla innych wnukow decyduja ich mamy, bo one wiedza, co bedzie dla dzieci najlepsze i edukacyjne. Ja za moda zabawkowa juz nie nadazam. Czasem los zawiedzie mnie do takiego zabawkowego giganta Smyths Toys, to ja sie tam kompletnie gubie. Jeszcze nieco orientacji mam w grzechotkach dla niemowlat, reszta to dla mnie czarna magia. Bardzo kosztowna magia.

21 sierpnia 2025

Bapcia sie uczy

   Bapci na starosc przyszlo uczyc sie obslugi malych chlopczykow, bo bapcia sama miala tylko z dziewczynkami do czynienia i w tym nabrala wielkiej wirtuozerii. Przewijanie, wysadzanie na nocnik albo na memlonie natury, wszystko to bapcia moze robic z zamknietymi oczami i lewa reka, prawa z palcem w nosie. Bapcia bowiem nigdy wczesniej nie miala do czynienia z malymi siusiakami, tylko z... ekhem... normalnymi doroslymi. 
   Kiedy wiec niedawno podczas wizyty corki z chocholami, Junior zapytany, czy nie chce czasem siusiu, potwierdzil, bapcia postanowila go obsluzyc. Trzeba Wam wiedziec, ze Junior, jak wiekszosc dzieci wychowywanych w pampersach, ani myslal rezygnowac z wygod lania w pieluche i mimo, ze za chwile skonczy cztery lata, nie chcial na nocnik. Inna rzecz, ze corka pracuje i nie bardzo ma czas wysadzac go i pilnowac. No ale jakims cudem tego lata Junior zaczal byc dorosly i zalatwia sie do kibelka, wprawdzie trzeba go troche jeszcze pilnowac i pytac, czy chce siusiu, bo sam zapomina, ale jak donosi jego mama, nie zdarzylo mu sie zmoczyc majtek. Jak wiec wspomnialam, Junior byl u nas i trzeba go bylo przytrzymac na "doroslym" kibelku, bo u siebie ma nie tylko stoleczek, na ktorym wspina sie na kibelek, ale corka ma taka deske klozetowa z dwiema klapami, jedna z normalnym otworem dla doroslych, druga z mniejszym dla dzieci, na ktorej Junior czuje sie pewnie, bo nie grozi mu, ze sedes go polknie i wyrzuci dopiero w morzu. U nas trzeba go podsadzic i trzymac, ale nie tylko za raczki, i dobrze, ze corka mnie w pore ostrzegla, zanim zasikal cala lazienke. Bo siusiaki malych mezczyzn maja te dziwna wlasciwosc, ze jesli sie ich nie przygnie troche do dolu, to udaja sikawke strazacka.
   Juz raz zostalam osikana przez Juniora, kiedy  pojechalam do corki pomagac przy nowo narodzonej Zosce. Lezal sobie na komodzie do przewijania, a bapcia nieswiadoma mozliwosci takiego malego siurka, wyciagnela pieluche spod tylka i zaczela wyciagac z szuflady nowa. W tzw. miedzyczasie Juniorowi zachcialo sie siusiu, wiec pieknym lukiem polecialo to siusiu prosto na bapcie. Moja krew! Dlaczego?
   Bardzo wiele lat temu, kiedy to ja przyszlam na swiat, opowiadano mi, ze mialam problemy z dwójeczka, wiec rodzice i dziadkowie kombinowali, jak mnie do tego przymusic. Lezalam na stole, na jakims kocyku, a dokola mnie zebrala sie rodzina, w tym moj dziadek w swoim galowym mundurze, bo wlasnie mial wychodzic na jakies uroczystosci. Pochylil sie nade mna, a mnie puscily wtedy zwieraczki. No coz, dziadek nie byl zachwycony, mundur musial oddac do czyszczenia, a na uroczystosc musial pojsc w zwyklym mundurze. Wiele lat pozniej Junior zemscil sie za krzywde prapradziadka.
 

28 czerwca 2025

Trudno mi uwierzyc

 Roznie sie miedzy nami ukladalo, na poczatku dobrze, potem poroznil nas covid i kwestia szczepien. Star zamknela blog, ja nie dostalam dostepu i coz, musialam z tym zyc. Przyzwyczailam sie, choc nie powiem, wspominalam czasem jej dobre pioro, specyficzny styl, ale bylo jak bylo. Doszly mnie sluchy, ze owdowiala, ze zamieszkal z nia syn, nic wiecej. 
 Jakos tak w lutym napisala do mnie maila, ze czyta regularnie moj blog, w wiekszosci zgadza sie z tym, co pisze, ze jakos tak glupio sie stalo, ze zamknela przede mna swoj swiat, ze chcialaby wrocic do tej znajomosci, jesli nie mam nic przeciwko temu.
 Nie mialam.
 Ucieszylam sie z tego maila.
 Zaraz potem wymienilysmy sie numerami telefonow i od tamtego czasu wielokrotnie wiodlysmy dlugie wielogodzinne rozmowy za posrednictwem WhatsAppa, jakby nigdy nic sie miedzy nami zlego nie wydarzylo. Kazda z nas podkreslala, jak bardzo sie cieszy z tej odzyskanej znajomosci i ze szkoda tego czasu, ktory stracilysmy.  
 Ostatni raz rozmawialysmy w sobote 21 czerwca. Dlugo jak zwykle. I to musi mi wystarczyc na reszte zycia, bo juz nigdy nie porozmawiamy.
 Informacja, ze zmarla dwa dni pozniej, zwalila mnie z nog.
 Za wczesnie odeszla.
 Tylu tematow nie zdazylysmy jeszcze obgadac.
 Czytam  nasze czaty, w glowie jeszcze brzmi jej glos, lekko zachrypniety, lapiacy powietrze. Wiedzialam o jej chorobie, ale nie spodziewalabym sie, ze tak szybko ja pokona. A ona jeszcze martwila sie moim stanem zdrowia.
 Juz wiem, dlaczego jestem takim wrogiem klotni, sprzeczek, niesnasek, nawet w swiecie wirtualnym. Bo zycie jest naprawde krotkie i spedzanie go na docinkach i przysrywkach to zbrodnia, strata cennego czasu, ktory zostal nam darowany. Dzisiaj zyjemy, jutro moze nas nie byc. 
 Star to docenila, powiedziala mi, ze jako jedna z nielicznych nigdy nie napisalam o niej zlego slowa. Zobaczcie, ile lat stracilysmy przez jakis glupi covid i szczepionki. 
 Jest mi niewypowiedzianie  smutno.
 
https://i.gifer.com/4Mqw.gif

03 marca 2025

Gene

 Kilka dni temu zmarl w dziwnych okolicznosciach, razem ze swoja o ponad 30 lat mlodsza zona i psem, jeden z moich ulubionych aktorow, 95-letni Gene Hackman. Nie bede tu przepisywala jego biografii, kto chetny, moze sobie poczytac wikipedie, poszukac jego filmy na yt albo gdzie tam sa do obejrzenia, mnie ze wzgledow osobistych utkwila w pamieci jego niewielka drugoplanowa rola w filmie, ktory opowiadal o pewnym desancie podczas drugiej wojny swiatowej, w ktorym bral udzial moj dziadek, a Hackman przyjal role jego dowodcy, generala Sosabowskiego. Film nosi tytul "O jeden most za daleko" i traktuje o wojennej operacji o kryptonimie Market Garden. I jak wielu polskich bohaterow wojennych zostal po wojnie bardzo niegodnie potraktowany przez Brytyjczykow. Ehhh, takie moje wspomnienie o Hackmanie.
 
