Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty

11 lutego 2026

Stara lokomotywownia

    Kiedy zamieszkalismy w Getyndze, ten zbudowany jeszcze w XIX wieku i rozbudowany podczas pierwszej wojny swiatowej budynek bylej lokomotywowni niszczal sobie radosnie i sluzyl bezdomnym za mieszkanie. Niedlugo potem ruszyly plany zagospodarowania tego zabytku. W jednej jego czesci powstaly kina multiplexowe, druga sluzyla okolicznosciowym targom, wystepom estradowym, bywaly zimy, kiedy organizowane bylo tam sztuczne lodowisko, ale tej zimy go nie ma, wiec nie wiem, czy calkiem ten pomysl zarzucili, czy tylko teraz i jaki byl powod. Zeby Wam przyblizyc, jak to mniej wiecej wyglada, ponizej wklejam zdjecia z internetu, mozna je powiekszyc kliknieciem.



   Wewnatrz mozna poustawiac krzesla jak w teatrze albo dokola sceny znajdujacej sie na srodku jak w cyrku, mozna tez organizowac targi, a wiec budowac stoiska, lodowiska albo co sie tylko zamarzy. Srednia corka oglosila, ze w sobote Hexa bedzie wystepowac i tancowac razem ze swoimi kumpelami ze szkoly tanca. A wszystko to z okazji targow LOKOLINO (niestety tylko po niemiecku, ale jest zdjecie wnetrza hali zaadaptowanej na te targi), juz po raz 12 w Lokhalle. Normalnie nigdy bym tam nie polazla, ale nie wypadalo, wiec najmlodsza po mnie wpadla i razem z chocholami pomknelysmy na targi wszystkiego dla dzieci, poczawszy od ciazy, poprzez wczesniaki, niemowlaki, przedszkolaki i uczniow. A przy okazji w jednej czesci sali byly rozne atrakcje jak przejazdzka pociagiem, tor wyscigowy dla takich autek, na ktorych siedzi sie okrakiem i odpycha dolnymi konczynami, napompowane cos do skakania, cos do wspinania, mrugajaca swiatlami karetka pogotowia (Junior oszalal z radosci), scena z wystepami i wiele innych. 
   Juz na samym wstepie rozdawane byly dzieciom opaski na raczke, na ktorych mamy wpisywaly numer swojej komorki - genialny pomysl na zgubione w tym tumulcie maluchy, a z drugiej strony w panujacym halasie ja nie tylko nie moglam rozmawiac przez telefon, ale nawet nie slyszalam, kiedy dzwonil. Wpuszczali panowie z jakiejs firmy, w garniturach i pod krawatem, sprawdzali zawartosc wnoszonych toreb i plecakow. Mojej malej torebeczki nie sprawdzili, a przeciez spokojnie zmiescilabym w niej kilka nozy, szczegolnie tych skladanych.
   Wszedzie dokola rozdawali balony i jakies reklamowe gadzeciki, co dzieci wprawialo w zachwyt, corka miala pelny plecak tych skarbow.

Zoska z opaska z numerem telefonu

Junior tez ma opaske, tu cwiczy rownowage

Hexa pod sufitem, zero leku wysokosci

Gapcio cwiczy golfa

Junior daje na tamtamie

Zoska wygrywa w kole fortuny

   Oczywiscie wszedzie kusily jakies gofry, frytki, lody, wiec bapcia ino sie za portfel trzymala. Wystepy roznych grup ze szkoly tanca to glownie hiphop, ale byl i break dance, na filmiku jego fragmenty, a potem wystep Hexy, jest we frontowej trojce w srodku. Ciekawostka byl "wystep" mam z niemowlakami, bo i to oferuje szkola tanca, maluchy zdawaly sie byc zachwycone.



