We wtorki zawsze robie zakupy, wiec i w ten pojechalam do sklepu. Akurat skonczyla sie nam woda mineralna, wiec zapakowalam kiste pelna pustych butelek na sklepowy wozek i zamiast skierowac sie do stanowisk, gdzie oddaje sie butelki, zamyslilam sie i wlazlam z ta kista przez samootwierajaca sie bramke na teren sklepu. Bramka byla samootwierajaca sie, ale z tamtej strony, bo kiedy chcialam sie cofnac i wyjsc, to juz sie otwierac nie chciala. No ale nie bedzie mi taka bramka stac na przeszkodzie, wiec poprosilam kogos z tamtej strony, zeby mi te bramke otworzyl. No i se przeszlam z powrotem, ale sklepowe zabezpieczenia przeciw zlodziejom zadzialaly bez pudla, rozlegly sie dzwonki, wycie i swiatelka tez mrugaly. A ja chcialam zapasc sie pod ziemie ze wstydu. Od razu przyleciala jakas ekspedientka patrzec, co wywoze nielegalnie ze sklepu, wiec zaczelam sie tlumaczyc, ze zamyslilam sie i wlazlam z pustymi butelkami, wiec chcialam sie ich tylko pozbyc. Machnela reka, ale co ja sie wstydu najadlam, to moje.
Tego samego dnia po poludniu wywabila mnie z domu sloneczna pogoda, postanowilam zaryzykowac i wzielam Toyke na spacer. Przy okazji udalo mi sie zrobic jej smieszne zdjecie, bo zeby ladnie patrzyla w obiektyw, trzymalam w reku jej patyczek. A ona, zamiast stac spokojnie, to skakala i w skoku ja kliknelam, co poskutkowalo stojacymi uszkami, jak u ratlerka.
No sami powiedzcie, gdybyscie nie wiedzieli, ze to Toya, to chyba nigdy byscie nie zgadli. Tego dnia sucz zainaugurowala sezon kapielowy, zanim zdazylam zareagowac, juz siedziala w wodzie. Sluzby miejskie wygolily brzegi tego cieku wodnego do golej ziemi, udroznili, bo wiadomo bylo, ze te duze ilosci sniegu zaczna topniec i beda musialy gdzies splynac. Przez kilka lat cieki zdazyly dosc gesto zarosnac. Pod siekiere poszly tez niektore drzewa rosnace przy tych strumykach.
Normalnie nie bylo w ogole widac tego strumyczka, byl zarosniety przez trawy i jakies nadwodne krzaki, trzciny, te takie palki, irysy i podobne chabazie. Balam sie, ze mi sie pies przeziebi, w koncu to jeszcze luty, choc slonce juz odczuwalnie przygrzewalo. W ogole tego dnia Toyka nastawila sie na robienie roznych smiesznych minek.
No a po powrocie myslalam, ze mi kolano z bolu odpadnie, spuchlo sobie znowu i to mimo tej opaski uciskowej, ktora zalozylam na spacer.
Za to w srode nie zapomnialam sekatorka i nacielam sobie bazi, zeby miec odrobine wiosny w mieszkaniu. Aska, zobacz, jaki sliczny bukiet z baziuff 😉, calkiem legalny i do tego w gratisie.




Zachwycam sie Toya. Na pierwszym zdjeciu jest taka smieszna z postawionymi uszami, i te dwa kly. Na drugim (musialam powiekszyc zeby zobaczyc co trzyma pomiedzy lapami) jest calkiem inna i wiem ze lubi gryzc patyki.
OdpowiedzUsuńCzasem z przypadku fajne zdjecie zrobi sie samo, nigdy w zyciu nie udaloby mi sie tak Toyi zapozowac. Zreszta na tym trzecim z patykiem tez ma niecodzienna mine.
UsuńNo baziuff zazdraszczam, też bym cięła ile się da 😄😄 Ogólnie, każde gałęzie mile widziane, bo wprowadzają do domu powiew wiosny 🌸🌷🪻
OdpowiedzUsuńCo do wody, to nie lepiej kupić dzbanek z filtrem albo to urządzenie do gazowania, bo nie wiem jaką kupujesz? Ledwo chodzisz i jeszcze zgrzewki dźwigasz 🫣
Tam po drodze rosna tez krzaki forsycji, moglabym naciac do wypeku, ale mi sie nie chce, a poza tym kotowate (jedno kotowate) lubi przewracac wazony z woda w srodku, suchych nie rusza. Bazie sa na sucho w wazonie.
UsuńNie dzwigam, bo kiedy podjezdzam z zakupami, to slubny czeka i on dzwiga kisty (tych zgrzewkowych nie kupujemy), znaczy razem nosimy, bo zawsze mam kilka toreb.