Zrodlo
  Jeszcze nie zaprzysiezyli nowego kanclerza, a juz w Niemczech wyladowaly dwa czarterowe samoloty, finansowane oczywiscie przez niemieckiego podatnika, z gromadami migranckich przestepcow na pokladzie: we wtorek 155 Afganczykow, w czwartek 220 Somalijczykow i Sudanczykow. Kolejnych 13 tysiecy krymigrantow, glownie z Afryki, czeka na transport do Niemiec w ramach akcji przesiedlenczej. Merz, zwany tu bardzo brzydko Piz*a Fritz z racji kepki wlosow na czubku glowy przypominajacym niektorym owlosienie lonowe u kobiet, obiecywal w kampanii wyborczej uszczelnienie granic, nastepnego dnia po wyborach wyparl sie tego, co mowil i oswiadczyl, ze zadnego uszczelnienia czy zamykania nie bedzie. Z utworzeniem koalicji tez moze byc roznie, bo socjalistyczny koalicjant obstaje przy dalszym marnotrawieniu pieniedzy podatnikow na pozarzadowe antify czy inne "babcie przeciw prawicy", na co nie chce zgodzic sie CDU/CSU. Wiec albo czekaja nas nowe wybory, albo kanclerz dobierze sobie innych koalicjantow, a znaczy to zielonych i pewnie skrajna lewice, albo w koncu sie dogadaja. W kazdym razie sytuacja napawa mnie wielkim strachem, bo ostatnio przeczytalam rowniez, ze terrorysta, czlonek IS nie zostanie deportowany, bo w jego kraju grozi mu smierc. Rozumiem zatem, ze lepiej, zeby smierc grozila Niemcom, bo trzeba bandyte chronic? Aaa, bylabym zapomniala, zona obecnego nowego lidera socjalistow, Larsa Klingbeila, jest mocno aktywna w tych NGO (
non governmental organisation - organizacje pozarzadowe) i pewnie ciagnie stamtad niemala kase, ale to musi byc przypadek i nie ma najmniejszego wplywu na postawe prezesa SPD, nieprawdaz.
 Dobilo mnie jednak zenujace przedstawienie z Bialego Domu, jakie mialo miejsce w piatek. Owszem, Zelenski potrafi byc wkurzajacy, owszem, "zginelo" mu 200 miliardow dolkow, jakie dostal na obrone przed Rosja, ale to w zaden sposob nie upowaznialo tych dwoch chamow do takiego zachowania, jakim popisywali sie przed kamerami. Mozna bylo odmowic pomocy finansowej, mozna bylo Zelenskiego w ogole nie zapraszac, tylko zdalnie dac mu znac, ze nie ma po co przyjezdzac, ale ordynarne chamskie publiczne ponizanie go i grillowanie na oczach swiata przez tych dwoch prymitywow wywolalo, mowiac delikanie, wielki niesmak na calym swiecie i swiadczylo zle jedynie o nich samych, nie o Zelenskim. Czekalam kiedy Trump stanie naprzeciw Zelenskiego i rozepnie rozporek, zeby upokorzyc go do reszty. Coz, dyplomacja nie polega na obrzucaniu sie blotem i odchodami, ale powiedzeniu komus spier***laj w taki sposob, zeby czul podniecenie przed zblizajaca sie podroza. Jednak osobnik, ktory zostal amerykanskim prezydentem to okaz prostaka z rozdetym do granic mozliwosci ego, ktoremu sie wydaje, ze mozna wszystko kupic. Nie mozna. A juz klasy na pewno i zadne miliardy na koncie nie ukryja slomy wystajacej z butow szytych na miare. Senator Cory Booker wypowiedzial sie na X o tym zenujacym incydencie. Wprawdzie to demokrata, z tych, co to bronia i pomagaja, ale tylko tam, gdzie sa jakies zloza, ale mysle, ze wielu Amerykanow podziela jego zdanie:
Jesteśmy Amerykanami.
Jesteśmy najpotężniejszym narodem na świecie.
Ale nie definiuje nas zdolność do tłumienia słabszych.
Nasz charakter nie przejawia się w traumatyzowaniu uciskanych.
Nie świadczy o nas umiejętność poniżania, upokarzania i pogardy wobec rannych, złamanych i torturowanych.
Jesteśmy krajem, który stworzył Plan Marshalla.
Narodem, który przeprowadził most powietrzny do Berlina.
Ludźmi, których przywódca powiedział kiedyś: „Panie Gorbaczow, zburz ten mur”.
Jesteśmy sobą, gdy przeciwstawiamy się złu – nie wtedy, gdy schlebiamy jego twórcom.
Mówimy prawdę, gdy bronimy słabszych – nie wtedy, gdy robimy to tylko dla zysku.
Pozostajemy Ameryką, gdy nasi przywódcy nazywają tyranów po imieniu, a tych, którzy walczą o demokrację, traktują jak sojuszników.
Dziś Donald Trump i J.D. Vance nie pokazali siły – pokazali słabość.
Próbowali umniejszyć wielkość, a tylko obnażyli własną małość.
Noszą jedne z najbardziej zaszczytnych tytułów na świecie – prezydenta i wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych.
Ale tytuły nie czynią człowieka. A dziś obaj splamili swoje.
Przed nimi stał wyczerpany wojownik.
Człowiek, który stracił tysiące przyjaciół i towarzyszy przez brutalną i zbrodniczą agresję autorytarnego władcy.
Ale nie wykazali się hojnością, szlachetnością ani dyplomatyczną mądrością.
Zachowali się jak mali ludzie na wielkich stanowiskach, poniżając historię i dziedzictwo kraju, którym rządzą.
Dziś Donald Trump był bardziej jak Putin niż prezydent Stanów Zjednoczonych.
 
 A w ogole to nic mi sie nie chce, a pisac najmniej. Zycie mnie mnie, ze tak zacytuje mistrza Sztaudyngera, politycy nas oszukuja i traktuja jak upierdliwe muchy i dostarczycieli kasy na ich fanaberie. Dostali sie do koryta i natychmiast zapomnieli, co obiecywali. Chyba zrobie sobie przerwe w blogowaniu i udam na wewnatrzna emigracje. Jak bedzie o czym pisac, to moze napisze.

18 stycznia 2025

Oesu!

 Zaczelo sie od focha Starej Jedzy, ktora chylkiem zmienila tytul bloga i nikt tego nie zauwazyl. Nie to co ja, ktora zmiane tytulu oglaszala z fanfarami i wyjasnieniami. U mnie nie bylo opcji, ze ktos nie zauwazy, bo dodatkowo jeszcze zlecilam KI wygenerowanie ilustracji tej pantery z aureola z alufelgi. No czytacz musialby byc calkiem slepy i czytac co drugi wers i to bez zrozumienia, zeby sie nie natknac. Jedza natomiast jeden napis zmienila na drugi, choc w mojej czytelni nadal tkwi ten stary tytul, nie zmieniajac wygladu szaty graficznej. No ktoz by na to wpadl, bo przeciez nie ja. Przy tej okazji wrocilam wspomnieniami do poczatku lat 90-tych, kiedy to pracowalam w knajpie u bylego policjanta, ale nie takiego kraweznika, tylko fachowca do spraw powaznych, ktory co prawda stracil prace, bo byl alkoholikiem, a knajpe kupil sobie, bo mial zakaz wstepu do innych lokali, jako ze po alkoholu zle sie zachowywal. Czlowiek naprawde bardzo inteligentny i mozna bylo gadac z nim na rozne tematy, dopoki poziom alkoholu nie przekroczyl pewnego limitu.
 Ktoregos dnia rozmawialismy o swiadkach, takich przecietnych ludziach, ktorzy byli przesluchiwani na okolicznosc jakiegos czynu przestepczego. Zdarzyl sie wypadek, kierowca uciekl, swiadkowie sa pytani, jaki to byl pojazd, kto siedzial za kierownica, numery rejestracyjne itp. Albo zlodziej w sklepie, wyglad, ubranie, znaki szczegolne. Wtedy jakos zdalam sobie sprawe, ze ja nie zauwazam praktycznie niczego, no naprawde! Chyba z trudem przypomnialabym sobie plec, a i tak nie dalabym za to glowy, ale wzrost, ubranie, wlosy, znaki szczegolne to juz zupelnie nie. No chyba, ze bylby czarny, ale gdyby pozniej przyszlo mi wskazac wlasciwego w szeregu innych czarnoskorych, to juz bym nie dala rady, bo dla mnie oni wszyscy sa jednakowi. Dlatego miedzy innymi nie ogladam filmow, w ktorych jest duzo Murzynow, bo mi sie myla, jak gra jakis jeden, to jeszcze daje rade. Ja nawet nie zauwazam znajomych na ulicy, no chyba ze ktos na mnie wlezie albo zawola po imieniu. Wiele osob miewalo do mnie pretensje, ze nie odpowiedzialam na pozdrowienie albo kiedy jechalam autem, nie zareagowalam na kiwniecie czy nawet mrugniecie swiatlami. No tak mam i juz. Ja nawet kiedy kogos poznam, od razu zapominam nie tylko jak sie nazywal, ale jak wygladal. Dopiero po wielokrotnych spotkaniach czyjas fizys wbija mi sie w pamiec. Albo jak kogos dawno nie widzialam, kojarze, ze znam, ale juz nie wiem skad i jak dobrze. No jest to nieco upierdliwe w zyciu, z zarzutami o arogancje wlacznie, ale ja tak mam. Kiedy spotykam sie z kims dobrze mi znanym, to pozniej np. nie wiem, jak ta osoba byla ubrana, no za chiny i na torturach nie przypomne sobie, chocbysmy nie wiem jak duzo czasu ze soba spedzili. W moim przypadku to chyba jeszcze nie jest ta slynna prozopagnozja, ale podejrzewam, ze jakas jej lekka odmiana dotyczaca nie tylko twarzy, ale w ogole percepcji calego otoczenia czy zjawisk. Tak ze ten... nie powolujcie mnie w razie czego na swiadka, bo w tej kwestii jestem calkiem bezuzyteczna.