   I to by bylo na tyle. Wymeczona bylam ta koncentracja uwagi, zeby nie pogubic maluchow, halasem i tlumami oraz cenami, wszystko tak drogie, ze strach. Glupi raniec szkolny do pierwszej klasy kosztowal tam 300 euro, a gdzie zawartosc, pewnie do kupy byloby z 500. Ciekawostka bylo stoisko dla wczesniakow, wszystkie ubranka, smoczki i pampersiki jak w normalnej wyprawce, ale mniejsze niz dla lalki. Trudno uwierzyc, ze noworodki moga byc az tak malenkie. Rowniez ubezpieczalnie oferowaly programy zabezpieczen dziecka na dorosle zycie, fotografowie na miejscu proponowali sesje, bylo mnostwo roznorakiego rekodziela, wszedzie rozsiane miejsca do zabaw dla dzieci calkiem malych i troche wiekszych, wszystko dzwonilo, mrugalo i wabilo "do mnie, wez mnie, skorzystaj!". Zabawy i loterie byly gratis, jedzenie przesadnie drogie, wstep do wytrzymania, ale parking 12,50 za te trzy godziny, kiedy nas nie bylo. Zlodziejstwo w bialy dzien na prostej drodze! Ale warto bylo, dzieciaki zadowolone, nikt sie nie zgubil, Junior polewa od lodow zafarbowal sobie otwor gebowy i jezor, a potem wszystkich straszyl. Na koniec wszystkie lataly z pomalowanymi buziami, bo i taka usluga tam byla.

01 lutego 2026

Pod znakiem chocholów

    Koniec stycznia, ale glownie poczatek lutego bedzie stal pod znakiem opieki nad chocholami. Ktore to chocholy jakos zdolaly sie znow przekonac do bapci, bedacej przez jakis czas w nielaskach. Dobrze nam szedl pobyt ze soba, kiedy ich mama byla w delegacji we Francji, ale kiedy wrocila, bapcia stala sie uosobieniem braku mamy i wszystkich plag egipskich, wiec Junior dosadnie dawal bapci do zrozumienia, ze ma sie trzymac z daleka. Ani buzi dac, ani sie przytulic, ani zabaw paluszkowych, ktore tak bardzo lubil. No calkiem NIC, a ja zachodzilam w glowe, czym zawinilam i o co w ogole chodzi. Zoska, wpatrzona w brata jak w swiety obrazek, natychmiast tez przejela jego zachowania i ani sie dawala dotknac. Raz corka je przywiozla do nas, bo miala cos waznego do zalatwienia, to Junior zaparl sie na klatce schodowej i nie chcial wejsc do nas do mieszkania, nie pomagaly tlumaczenia i prosby, wiec go po prostu wepchnela i poszla, bo sie spieszyla, a ja na wszelki wypadek zamknelam drzwi na klucz, gdyby mu przyszlo do glowy urwac sie w pogoni za mama.
   Nie to nie, bapcia tez sie sfochala i udawala, ze chocholow nie widzi. Same zatesknily. Najpierw podczas rozmow telefonicznych z ich mama nagle zachcialo im sie rozmawiac z bapcia, potem zaczely sie domagac wizyty, ale tylko razem z mama. Chodzilismy na spacery, na sanki i jakos zapomnialy o wczesniejszych animozjach, zwlaszcza ze ja ich nie zaczepialam i trzymalam sie na dystans, nie znikalam ich mamy, wiec w koncu poczuly sie bezpiecznie i nasze relacje sie naprostowaly. Znow chcialy bywac, nawet bez mamy i rozczarowane byly, kiedy musialy wracac do domu. Ufff...
   Pierwszy odbior z przedszkola byl w dniu urodzin Hexy, bo corka musiala pojsc do lekarza. Zoska to nawet przyleciala do mnie z dziubkiem do pocalowania. Co za odmiana po wielotygodniowych fochach. Potem plan przewidywal niedziele, ale juz w piatek zadzwonila do mnie z pracy corka, czy nie odebralabym Zoski z przedszkola, bo sie zle czuje. No to ruszylam do odgruzowania auta, ktore spalo po calonocnej sniezycy okryte sniezna pierzyna. Junior chcial zostac jeszcze w przedszkolu, wiec zabralam do domu tylko jego mala siostre.
   Drugie spotkanie bez mamy bedzie dzisiaj, corka przywiezie je do nas na przechowanie, a sama bedzie pomagac przy urodzinach Hexy dla jej kolezanek, wyprawianych na basenie, bo jedna dorosla osoba na grupe dzieci, byloby za malo. A chocholy nie sa w tej grupie wiekowej, zeby mogly uczestniczyc, do nich potrzebna bylaby trzecia opiekunka, wiec ten czas spedza u mnie. 
   W poniedzialek 2 lutego czeka mnie ich odbior z przedszkola i niedluga opieka u nich w domu, bo corka ma delegacje, wprawdzie niedaleko, jakies 30 km, ale nie wie, jak dlugo jej to zajmie. Nie bede nawet ich brala do siebie, poczekamy na mame w ich domu.
   No i dwa dni pozniej, 4 lutego ich mama ma w pracy team event, cokolwiek to znaczy, ale w czym chce wziac udzial i wiadomo, ze to moze potrwac. Mam wiec odebrac towarzystwo z placowki i tego dnia wezme je do siebie, a odbierze mama wracajac z eventu. 
   To na razie tyle, ale sprawa jest rozwojowa i do konca miesiaca, krotkiego wprawdzie, jest jeszcze daleko i po drodze cos moze sie urodzic. Cale szczescie, ze chocholy juz nie boja sie i nie wzdragaja przed pobytem u bapci.



