Do napisania tego posta sklonil mnie ostatni komentarz pod poprzednim: "... nie wiem, czy usuwac go (chodzi o moj blog) ze swojej listy czy nie. Czy to tylko przerwa czy juz koniec?" Odpowiem tutaj: usun. Powoli nadchodzi czas likwidowania pewnych zaszlosci, wygumkowania malo waznych i bezwartosciowych osob i rzeczy z listy i z pamieci. Ja juz nie mam nic wiecej do powiedzenia. Jaka jest polityka, kazdy widzi, a bajkopisarka zostac nie mam checi. Poza tym nie mam o czym pisac, nie wyjezdzam nigdzie, zebym mogla chwalic sie pozniej zdjeciami, nie mam kochajacego meza, by móc z duma o tym napisac, juz nawet nie czytam ksiazek, bo nie moge sie skupic. O chorobach, z ktorymi sie zmagam, moge porozmawiac najwyzej z lekarzami. Ja nawet nie bardzo mam z kim pogadac wieczorem po robocie o niczym tak, jak to mialo miejsce kiedys, kiedy jeszcze zylam.
Pisanie o zyciu w gownianym kraju i miescie, w gownianym mieszkaniu wielkosci schowka na miotly, bez klimatyzacji i mozliwosci zakupow w niedziele, bez umyslnego, ktory pakuje zakupy w torby, zostawiajac auto na parkingu, na ktorym czasem brakuje miejsc, gdzie przy okazji mozna oberwac od czarnego inzyniera cios nozem - po jakiego grzyba psuc nastroj osobom zachwyconym migracja i nie zauwazajacym zadnych zwiazanych z nia zagrozen. Takim, ktorzy nazywaja osoby protestujace przeciw obcym kryminalistom i krzywdzacej polityce migracyjnej, banda pijakow, kiboli i nazistow.
Moje zycie dobieglo konca, w perspektywie mam kilka lat wykanczajacej opieki nad czlonkami rodziny, zanim ewentualnie najwiekszy problem nada sie do leczenia zamknietego i znajdzie sie w kolejce do wolnego miejsca, a od tego punktu moga minac lata. Moze uda mi sie dozyc, a moze on mnie albo nerwowo wykonczy, albo w koncu zabije, bo jego agresja rosnie coraz bardziej.
Robin Williams, ktory jak wiecie, odebral sobie zycie, powiedzial kiedys: "Zawsze myslalem, ze najgorsze w zyciu to samotnosc. Ale nie, jeszcze gorzej jest zyc z ludzmi, wsrod ktorych czlowiek czuje sie samotny." Wielu z Was wielokrotnie oferowalo mi wlasne rekawy do wysmarkania sie i wszystkie mozliwe komunikatory do rozmawiania/pisania. Dziekuje, ale nie pociaga mnie wirtualne wyplakiwanie sie, przy czym nie ma mowy o jakichkolwiek rozmowach telefonicznych, bo podsluch czuwa. Moze jestem zlym czlowiekiem, ale juz nie umiem wykrzesac w sobie wspolczucia i litosci dla niego, choc wiem, ze to choroba zawladnela jego umyslem. Nienawidze tego czlowieka jak nikogo w zyciu. O tym tez nie mam ochoty ani pisac, ani rozmawiac. Rodziny sie nie wybiera, a z wielu powodow przerwanie tego status quo jest niewykonalne.
I zeby byla jasnosc, ja Was tylko informuje, nie oczekuje zadnych dobrych rad i nie mam zamiaru sie z niczego tlumaczyc, ani niczego wyjasniac, dlaczego musze w tym tkwic jeszcze przez lata, choc juz teraz bardzo mnie meczy to organizowanie, koordynowanie, zalatwianie, przejmowanie wszystkiego, co do tej pory lezalo w jego gestii, a czego robic nie umiem. Nawet nie mam kogo poprosic o pomoc, bo moje corki postanowily zyc bez kawalka faceta obok siebie.
Boli mnie tylko, ze niektorzy bagatelizuja cala te sytuacje, piszac ze wzielam sobie urlop od internetu. Ja powoli biore sobie urlop od zycia, ale co to kogo obchodzi. Gdyby nie zwierzeta, za ktore jestem odpowiedzialna, a ktore nie dostana odpowiedniej opieki od innych, gdyby mnie zabraklo, to naprawde nie wiem, jak potoczyloby sie moje zycie. Moze juz bylabym w lepszym swiecie.
Znalazlam w internecie trafny opis tego, co sama w tej chwili przezywam, zacytuje, bo wiele osob nie zdaje sobie sprawy, jak wyglada zycie w ciezkiej depresji:
"Depresja to nie jest ciagly placz i uzalanie sie nad soba. Nie jest to tez chodzenie ze zwieszona glowa i nosem na kwinte. Ona ma postac spokoju, straszliwego spokoju, kiedy czlowiek dotkniety nia na nic juz nie liczy. Nosi usmiech i rozmownosc. W trakcie snucia planow mowi >>zobaczymy<<. Mowi, ze wszystko jest ok i nic nie dolega, a wewnatrz siebie odlicza dni do konca. Nie ma w glebi siebie zadnych planow na przyszlosc. Na glos mowi, ze zyje, w myslach prosi o smierc. Nie widzi sensu w niczym, a istnieje, bo musi. Depresji nigdy nie zobaczysz wprost, bo ona jest mistrzynia w zakladaniu masek, czasami na sile."
Czy ja za duzo oczekuje, chcac jedynie normalnosci i bezpieczenstwa? A to wlasnie zostalo mi brutalnie odebrane przez jakies przeklete fatum. A moze przez skorumpowanych politykow, wykorzystujacych swoja wladze do kontroli, inwigilacji i najwyzszej pogardy dla spoleczenstwa, od ktorego biora w koncu niemale wynagrodzenia i kosztem ktorego przydzielaja sobie nienalezne przywileje.
No coz, bylam Wam winna wyjasnienie, choc pewnie wiekszosci z Was to nie obchodzi. Nie wylaczam komentarzy, ale nie wiem, czy bede gotowa na nie odpowiadac.
.jpg)
.jpg)