17 października 2024

Jak latwo zniszczyc zycie

 Piszemy do siebie z Tereska Australijska, codziennie wymieniamy kilka maili, czasem o niczym, o codziennosci, o pogodzie o mojej zazdrosci, ze u niej wiosna, o polityce i o dupie maryni. Ostatnio napisala mi, ze nad jej osiedlem nisko krazy helikopter i pewnie kogos szukaja. A mnie przypomniala sie historia sprzed wielu lat.
 Pracowalam wtedy jeszcze w knajpie, wiec w sobote odsypialam, kiedy obudzil mnie huk smiglowca lecacego bardzo nisko nad naszym domem, za chwile znow i znow. Przelatujacy helikopter to u nas chleb codzienny, klinika uniwersytecka ma do dyspozycji opisywanego przeze mnie wielokrotnie Christoph 44, ktory czesto lata, glownie do bardzo powaznych stanow, wtedy laduje na srodku ulicy albo gdzie sie da, lub do wypadkow na autostradzie siodemce, bo najszybciej mozna tam dotrzec droga powietrzna. Ale krazacy w te i nazad to cos niezwyklego, wiec zwleklam sie z lozka i dopiero wtedy odkrylam, ze to nie Christoph, a smiglowiec policyjny.
 Byly to czasy, kiedy telefony komorkowe jeszcze nie byly tak powszechne, a o internetach malo kto slyszal, wiec nie dalo sie szybko dowiedziec, o co chodzi, bo ze kogos poszukuja, to bylo pewne. Po osiedlu jezdzilo tez sporo radiowozow, a czlowiek nie byl pewien, czy to poscig za jakims przestepca, psychopata czy cos innego. Pozniej dopiero dzieci przyniosly do domu hiobowe wiesci, ze zginal ich kolega z podworka, a stalo sie to w piatek w drodze do szkoly. Chlopczyk o imieniu Andreas mial 7 lat. Tego dnia nie zostal odnaleziony, za to do matki dziecka zadzwonil porywacz, zadajac okupu w wysokosci 800 tysiecy marek, co bylo dosc zaskakujace, bo na tym osiedlu nie mieszkali zadni milionerzy. W niedziele wieczorem przypadkowi spacerowicze odkryli w niedalekim lesie chlopca przywiazanego do drzewa tasma klejaca, mial tez zaklejone oczy i usta. Krotko potem zlapano porywacza, ktorym okazal sie 21-letni bezrobotny, sam ojciec malego chlopczyka. Zostal skazany na 7 lat wiezienia i pewnie dawno juz wyszedl na wolnosc, ale to niestety nie koniec tej smutnej historii.
 Andreas wyniosl z tego porwania spore psychiczne traumy. Jako ze przez czas porwania nie jadl, rozwinal sie u niego strach, ze znow moze zaznac glodu, wiec jadl na zapas, bardzo przytyl. Poza tym mial zal do matki, ze nie pospieszyla mu z pomoca, kiedy w tym lesie w nocy ja wolal, zeby go ratowala. Stal sie bardzo agresywny, byl to rodzaj muru, jaki tworzyl wokol siebie, zeby obcy nie mieli do niego dostepu, zeby nie powtorzylo sie porwanie. Dzieciak nakazywal sobie "proby odwagi", wspinal sie wtedy na wysokie drzewa czy mury. Oczywiscie natychmiast dostal psychologiczna pomoc, ale, jak mowil psycholog, dostep do niego byl bardzo utrudniony, wiec psychoterapie niewiele wnosily. Wciaz podkreslal, ze nienawidzi rodzicow, stracil do nich zaufanie, bo nie bylo ich, kiedy tak bardzo ich potrzebowal. 
 Te 60 godzin samotnie spedzonych w lesie, w dzien i w nocy, glod, brak mozliwosci rozejrzenia sie dokola, wolania o pomoc, wstyd z powodu opuszczonych spodni. Nie chodzilo tu o wykorzystanie seksualne, ale mozliwosc oddania moczu bez moczenia spodni, tak podkreslal porywacz. Chyba nigdy nie wybaczyl swoim rodzicom, ze nie bylo ich przy nim, kiedy ich potrzebowal, w tym przypadku cala wina lezala jego zdaniem po ich stronie, a nie po stronie porywacza. 
 O ile wiem, pozniej zaczely sie problemy z uzywkami, ale wlasciwie stracilismy kontakt z tamtym osiedlem po przeprowadzce i nie wiem dokladnie, co dalej bylo z Andreasem. Dzisiaj dobiega 40-tki, nie wiem, jak potoczyly sie dalej jego losy, czy zalozyl rodzine, czy ma wlasne dzieci, czy wybaczyl w koncu rodzicom.
 Sprawca mial 100 000 marek dlugow i w taki sposob usilowal z nich wyjsc, niszczac nieodwracalnie zycie kilku osob, najbardziej tego biednego dzieciaka, ale i jego rodzicow.
 Na podstawie wlasnych wspomnien i artykulu w Spiegel