07 grudnia 2025

Poszedl Marek na jarmarek

    No dobra, my poszlysmy z chocholami, ale tylko Marek sie tak ladnie rymowal, wiec  wpuscilam go do tytulu posta. Poszlysmy troche wczesniej, jeszcze za dnia, bo o 16.00 miala przyjsc do Zoski pewna ciocia z gromadka swoich dzieci, bo w dniu urodzin cos jej stalo na przeszkodzie i nie mogla pojawic sie punktualnie. 
   Posnulysmy sie miedzy budkami, w ktorych jak co roku krolowaly fajne, ale drogie przyjemnostki. Chocholy wciagnely frytki i bratwurst, potem jakies slodycze, a na deser przejechaly sie kilka razy na karuzeli, od swietego Mikolaja dostaly cukierki. No  klasyka, nic nowego, nic atrakcyjnego, ceny wyzsze niz w ubieglym roku, betonowe barykady dokola, a co najgorsze - zaczal kropic deszcz. 







   Przeszlysmy sie troche po sklepach, troche nakupilysmy roznych rzeczy, m.in. zimowy kombinezon dla Juniora i w zasadzie tak nudno moglby sie ten dzien zakonczyc, gdyby nie brawurowa akcja policji wobec jakiegos czarnoskorego gostka, ktory chyba sie czegos nazarl lub napalil, cos podobno ukradl, rozbil butelke o asfalt i z takim "tulipanem" latal po ulicy. Nadjechal jeden radiowoz, wyleciala z niego para policjantow, policjant-mezczyzna tak wrzeszczal, ze glowa mala, ale Murzyn ani myslal sie uspokoic. Nadjechal na sygnale nastepny radiowoz, potem trzeci, a na koncu karetka. No pelna sensacja! My chcialysmy stamtad oddalic sie jak najszybciej, bo po co ryzykowac, ale Juniora bardzo zainteresowal ten ruch w interesie, syreny, wrzaski, za to Zoska sie wystraszyla. Corka musiala chocholy zaganiac, bo Junior, gdyby tylko mogl, polecialby na miejsce zdarzenia. Ledwiesmy go odciagnely. Tak wiec wypad do miasta byl bogaty w niechciane atrakcje.


   Nie wiem, jak to wszystko sie skonczylo, bo zwabilysmy chocholy do sklepu i jakos zapomnialy o czarnoskorym przestepcy. Dostaly od bapci na pocieszenie mikolajkowe czapeczki.