27 lipca 2024

To mnie sciskalo za gardlo

 Pamietacie wpis o bukiecie, jaki zamowilam pod koniec czerwca, z dostawa, na urodziny naszego ciezko chorego, a w zasadzie juz wtedy skazanego na smierc znajomego? Pozniej jeszcze odwiedzilam go, bo lezal w tym samym szpitalu co mama, ale na oddziale paliatywnym. Nie chcialam go odwiedzac, lepiej dla mnie byloby zachowac go w pamieci, jaki byl wczesniej, ale dla niego widocznie moje odwiedziny byly wazne, cieszyl sie, choc mnie juz trudno bylo zrozumiec, co do mnie mowil. 
 Kiedy w hospicjum zwolnilo sie miejsce, zostal przewieziony ze szpitala, ale dane mu byly juz tylko trzy dni. Odszedl. Przekazalam jego zonie i corkom wyrazy wspolczucia, ale nie mialam odwagi na odwiedziny, bo wiem, ile jest pracy i zamieszania przy organizacji ceremonii zalobnych w przypadku czlowieka dosc zasluzonego dla miasta. Byl nauczycielem, pedagogiem, tworca uniwersytetu dla dzieci, pisal i wydawal ksiazki, angazowal sie w lokalnej polityce, byl dobrym, kochanym i szanowanym czlowiekiem. Ze swoja zona przezyli razem 60 lat, w tym roku na wiosne swietowali swoje diamentowe gody, dostali rowniez gratulacje z ratusza. 
 Ale to ona zadzwonila, chciala sie wygadac, nie byc sama. To silna kobieta, pragmatyczna, nie plakala, za to pieknie mowila, co dane im bylo przez los, 60 wspolnych lat, pelnych milosci, ale i ciezkiej pracy, dzieci i wnuki, grono przyjaciol, ktore niestety tez juz zaczyna sie wykruszac, dlugotrwale zdrowie, ale nic nie moze przeciez wiecznie trwac. Choroba ujawnila sie nagle, choc musiala trwac juz przez dluzszy czas, bo szkody, jakie poczynila, nie daly zadnych szans na wyzdrowienie. W niecale pol roku przegral walke, rak byl bardzo agresywny i szybki w dzialaniu.  Dlatego ona jest teraz wdzieczna losowi za to cale z nim zycie i nie bedzie plakac, bo smierc jest przeciez czescia zycia, jego skladnikiem. A mnie przez caly czas sciskalo w gardle i to ja bylam blizsza placzu, mocno wzruszona jej pogodnym podejsciem do tej straty. Ale ja zawsze mialam oczy w bardzo wilgotnym miejscu, jestem placzliwa i latwo sie wzruszam.
 Kiedy umiera jakis "zwykly" czlowiek, najczesciej pogrzeb nastepuje szybko, w jego przypadku przygotowania do ceremonii trwaly od 15 do 26 lipca, kiedy to zaplanowana byla msza zalobna z mowami pogrzebowymi przedstawicieli szkol, lokalnej polityki i przyjaciol. Msza odbyla sie w starym, ich parafialnym kosciele ewangelickim. Znacie moj stosunek do wiary, a szczegolnie do polskiego kosciola katolickiego, tu jednak nawet w k-kat jest nieco inaczej, a w kosciolach protestanckich to juz w ogole. Msze celebrowala pastor-samiczka (pastorka? pastoralka?) i czynila to z nalezna czcia dla zmarlego i szacunkiem dla rodziny i pozostalych uczestnikow nabozenstwa zalobnego. Kosciol byl pelen, przemawialo kilka osob, ktorym lamal sie glos, ale ja sie jakos trzymalam. Ale kiedy na mownice weszla berlinska corka zmarlego i wyszeptala "Tatusiu", to pol kosciola wycieralo oczy. Oprocz dwoch piesni koscielnych, puszczana byla muzyka, ktora zmarly lubil, dwa utwory klasyczne, w tym "Marzenie" Schumanna i cos, co wprawdzie znam, ale tytulu nie pomne, jakas wloska canzona i na koniec Edith Piaf z "Nie zaluje niczego". W sumie calosc trwala poltorej godziny.
 



 Zlozenie do grobu odbedzie sie dzisiaj, ale dosc daleko poza Getynga, na starym cmentarzu nalezacym do majatku jego ziecia, w Hesji. Tam leza ziecia rodzice i inni czlonkowie rodziny, wiec on i corka zmarlego chcieli miec wszystkich rodzicow razem, zreszta taka tez byla wola zmarlego, ktory czesto przyjezdzal do majatku, pomagal w remoncie domu po smierci ojca ziecia. Tam chcieli spedzic z zona ostatnie lata w przygotowanej specjalnie dla nich czesci wielkiego domu. Nie udalo sie spelnic tych marzen, wiec chociaz "zamieszka" na rodzinnym cmentarzu.
 Dla mnie to juz za daleka droga, wiec mimo zaproszenia nie pojade. Rodzina prosila o wplaty na rzecz fundacji szkolnej, zamiast kwiatow.
 
Zdjecia z internetu.

28 marca 2024

Wzielo mnie na wspominki

 Juz nawet nie pamietam, od czego sie zaczelo, ze ktoregos dnia wzielo mnie na wspominki. Prawdopodobnie impulsem musialo byc jakies zdjecie na ktorejs z lodzkich stron na fb, bo regularnie sledze nowinki remontowo-rewitalizacyjne, jakie dokonuja sie w Lodzi. Dopiero jednak niedawno zdalam sobie sprawe, jak bardzo Lodz byla... po prostu brudna. Kiedy jeszcze tam zylam, wyglad ciemnych kamienic byl dla mnie czyms calkiem normalnym, bo nie znalam innego. Pamietacie pewnie z filmu Ziemia Obiecana obraz dymiacych wielkich kominow, one tak kopcily, wtedy i nieprzerwanie do czasow, w ktorych sie urodzilam i zylam w tym miescie. Pamietam, ze sama bardzo czesto chorowalam na gorne drogi oddechowe, a kiedy urodzily sie moje dzieci, byly stalymi pacjentkami emerytowanego pediatry wojskowego, doktora Kozubkiewicza, ktory wprawdzie usilowal postawic je jakos na nogi za pomoca homeopatii i pszczelich produktow, ale niespecjalnie mu sie to udawalo. Zawsze mi powtarzal, ze jezeli chce miec zdrowe dzieci, powinnam wyprowadzic sie z Lodzi na stale, bo jest to, po jakims slaskim miescie, drugie z najbardziej zanieczyszczonym powietrzem w Polsce. W zasyfieniu Lodz wyprzedzala Plock z petrochemia, Tarnobrzeg z siarka i caly Gorny Slask, a przeciez Lodz miala "tylko" przemysl zwany lekkim. Niestety ta jego lekkosc nie przekladala sie na lekkosc zanieczyszczenia powietrza. Latwo bylo powiedziec - przeprowadzka, ale w tamtych czasach zmienic miejsce zamieszkania to bylo nie lada wyzwanie. Meczylam sie zatem z tymi chorujacymi dziecmi do czasu, kiedy rzeczywiscie zamienilismy zatruta Lodz na zielona i praktycznie bezprzemyslowa Getynge. Pediatra mial racje, jak sie okazalo, dzieci przestaly tak czesto chorowac. Wiadomo, ze czasem cos przywlekly z przedszkola albo szkoly, ale czestotliwosc chorob utrzymywala sie juz w jakichs rozsadnych granicach.
 Jezdzilam do Lodzi, widzialam zmiany, przede wszystkim po upadku przemyslu i ubytku okolo 200 tysiecy mieszkancow, co zdegradowalo moje rodzinne miasto z drugiego miejsca w liczbie mieszkancow do czwartego w Polsce, ale latwiej bylo oddychac, zwlaszcza ze wladze miasta postawily sobie za cel jak najbardziej je zazielenic, gdzie sie dalo, tam powstawaly klomby, sadzono drzewa i krzewy. 
 Najwieksze jednak wrazenie zrobily na mnie "wybielone" budynki, ktore zostaly albo wypiaskowane, jak np. kosciol ewangelicki na Piotrkowskiej, hotele Polonia i Grand albo pomalowane. I nagle te dotad czarne lub bardzo ciemne budynki zrobily sie tak jasne, ze prawie ich nie poznalam. Powiem wiecej, zanim sie przyzwyczaje, one dla mnie wygladaja "glupio", ja przez ponad pol wieku odbieralam je inaczej.
 Poszperalam w internetach i zrobilam dla Was zestawienie przed-po.

Hotel Polonia

Hotel Grand

Palac Steinerta
 
 Najwieksze zmiany mozna zauwazyc w rewitalizowanych budowlach z czerwonej cegly, one tez zmienily kolor. Manufaktura juz jest gotowa, teraz rewitalizowane sa nalezace do Poznanskiego famuly (w jednej z nich przyszlam na swiat). Podobnie z zabudowaniami fabrycznymi Scheiblera (za PRL Uniontex) i nalezacymi do nich famulami Ksiezy Mlyn. 

Brama Manufaktury

Famuly na Ksiezym Mlynie

 Pomyslcie, wszystko to, co osiadalo przez lata na domach, bylo przez nas wdychane i osiadalo nam na plucach i oskrzelach, powodowalo wiele chorob u dzieciakow i to przez kilka(nascie) pokolen. Teraz dom po domu wylania sie z tych osadow, pokazuje swoje piekno tak dlugo ukrywane, zaniedbywane z braku srodkow, niszczone przez "lud pracujacy miast i wsi", bo to nie ich, bo im dali i pozwolili uzytkowac za grosze, wiec mozna bylo bezkarnie dewastowac. Dzieki dotacjom unijnym to w gruncie rzeczy piekne, choc latami zaniedbywane miasto, zaczyna prezentowac swoja specyficzna urode. Niby znam, ale wiele rzeczy mnie zaskakuje, bo przyzwyczajona do brudu i nijakosci, nie zwracalam nigdy wczesniej uwagi na detale, uznajac jakby z gory, ze nie warto.