27 listopada 2025

Podsumowanie

    Na koniec tej mojej przygody jeszcze male podsumowanie. Nie powiem, bylo to niemale wyzwanie logistyczne. Do tego jeszcze ta zimnica i ubieranie dzieciakow do wyjscia. Jesu, zanim dalam rade przygotowac oboje, sama splywalam potem. Juz chyba zapomnialam, jak to wyglada w zimie. Czapki, szaliki, rekawiczki, gdzie paluszki nie chcialy trafiac na swoje miejsca i kiedy myslalam, ze wszystkie juz siedza w swoich kieszonkach, okazywalo sie, ze w jednym sa dwa, a w innym wcale, co wprawialo Zoske w nastroj miauczenia. Wiec od poczatku, a pot lal sie bapci po plecach. 
   No wlasnie, to Zoski miauczenie. Kiedy Zoska jest w normalnym nastroju, mowi tez normalnie, ale kiedy prosi o cos, z czym zachodzi ryzyko, ze bapcia sie nie zgodzi albo odmowi, Zoska zaczyna miauczec, a bapcia przestaje cokolwiek rozumiec. Zoska zrobila sobie cos w palec, zero sladu krwi, zadrapania czy nawet lekkiego zaczerwienienia. Przychodzi do mnie i miauczy, a ja kompletnie nie nadazam, a im bardziej dopytuje, tym ona silniej miauczy. Wolam tlumacza, Junior bardziej kuma znaczenie miauczenia, Zoska chce plasterek na te rany wojenne. Aha, bapcia zakleila, Zoska nie miauczy. Trudne to.
   Gdyby nie zaraza w zlobku, ktora pokotem polozyla personel wychowawczy, byloby naprawde lzej. Na szczescie w naszym przypadku nie znaczylo to, ze musialabym albo odmowic prace, albo zabrac do niej chocholy, moglam je spokojnie zostawic pod opieka prababci i slubnego, ale oczywiscie to burzylo nie tylko ich swiety spokoj, ale zmuszalo do kombinowania z obiadami, bo chocholy wybredne i malo co im podchodzi. Mama musiala tez odmowic opiekunce, bo akurat smazyla na sniadanie pankeksy dla dzieci, wiec nie mogla przerwac, zeby pojsc z nia do lazienki a slubny byl w tym czasie z Toya, ja w robocie. 
   Ja nie wiem, co corka daje im do jedzenia w te dni, kiedy nie jedza w przedszkolu. Okazuje sie, ze najbezpieczniejsze sa suche kluski, bez sosu, wszystko jest fuj. Ale czasem zdarza sie cud i Junior sprobuje cos innego, co mu zasmakuje. Tak bylo z twarozkiem, prababcia spytala, czy chce gryza, chcial i potem nawet zazyczyl sobie wlasna kanapke z twarozkiem. Corka nie mogla wyjsc z podziwu, bo do tej pory twarozek byl fuj. Zoska oczywiscie nasladuje go pilnie, wiec zaraz tez chciala jesc twarozek. Podobnie bylo z zupa grzybowa, ktora byla fuj, ale potem Junior chcial jej troche na te swoje suche kluski i... bylo mniammm.
   Praktycznie przez ten tydzien, kiedy spalam u corki, chodzilam spac z kurami chocholami, bo po pierwsze primo co mialam robic, skoro w jej sypialni nie ma lampki do czytania, a przy gornym swietle gowno widzialam, a po drugie primo bylam kazdego dnia tak sponiewierana, ze ino czekalam na zasniecie dzieci, zeby moc pojsc pod prysznic, bez ryzyka, ze cos zmajstruja, i na lozku z honorem lec. Dziennie wychodzilo mi minimum 10 tysiecy krokow lub wiecej, nawet nie wiem, kiedy udawalo mi sie tyle przedreptac przy obsludze dwojga malych dzieci.
   Co wieczor chocholy mialy wideokonferencje z mama i o ile Junior przez pierwsze dni plakal, tak Zoska wydawala sie zadowolona z bapcinej obslugi. Oczywiscie przesylala mamie calusy i zapewniala o wielkiej milosci, a nawet na paluszkach pokazywala codziennie, ile jeszcze razy spac do powrotu mamy, ale byla na luzie. Maminsynek jednak bardzo tesknil i dopiero przy trzech paluszkach pogodzil sie z nieobecnoscia mamy, bo juz niewiele zostalo do ponownego spotkania. Bapcia oczywiscie zacalowywala chocholy i tez kochala, ale to nie to samo co mama.
   Ostatniego dnia, kiedy mama wciaz przysylala powiadomienia, ze juz jest na lotnisku, ze jest po odprawie, ze wyladowala we Frankfurcie, czeka na bagaz, spoznila sie na pociag, jedzie taksowka do domu, ja bylam tak wymeczona i czulam sie znow zle, wlaczylam im bajki na Netflixie, zeby miec chwile spokoju. Wlasciwie wszyscy juz bylismy srodze zmeczeni. I kiedy corka chciala odpalic samochod, zeby ich od nas odebrac, okazalo sie, ze pojazd jest tak zamrozony, ze trwaloby za dlugo i czy moge je przywiezc. Jak kocham to towarzystwo, tak z wielka ulga oddalam je w rece mamy, potem sie wykapalam i juz ok. 20.00 spalam jak zabita.