16 stycznia 2024

Rocznica i...

 Wczoraj pyknelo mi 35 lat, odkad wyemigrowalam z Polski. Kawal czasu, znaczaco wiekszy od tego, ktory spedzilam w mojej pierwszej ojczyznie. Nigdy nie zalowalam swojego kroku, szczegolnie teraz, kiedy z wiekiem czlowieka dopadaja rozne dolegliwosci i czasem na cito potrzebuje dostac sie do lekarza. Nie twierdze, ze niemiecka sluzba zdrowia jest idealna, ale kiedy slysze, co dzieje sie w Polsce, to naprawde ciesze sie, ze mnie tam nie ma. Jest jeszcze jedno, nie tylko sluzba zdrowia. Przez ten czas, jaki spedzilam poza Polska, poczynilam spostrzezenia, ze ten narod bardzo sie zmienil. Na gorsze niestety, szczegolnie ekstremalnie podczas rzadow tego opetanca z zepsutymi zebami. Takich podzialow, takiego szczucia, nietolerancji i nienawisci nigdy wczesniej w Polsce nie bylo.
 A moglam wyjechac do Niemiec jeszcze wczesniej, a wlasciwie tam zostac wczesniej. Pojechalismy bowiem w listopadzie 1981 roku z przyszlym wtedy slubnym po zakupy, miedzy innymi zwiazane z czekajacym nas slubem. W Polsce byl wowczas kryzys i malo co bylo dostepne. Kupilam sobie material na sukienke w Pewexie, a pani Sabinka, krawcowa z Telimeny, uszyla mi sukienke. Podobnie mial slubny, jego mama miala zadolowany w szafie kupon na garnitur, ktory uszyl mu krawiec. Poza tym nie sposob bylo dokupic cokolwiek, a potrzebowalismy buty, kosmetyki, piekna bielizne (ja) i takie tam drobiazgi. No tosmy pojechali do Berlina Zachodniego robic zakupy, moim Maluchem zesmy pojechali, zabawnie bylo, bo Niemcy otwierali szeroko oczy na widok blondynki w samochodzie-zabawce popylajacym posrod wypasionych limuzyn po ulicach Berlina.
 Wtedy nocowalismy u znajomych, ktorzy proponowali nam pozostanie, na biegu mielibysmy mieszkanie i prace, ale niestety na przeszkodzie stanela moja tesciowa. Ja chcialam zostac, ale slubny mial plan wrocic do Polski, wziac ze mna slub, spedzic z mamusia swieta i w styczniu przyjechac do Berlina ponownie, do tego obiecanego mieszkania i podjac od razu prace. Jak sie skonczyl rok 1981, wiemy wszyscy. Slub jeszcze zdazylismy wziac, ale po tygodniu nastapila niedziela, kiedy zabraklo Teleranka. I, ze tak posluze sie klasykiem, caly misterny plan poszedl w pis-du. Zostalismy w Polsce, wprawdzie swiezo upieczeni malzonkowie, w pieknych zachodnich butach i eleganckiej koronkowej bieliznie, ale z reka w urynale. Slubny nastepna okazje wyjazdu dostal dopiero w 1987, ja z dziecmi dobilam do niego poltora roku pozniej, wlasnie 15 stycznia 1989 roku przylecialam sobie z Warszawy do Frankfurtu nad Menem i osiadlam z zamiarem "na zawsze".
 No coz, dzieki tesciowej stracilismy kilka ladnych lat i szanse urzadzania sie bez balastu dzieci u boku. Zawsze powtarzam, ze najlepsza tesciowa to tesciowa na 102, albo 100 kilometrow oddalona, albo 2 metry pod ziemia. 

19 grudnia 2023

Smutne wigilie

 Smutne dla tych, ktorzy spedzaja je w najciezszej zalobie. Smierc jest czescia skladowa zycia, ludzie umieraja przez caly rok, pozostawiajac nieutulonych w zalu bliskich. Kazde odejscie bliskiej osoby jest wielkim dramatem, ale najwiekszym chyba jest smierc przed swietami, bo juz zawsze swieta beda sie kojarzyc ze smutkiem i poczuciem straty. 
 Temat nasunal mi sie, bo niedawno, a dokladnie 12 i 13 grudnia dowiedzialam sie o smierci dwojga osob, jednej nie znanej mi osobiscie, ale bardzo lubianej aktorki, Zofii Merle, a dzien wczesniej znajomego, ktory odszedl w wieku 68 lat, stanowczo za wczesnie. Marka poznalam na samym poczatku pobytu w Niemczech i jakos od razu polubilam. Mial tu bardzo pokrecone zycie, ukladalo mu sie mniej lub bardziej, w koncu zdecydowal wrocic do Polski i to byla bardzo trafna decyzja, jak sie pozniej okazalo. W Polsce bowiem nie tylko znalazl milosc zycia, ale razem z zona mieli pomysl na biznes, wiec i finansowo wiodlo im sie bardzo dobrze. Zwiedzali sobie swiat, zawsze w zimie bylo Zakopane, latem Mazury, postawili dom i nie martwili sie, czy wystarczy do pierwszego. Ktoregos roku zaprosili nasza Julke do Zakopanego,  pokazujac po drodze Krakow. W sumie nasze kontakty ograniczaly sie do fejzbuka, ale bylismy na biezaco. I nagle ona zamiescila zdjecie jego klepsydry, a ja czytalam ja kilkakrotnie i nie wierzylam, przez glowe przelatywaly mi glupie mysli, ze to jakis fejk, ale zaraz sie strofowalam, ze nie zartuje sie ze smierci. Nie wiem, co sie stalo, bo nic nie wskazywalo na zblizajace sie nieszczescie, ale teraz pytac byloby nietaktem. Poczekam wiec, zlozylam tylko kondolencje.
 Jednak to wszystko jest niczym w obliczu tego, co przydarzylo sie w mojej rodzinie. Byly to lata 70-te, chyba gdzies w polowie, a wiec gleboka komuna. Dzien wigilii. Ciocia wyslala wujka po zamowione pieczywo, niedlugo mieli zaczac schodzic sie goscie czyli ich dzieci z rodzinami. Wujek wrocil z pieczywem, odwiesil plaszcz i upadl w przedpokoju. Koniec, nie pomogly reanimacje, zmarl.  Pamietacie zapewne, ze wowczas nie bylo wypasionych prywatnych firm pogrzebowych, pracujacych 24/7, a transportem zwlok zajmowalo sie jakies panstwowe przedsiebiorstwo, ktorego pracownicy mieli wlasnie w perspektywie trzy dni wolne. Nie bylo zadnego sposobu ani najmniejszych szans wyprowadzenia zwlok z mieszkania, zreszta trumny tez nie mozna bylo kupic w wigilie wieczorem. Wyobrazacie sobie ten dramat? Stanelo na tym, ze umiescili zwloki wujka w mniejszym pokoju, gdzie skrecono ogrzewanie i otworzono okno, a w drugim pokoju, przy zastawionym swiatecznie stole, rodzina miala wigilijna stype. Z tym, ze jakos nikt nie mial apetytu. Wszystkie formalnosci pogrzebowe mozna bylo zaczac zalatwiac dopiero po swietach. Zmarly wujek byl ojcem odnalezionego po latach dalszego kuzyna, o ktorym kiedys pisalam TUTAJ
 
 Za to w miniona niedziele corka wpadla na pomysl, zebysmy oderwaly sie od pracy, zlych mysli, a nawet naszego miasta. Pojechalysmy zatem z dziecmi do Kassel na jarmark swiateczny, zeby sie bardziej nastroic do swiat, do ktorych wcale nie bylysmy nastrojone. Glownie to Junior profitowal, objezdzajac wszystkie karuzele, chociaz i Zoska zalapala sie na jedna runde, co widac na drugim zdjeciu. Wciagnelysmy smaczny obiad w restauracji, a pozniej juz zrobilo sie zbyt tloczno i trudno bylo sie przedzierac z podwojnym wozkiem, wiec wrocilysmy do domu. I chyba nas nastroilo, bo juz nie mysle z taka niechecia o swietach.
 
 




03 listopada 2023

Tamte Netflixy

 Naleze do wyjatkowego pokolenia, za zycia ktorego technika poczynila tak wielki krok naprzod, ze jeszcze 30 lat temu malo kto mogl to sobie wyobrazic. Pomijam juz niewyobrazalna przemiane w komunikacji miedzyludzkiej, od telefonu stacjonarnego, na zalozenie ktorego czekalo sie przez dziesieciolecia, no i trzeba bylo sobie na niego zasluzyc, az do smartfona, wynalazku, bez ktorego wiekszosc populacji swiatowej nie wyobraza sobie zycia. Na najwiekszych zadupiach swiata, gdzie nie ma cywilizacji, wody i niczego, jakos kazdy przy dupie nosi smartfon, a ze z zasiegiem i stacjami przekaznikowymi klopot, to uzywaja telefonow satelitarnych. Nawet straumatyzowani "uchodzcy" wszystko gubia po drodze, najczesciej oczywiscie dokumenty mogace wskazac, skad przybywaja i w jakim sa wieku (wazne przy popelnianiu przestepstw! i karach za nie), ale smartfony dowoza w stanie nienaruszonym. Dziwne, co nie?
 Ale ja tu o Netflixach chcialam... Glownym moim Netflixem bylo kino, niedroga rozrywka, wprawdzie mocno okrojona cenzura, ale w kinach studyjnych czy na Konfrontacjach mozna bylo obejrzec znacznie wiecej. Publika w kinach tez zachowywala sie porzadniej niz ma to miejsce w dzisiejszych czasach, bo na szczescie nie sprzedawano wtedy w kinach zarcia, nikt za plecami nie mlaskal i nie siorbal, a i porzadek byl wiekszy, nie bylo ryzyka, ze usiadzie sie w fotelu zalanym lepka cola. Drugim Netflixem byla telewizja, na poczatku tylko popoludniowa i najczesciej ogladana w gronie sasiadow, ktorzy nie mieli jeszcze telewizora (trudne to do wyobrazenia, prawda?) Repertuar byl dosc ubogi, lepsze filmy zostawiano na swieta i to bylo naprawde bardzo uroczyste, te swieta czulo sie nie tylko dlatego, ze nikt nie zdazyl ich przez poprzedzajace pol roku obrzydzic, nie tylko dzieki kubanskim pomaranczom i fajnemu swiatecznemu menu, ale wlasnie za sprawa tej swiatecznej telewizji.
 Potem przyszlo nowe czyli wideoodtwarzacze i jak grzyby po deszczu powstawaly nie tylko wypozyczalnie kaset wideo, ale byly tez zajechane do imentu pirackie kopie topowych filmow, ktore kupowalo sie pokatnie na bazarze. Pamietam "Lody na patyku" i "Akademie policyjna", te wszystkie "Ramba" i "Rocky" z czytana lista dialogowa, czesto przez jakichs sepleniacych amatorow. Inna rzecz, ze dzisiejszy Netflix tez nierzadko ma tak katastrofalny podklad, ze gdyby nie napisy, czlowiek nie zrozumialby ani slowa. Ale sie ogladalo, bo to byl taki realny powiew zachodu w domu, nie cenzurowany przez nikogo. I wtedy tez kazdy kazdego pytal: "a widziales juz TO czy TAMTO?" Jak dzisiaj, w przypadku filmow streamingowych, do ogladania ktorych nie potrzeba nawet telewizora, wystarczy smartfon, moim zdaniem najbardziej przydatny wynalazek wszechczasow.
 Po wideokasetach byl boom na plyty DVD, jakosc sie znacznie polepszyla, choc oczywiscie w porownaniu z dzisiejsza jakoscia porownania nie wytrzymywala.  Niedlugo potem wszystkie wypozyczalnie zaczely sie zamykac, bo nadciagnelo kino streamingowe. Na kazdej platformie jest kilka bardzo dobrych filmow, reszta to jakies zatkajdziury, ktore puszczaja, zeby wygladalo, ze maja duzo do zaoferowania, nic wiecej. Zeby moc ogladac wszystkie bardzo dobre filmy, trzeba by  oplacac czlonkostwo na wszystkich platformach, a to juz przestaje byc oplacalne, albo wejsc w konszachty z piratami, co oczywiscie tez nie jest za darmo. No i nie zawsze ma sie do nich dostep. Ale i tak zycia za malo, zeby obejrzec nawet to, co ma mi do zaoferowania Netflix, przeciez oprocz telewizji mam jeszcze zycie w realu.

24 lipca 2023

60 lat temu

 W tym roku, juz za niecaly miesiac, dokladnie 19 sierpnia Hexa bedzie miala swoj pierwszy dzien szkoly. Normalnie rozpoczecie roku jest 17-go, ale pierwszaki maja 1-2 dni pozniej, zeby starsze dzieci zdazyly dla nich przygotowac godne powitanie. Nie tak dawno moje dziewczyny maszerowaly ze swoim szkolnym rogiem obfitosci, zeby zaczac nowy etap w zyciu, etap obowiazkow, czerpania wiedzy, pewnej dyscypliny, bo czasy przedszkolnej beztroski odchodzily w niepamiec. 
 Pozniej dlugo nic i Einschulung dzieci P. Uzylam tutaj, choc niechetnie, slowa niemieckiego, bo sama fizycznie nienawidze czytac na cudzych blogach snobistycznych wtretow w jezyku, ktorego autor uzywa na emigracji, a im krocej na tej emigracji przebywa, tym czesciej te wtrety sie pojawiaja. Nie wiem komu i co chce tym udowodnic, bo przeciez i tak wszyscy zainteresowani wiedza, skad pisze, ale pewnie cudzoziemszczyzna w jego mniemaniu brzmi dostojniej cy cus. Ja sama wielokrotnie musze nasuwajace mi sie slowa i zwroty niemieckie tlumaczyc przy pomocy guglowego translatora, bo czesto brakuje mi odpowiedniego slowa po polsku, co po 35 latach moze sie zdarzyc, ale na blogu staram sie pisac jednak po polsku, bez snobowania sie na taka, ktora zapomniala jezyka ojczystego. Czasem jednak sa slowa, ktorych nie sposob przetlumaczyc, sa kompaktowe, trafne i niezastapione. Jak wlasnie Einschulung, co znaczy przyjecie do szkoly, do pierwszej klasy. No nie ma polskiego odpowiednika. 
 Przy tej okazji zdalam sobie sprawe, ze dokladnie 60 lat temu, 1 wrzesnia 1963 roku ja poszlam do pierwszej klasy w Szkole Podstawowej nr 124 imienia (qrde!)
Schulkind to uczen, pierwszak.
Nadjezdy Krupskiej, w Lodzi. W bialej bluzce i granatowej plisowanej spodniczce, cala przejeta do szpiku kosci. Byla jakas uroczysta akademia na boisku szkolnym, bo i pogoda dopisywala. Ale wtedy nie bylo takich wypasow, jakie maja teraz pierwszaki w Niemczech, nie bylo tych rozkow obfitosci, wypasionych tornistrow za miliony, czarodziejskich flamastrow, kostiumow gimnastycznych rodem z filmow, t-shirtow z personalnym nadrukiem czy wreszcie ksiazki o Malvinie, ktora idzie do szkoly, bo i taka ksiazeczke bapcia zamowila. Bapcia w ogole poszla na calosc w wydatkach dla pierworodnej wnuczki na rozpoczecie szkoly, i niewazne, ze potem bedzie zarla tynk ze sciany.
 Jak to dobrze, ze koty najstarszej nie musza isc do szkoly, bo bapcia by calkiem zbankrutowala. I tak czeka bapcie powtorka z rozrywki jeszcze trzy razy. Co najmniej, bo czort wie, czy ktorejs nie wpadnie do glowy miec wiecej przychowku niz po parce. No ale taka rola bapci i co poradzisz. 
 Wszystko juz gotowe, czekam tylko na doslanie ksiazki o Malvinie. Nie bedzie to pierwsza tego typu ksiazeczka, bo juz wczesniej zamawialam jej i bratu ksiazki o ich przygodach. Teraz to i w Polsce mozna takie ksiazeczki zamawiac. Na poczatku trzeba "wypelnic" wyglad dziecka, podac imie i imiona calej rodziny, rodzenstwa, ciotek i zwierzat domowych, bo wszyscy wystepuja w tresci. Jest i bapcia Ania, a co! No ale teraz mamy Einschulung i o tym bedzie kolejna ksiazka, ktora bapcia wetknie do pelnego juz i ciezkiego jak niewiemco rozka obfitosci dla Hexy.