25 listopada 2025

Koscielna Pantera

    I co? Zaciekawil Was tytul? Czyzby antychrystka sie nawrócila??? No nie, tak dobrze to nie ma. Ale, jak wiecie, trzeba bylo wymyslic jakies zajecia dla chocholow na "po przedszkolu", bo bapcia przysiegla sobie, ze telewizora nie wlaczy przez caly czas opieki nad wnukami, choc oczywiscie Zoska juz troche jest uzalezniona i wciaz lasi sie, zeby jej wlaczyc bajki. Najczesciej bapcia wtedy wyciaga ksiazeczke i zaczyna opowiesci dziwnej tresci, co zaciekawia dzieci na tyle, ze zapominaja o telewizji. Ale ich mama przed wyjazdem dala nam typ, co mozna ewentualnie robic, gdyby padal deszcz i nie mozna bylo pojsc na plac zabaw. Otoz w nowym kosciele baptystow, bo o starym, ktory zostal przeksztalcony w kino pisalam TUTAJ, przez trzy dni w tygodniu organizowany jest wewnetrzny plac zabaw dla maluchow. Wnetrze kosciola wyglada tak:

Zrodlo

Jak kazdy kosciol protestancki i ten jest rowniez skromny i surowy. Oltarz jest tam gdzie krzyz, organy po lewej jego stronie. Te wszystkie krzesla zabierane sa gdzies na trzy dni, kiedy to kosciol we wladanie przejmuja dzieci i ich rodzice (albo bapcie). Nadmuchiwana jest platforma do skakania, wyciagane konie, traktory, baggi, wozki dla lalek, zjezdzalnia montowana na schodkach przed oltarzem, dywan dla dzieci raczkujacych, dwie "piaskownice" wypelnione kolorowymi pileczkami, stoly do rysowania, papier i kredki oraz wielkie "klocki" z pianki. Zdjecia robilam z przyczajki, jako ze nie kazdy rodzic sobie zyczy, zeby jego pociecha byla fotografowana przez obcych.

To te wielkie klocki

Junior cwiczy kowboja

To poczatek, pozniej dzieci bylo piec razy tyle.