24 czerwca 2023

Uwielbiam burze

 Kilka dni temu przeszla nad miastem potezna burza. Slubny akurat mial cos do zalatwienia w sklepie i kiedy chcial wyjsc, natknal sie na sciane deszczu. Stal zatem z godzine w podcieniach i czekal az armagiedon sie skonczy. Pewnie, ze lepiej byloby, gdyby deszcz padal przez kilka godzin rownomiernie, wtedy lepiej nawodnilby spragniona ziemie, taka nagla gwaltowna ulewa bowiem splywa po suchej i twardej jak beton powierzchni, ale lepsze to niz nic. A juz od dluzszego czasu mielismy susze, choc trawniki nie zdazyly jeszcze zzolknac, jak w poprzednich latach. 
 Odkad pamietam, zawsze bardzo lubilam burze, fascynowaly mnie blyskawice, a od kiedy dowiedzialam sie, ze mozna policzyc, jak daleko piorun uderzyl, zapamietale liczylam sto dwadziescia jeden, sto dwadziescia dwa, sto dwadziescia trzy... Kiedy jako male dziecko bylam z babcia u ciotki na wsi, razem z nimi balam sie burzy, jak zakleta wpatrywalam sie w stojaca na parapecie okiennym plonaca gromnice i przygladalam, jak ciotka i jej dzieci modla sie. Wtedy jeszcze nie wiedzialam, dlaczego sie modla, ale myslalam, ze z czystego strachu przed burza, a oni pewnie prosili tego swojego boga, zeby nie pierdyknal piorunem w strzeche, ktora pokryty byl ich dach. Nawet nie wiem, czy wtedy juz byl obowiazek piorunochronow, a modly byly na wszelki wypadek lub z przyzwyczajenia, czy tez naprawde bylo sie o co modlic. Strzecha w kazdym razie sluzyla wujostwu do smierci.
 W swoim zyciu przezylam dwie burze, kiedy rzetelnie sie balam, bo wtedy nie ogladalam burzy przez okna, bedac bezpieczna w domu. Pierwszy raz bylam na obozie harcerskim pod namiotami w Witowie kolo Zakopanego. Zgrupowano nas wszystkich w jednym namiocie, wszystkie pozostale byly puste. Szczerze mowiac, nie bardzo wiem do dzisiaj, jakie grozilo nam niebezpieczenstwo w namiotach, no moze oprocz tego, ze gdyby ulewa byla jeszcze wieksza, to by nas z tej polany splukalo, ale jak maja sie uderzenia piorunow w nieuziemione namioty? W kazdym razie atrakcje akustyczne budzily groze i zamrazaly krew w zylach, bo kazdy grzmot odbijal sie wielokrotnie echem od otaczajacych nas gor, jeden jeszcze sie nie skonczyl, a juz uderzala fala akustyczna drugiego, trzeciego i kolejnych. Mlodsze dzieci okropnie sie baly, plakaly, modlily sie, a kadra (w tym ja) przerabiala wszystkie czarne scenariusze. Ale, jak widac, przezylismy bez szkod na zdrowiu.
 Drugi raz w zyciu balam sie burzy juz tutaj, w Niemczech. To bylo jeszcze, kiedy mieszkalismy w poprzednim miejscu, rowniez na perypetiach miasta, ale wtedy na polnocno-zachodnich, czyli jakby po przekatnej obecnych perypetii poludniowych. Wtedy jeszcze towarzyszyl nam w zyciu jamnik Fusel, z ktorym wybralismy sie na spacer. Nic nie wskazywalo, ze pogoda moze sie tak nagle zmienic. Juz w drodze powrotnej do domu powloka ciezkich szarych chmur bardzo sie obnizyla, wiatr zaczal szarpac nami i biednym jamnikiem, ale nas przeciez takie drobiazgi nie wystrasza, przyspieszylismy tylko kroku, zeby ewentualnie uciec przed ulewa. Na darmo! W pewnej chwili lunelo jak z wiadra, a my w szczerym polu, zreszta nawet, gdyby rosly tam jakies drzewa, byloby... hmmm... nieco desperackie stawac pod
nimi, zeby uniknac zmokniecia. Na szczescie jeden z mieszkancow sasiedniej wsi produkowal takie cosie i jednego cosia wystawil na polu jako reklame dla swojej firmy. To byl zespawany z dwiema lawkami stol, a calosc okryta dokola takim przezroczystym falistym plastikowym daszkiem, choc trudno to nazwac daszkiem, bo zachodzilo za obydwie lawki z obu stron. Taki gadzet do ogrodu, zeby mozna bylo uchronic sie przed niewielkim deszczem czy wiatrem. Podobny do tego na zdjeciu, ale ten falisty plastik zachodzil na lawki do samej ziemi. Oczywiscie usiedlismy tak, zeby stopami nie dotykac metalowego rusztowania, pies na kolanach, ale co najmniej nie padalo na glowe. Siedzac tak, przygladalismy sie zywiolowi i nie bylo nam do smiechu, kiedy blyskawice walily bezposrednio w pole przed nami, doslownie widac bylo, w ktorym miejscu uderza. Balismy sie, zeby nie walnelo w to metalowe rusztowanie cosia, w ktorym znalezlismy schronienie. Zastanawialismy sie nawet, czy nie lepiej zerwac sie stamtad i biec do domu, ale w koncu zostalismy.
 Nie boje sie burzy, pod warunkiem oczywiscie, ze jestem w bezpiecznym miejscu, ale zdaje sobie sprawe z zagrozenia i sily zywiolu. Tu w Niemczech zdarzaly sie przypadki, ze dzieciaki graly na boisku w pilke, w boisko znienacka uderzyl piorun i wszystkie jak skoszone upadly na murawe. Nie wszytkim udalo sie przezyc. Trzeba z pokora traktowac nature, bo czlowiekowi wydaje sie, ze ja spacyfikowal i uregulowal, a ona jednak nadal jest nieobliczalna i znacznie silniejsza niz by sie moglo wydawac.

02 czerwca 2023

Eschede

 Wedlug suchych informacji z Wikipedii Eschede to gmina w Dolnej Saksonii, w powiecie Celle, polozona 87 m.n.p.m. na obszarze 197 km2, liczaca ponad 5700 mieszkancow (29 na km2). Ode mnie dzieli je 170-200 km, zaleznie od drogi, jaka sie wybierze. Niewiele tam atrakcji, kilka starych kosciolow i wiatrak, wieje nuda jak w wielu podobnych miejscowosciach. Jednak 25 lat temu, a dokladnie 3 czerwca 1998 roku Eschede bylo na ustach nie tylko Niemcow, ale calego swiata, szkoda tylko, ze na skutek wielkiego dramatu, jaki rozegral sie niedaleko tej miejscowosci.
 Tego bowiem dnia wydarzyla sie najwieksza w historii katastrofa kolejowa w Niemczech i jedna z wiekszych na swiecie, w ktorej zginelo 101 osob, a blisko 90 zostalo ciezko rannych. Z racji tej tragicznej rocznicy pelno w mediach wspomnien ludzi, ktorzy przezyli, ratownikow, pomocnikow, swiadkow. Tyle lat minelo, a wszyscy oni maja te obrazy nadal w glowach, wielka trauma dla ludzi probujacych ratowac jak najwieksza liczbe pasazerow uwiezionych pod setkami ton zelastwa i gruzu. Jeden ze strazakow, dzisiaj juz na emeryturze, ale nadal zajmujacy sie szkoleniem mlodych ratownikow, wspomina, ze do dzisiaj nie przerobil tamtej traumy. Masakra byla na tak wielka skale, ze nawet fachowcom trudno bylo poskladac porozrywane ciala ofiar, a do wielu pomoc przyszla za pozno, bo zanim zorganizowano ciezki sprzet do podnoszenia poskladanych jak karty wagonow ICE, zanim usunieto gruz z zawalonego wiaduktu, wiele osob, ktorym udalo sie przezyc, pomarlo z uplywu krwi czy na skutek wielonarzadowych obrazen. Pomoc dotarla do nich za pozno, ale nie byla to niczyja wina, sluzby ratunkowe uwijaly sie jak w ukropie. 
 
Zdjecie z internetu. Tak wygladalo miejsce katastrofy
 
 Co dokladnie sie stalo? Nie bede cytowala wpisu z wikipedii, TUTAJ (klik) macie opis katastrofy po polsku, a TUTAJ animacje rekonstrukcji wypadku, wprawdzie film jest komentowany po niemiecku, ale z drugiego linka wiecie, co sie stalo. 
 Niemal z cudem graniczy fakt, ze w przeciwnym kierunku mial jechac inny pociag ICE i gdyby wszystko odbylo sie punktualnie, ofiar byloby niepomiernie wiecej. Ten pociag z przeciwnego kierunku przejechal obok minute wczesniej niz mial w planie, a ICE 884, ktory ulegl wypadkowi, byl na miejscu z minutowym opoznieniem.
 Wielokrotnie pozniej przejezdzalam przez Eschede, bo tam wiedzie trasa ICE na polnoc, do Hamburga, a tam wlasnie zawsze przesiadalam sie jadac albo nad Morze Polnocne do psiapsi, albo do corki do Lubeki. Wszystko oczywiscie jest uporzadkowane, a w miejscu katastrofy posadzono 101 drzew, tworzac zywy pomnik ofiar tego tragicznego zdarzenia. 

Miejsce pamieci ofiar, nizej rosnie 101 drzew.


07 maja 2023

Niech zyje król!

 Od wczoraj Karol III jest tak naprawde krolem. Ogladalam oczywiscie, bo w koncu nie co dzien odbywaja sie koronacje, a w moim zyciu jest to pierwsza. Kiedy bowiem przyszlam na swiat, matka obecnego krola, Elzbieta II od blisko pieciu lat wladala monarchia brytyjska. Wtedy jeszcze miala we wladaniu a tak z pol swiata, bo i Kanada, i Australia, Indie, znaczna czesc Afryki i Bliskiego Wschodu, a nawet Antarktyda byly w jakims stopniu przynalezne do Imperium w charakterze kolonii, dominiow, protektoratow, terytoriow mandatowych i zaleznych. Z czasem sie to zmienialo, niemniej kiedy Elzbieta wstepowala na tron, byla naprawde wielka wladczynia i chyba pierwsza w historii, ktorej koronacja byla transmitowana w telewizji. Ale kto mial wtedy w Polsce w ogole jakis telewizor w 1952 roku? Wszystko jednak zostalo sfilmowane i dla ciekawych tamtej uroczystosci jest do dyspozycji w internecie. Ciezko uwierzyc, ale Elzbieta w moim zyciu byla kims w rodzaju...  bo ja wiem?... bogini? postaci-legendy? Byla w kazdym razie od zawsze, a ja w swojej jakiejs podswiadomej naiwnosci myslalam, ze juz zawsze bedzie.
 Pamietam, ze jako male dziecko z rozdziawiona buzia sluchalam opowiesci babci i jej siostry o wielkim skandalu z najwyzszych sfer, kiedy to stryj Elzbiety abdykowal i zamiast korony wybral milosc do pewnej amerykanskiej rozwodki (brzmi znajomo, prawda?), a pozniej nawet wygnanie z kraju do konca zycia.   Krolewskie wytyczne byly absolutnie jednoznaczne, bez sentymentow, tam nie brano do niewoli, nie bylo kompromisow przy chocby najmniejszej probie ominiecia surowych wytycznych. Po smierci ojca Jerzego V, w styczniu 1936 roku wstapil na tron jego najstarszy syn, nastepca tronu ksiaze Walii Edward VIII, ale juz w listopadzie tego samego roku zaczely sie przepychanki, gdyz krol chcial koniecznie poslubic milosc swego zycia, te amerykanska rozwodke Wallis Simpson. Nie tylko rodzina, ale i premierzy Kanady i Australii wyrazili stanowczy sprzeciw, wybuchl skandal, ktory poskutkowal fochem krola i jego abdykacja. Tym sposobem na tron wstapil ojciec Elzbiety, a ze byl watlego zdrowia, bardzo szybko umozliwil swojej bardzo mlodej corce wstapienie na tron. No coz, krolewskie obowiazki monarchini wykonywala wzorcowo, natomiast jako matka czy siostra niespecjalnie sie popisala, unieszczesliwiajac Malgorzate, a pozniej Karola. W jej mentalnosci korona byla najwazniejsza, a nie jakies tam milosne fanaberie.
 Czasy sie jednak zmieniaja i krolowa, byc moze z bolem serca, ale zezwolila na malzenstwo swojego mlodszego wnuka z amerykanska rozwodka, do tego niekoniecznie czysta rasowo. Juz wczesniej poddani zmusili krolowa do czynnosci, jakich by sie nigdy wczesniej nie poddala, mianowicie do obecnosci na pogrzebie swojej rozwiedzionej bylej synowej i oddania jej czci. Bo coz, nie tylko krowy zmieniaja swoje poglady, krolowe tez z czasem sie unowoczesniaja. Tyle, ze zamiast wdziecznosci, krolowa i cala pozostala rodzina zostali obrzuceni pomyjami przez te aspirujaca aktoreczke, ktorej sie przysnilo reformowanie odwiecznych tradycji, ale dosc szybko zostala sprowadzona na ziemie, a ze to niewiele warte, za to msciwe stworzenie, to do dzisiaj pluje jadem na wszystko co brytyjskie.
 Biedny nastepca tronu czekal na swoja kolej az 70 lat i w wieku, kiedy inni oddaja sie slodkiemu zyciu emeryta, on wstepuje na tron. Zas jego polowica, na wyrazne zyczenie umierajacej krolowej, ma nosic tytul krolowej malzonki, nie ksieznej. To tez rodzaj holdu dla ich milosci, choc nieco spozniony. 
 Ja mam wrazenie, ze Karolowi juz sie nie chce, on nie ma sily na tak aktywne panowanie, jakie prowadzila jego matka, to stary i niezbyt zdrowy czlowiek, a przeciez wladanie wymaga sporo energii. Kiedys myslalam, ze krolowa powinna w swoim testamencie "przeskoczyc" jedno pokolenie i na krola wyznaczyc swojego wnuka Williama, no bo jaki to krol z Karola po Tampongate, ale chyba i ona widziala, jak William zmienia sie na gorsze i teraz jestem zdania, ze nie dojrzal do bycia monarcha. Czy dojrzeje do czasu, kiedy jego ojciec odejdzie lub ze wzgledow zdrowotnych nie bedzie w stanie dotrzymywac obowiazkow, nie wiem, w kazdym razie ten dzieciak troche mnie rozczarowal. Ze nie wspomne o jego bracie, ten to zglupial do reszty, na szczescie jest dopiero po Williamie czwarty w kolejce do tronu, wiec raczej marne szanse, ze uczyni swoja rozwodke krolowa.
 No coz, niech zyje krol Karol III!

 

Marcowa magia

     Pierwszej marcowej nocy wrozka Przedwiosenna przycupnela zmeczona na dachu jednego z domow w niewielkim miescie uniwersyteckim. W ostat...