   Caly ten kram jest calkiem za darmo, podczas gdy w innym tzw. indoor placu zabaw trzeba niezle bulic za wejscie. Matki albo spaceruja wokolo pilnujac swoje pociechy, albo jak ja, siedza na lawce i przegladaja telefony. Te od raczkujacych siedzialy z nimi na dywanie. Zabawa przewidziana jest na dwie godziny, ale ja juz po kwadransie mialam ochote stamtad sie ewakuowac. Wrzask, chaos, apokalipsa! Ale dzielnie wytrzymalam, a nawet poszlam tam drugi raz, taka jestem pobozna. 
   Ktos musi pózniej zbierac porozrzucane setki pileczek i innych drobnych zabawek, stawiac te koniki w rzedzie, wozki, autka, rowerki, bo nastepnego dnia wszystko jest jak nowe. A w piatek trzeba caly ten kram gdzies powynosic, przyniesc z powrotem krzesla i przygotowac kosciol do jego wlasciwych wyzwan. A w kolejny wtorek znow dzialac odwrotnie. Naprawde podziwiam ofiarnosc tych ludzi, ktorym sie to chce robic. Podejrzewam, ze gdyby byl to kosciol katolicki, to po pierwsze nie "sprofanowalby" swiatyni rozwrzeszczanymi dzieciakami, a gdyby nawet takie szalenstwo i swietokradztwo wzial pod uwage, to pewnie kasowalby za wejscie. No i na dzieci trzeba byloby uwazac ze zdwojona sila, zeby przewielebny kogos do zakrystii na chwilke nie wyprowadzil.
   Ogolnie dzieciaki tak sie wyhasaly, ze ledwie przylozyly glowki do poduszki, juz spaly. I nie znaczylo to wcale, ze nagle bapcia miala wolny wieczor. Bapcia odczekala, az chocholy zasna, wslizgnela sie pod prysznic i juz przed 21.00 legla i spala jak zabita do 6.00, kiedy to budzik zadzwonil.
   Kiedy bylam drugi raz, zajelam strategicznie lepsze miejsce na mientkiej kanapie, bo poprzednio gniotlam tylek na twardej lawce. Mialam lepszy widok na calosc i moglam porobic wiecej zdjec, zebyscie mieli lepszy oglad na wnetrze, znaczy na tego indoora przez dwa O.

W tle lawka, na ktorej dostalam nagniotkow na tylku

Za tym zielonym plotkiem jest teren dla "raczków"

Kacik rysowniczy

Klimaty indianskie

Moja mala czytelniczka u bapci na kanapie

Pozniej juz bylo dosc tloczno



23 listopada 2025

Zywcem do nieba

    Ja pojde tym zywcem do nieba po tygodniu z chocholami. Nie byloby dramy, gdyby nie poranny telefon w srode, ze personel zlobka wzial sie i pochorowal, co skutkuje zamknietym zlobkiem, ale starszy chochol moze oczywiscie przyjsc do przedszkola. Ale Junior nie chcial, kiedy uslyszal, ze w tym czasie Zoska bedzie u prababci i dziadka. Ja tego dnia mialam na 10.00, wiec teoretycznie jeszcze troche czasu do wyjscia, ale zaraz po 8.00 zadzwonil dziadek, ze jest gotowy z badaniami lekarskimi i czy bym go nie odebrala po drodze z gabinetu. Zostawilam zatem chocholy pod opieka i pomknelam do roboty, zgarniajac po drodze dziadka spod gabinetu. Popoludnie spedzilismy na placach zabaw, bo akurat przestalo padac. Niestety wszedzie byly pozostalosci w postaci kaluz po deszczowych dniach i Junior oczywiscie nie mial nic innego do roboty jak centralnie spoczac w kaluzy. Znow zdjecia wgraly sie w odwrotnej kolejnosci, pierwsze zdjecie jest wlasciwie ostatnim.






   
   Jako ze w moim domu nie mialam dla nich nic na przebranie, zapakowalam tego zmoklego kurczaka do auta i pognalismy do ich domku, zeby jak najszybciej zdjac z niego te przemoczone ciuchy. 
   W czwartek czulam sie tak tragicznie, ze postanowilam od razu jechac do rodzinnej. Smartwatch straszyl mnie migotaniem przedsionkow, a ja mialam wrazenie, ze za chwile sie rozsypie. W drzwiach tylko podalam prababci i dziadkowi dzieci i od razu pojechalam po pomoc dla siebie. Rodzinna na miejscu dala mi jakies tabletki i przepisala nowe. No i to by bylo na tyle, jesli chodzi o moj rozrusznik. Jest zle, a nawet gorzej niz bylo bez niego. Bo ja przeciez jestem specjalnym egzemplarzem. Inni majac wrzody czy helicobakterie, po pierwszej kuracji antybiotykiem sa zdrowi, mnie przez trzy lata i niezliczone gastroskopie lekarz nie zdolal wyleczyc, wiec zrezygnowalam juz z wizyt u niego, bo to nie ma sensu. U jednych wyciecie woreczka to trzy dni w szpitalu, u mnie tydzien i wypis z cisnieniem ok. 200. Jedni maja normalne zycie z rozrusznikiem, u mnie nie tylko nie ma poprawy, ale mam wrazenie, ze jest gorzej niz bylo. A poza tym ja na nic nie mam czasu lub mozliwosci, nawet na glupie sanatorium po operacji. Jestem naprawde tym wszystkim przemeczona. Nawet rodzinna bardzo mi wspolczuje i podobnie jak ja twierdzi, ze to na tle wielkiego stresu. Ja nawet bedac u niej, zapomnialam powiedziec o tych nocnych bolach calego czlowieka, bo to migotanie bylo chwilowo wazniejsze. W czwartek tez zadzwonila pani ze zlobka, ze juz w piatek mozna Zoske przyprowadzac, ale my mielismy w planie wazniejsze rzeczy, mianowicie pieczenie ciastek na powitanie mamy w sobote, wiec podziekowalam i odmeldowalam dzieci do konca tygodnia. 

W bapci za duzych fartuszkach


   Ale ze tez akurat na czas mojej opieki wychowawczynie zlobkowe musialy sie wszystkie naraz rozchorowac. Pech, jak to zwykle u mnie w kazdej dziedzinie mojego gownianego zycia. Gdyby dzieciaki przez te wszystkie dni byly, jak zaplanowane, w placowce, mialabym o wiele mniej stresu, a razem ze mna moi domownicy, ktorzy sami wymagaja opieki.
   Niestety u mnie w domu musialam odstapic od zelaznej zasady nie uzywania telewizora, bo bylo sporo do zrobienia, a chocholy ino plataly sie pod nogoma. Bulka zepsula mianowicie rolete w sypialni, skaczac na parapet i zeskakujac z niego razem z roleta, wiec zesmy ze slubnym kombinowali, czy juz rolete wyrzucac i szukac nowej, czy ewentualnie da sie cos z nia zrobic. Jakos dalismy (no ja dalam, on pomagal) rade posklejac wszystko klejem na goraco i dziala. A skoro juz mialam odsuniete od okna wszystkie te kwietniki, przy okazji je umylam.


   Ale jak tylko wszystko zostalo zrobione, telewizor zostal wylaczony. Za to u chocholow w domu tylko to:


A u mnie w domu w normalnych okolicznosciach chocholy okupuja glownie pokoj prababci, z jej rolatora robia sobie plac zabaw, kaza sie prababci wozic na nim po domu, w sumie maja z nia fajne relacje.





Kiedy im sie juz uda byc grzecznym i zjesc wszystko z talerzyka, to u bapci czekaja zawsze nagrody. Zakupilam bowiem w polskim sklepie internetowym kilkaset lizakow, bo tu w sklepach takich nie ma, za to sa lody na patyku.



   Ogolnie rzecz biorac, kocham to towarzystwo, chetnie z nimi spedzam czas i gdybym tylko ich miala na glowie, pewnie bym nie narzekala, no ale jeszcze praca, moi domowi podopieczni, zakupy, robota w obu domach i zamkniety na dwa dni zlobek, wiec troche bylo mi za kolorowo i meczaco.


13 listopada 2025

Wazny komunikat

    Wspominalam w ktoryms z poprzednich postow, ze w ostatnim tygodniu listopada bede miala pod opieka chocholy, bo ich mama znow musi sluzbowo wyjechac do Francji. Rozpatrywalysmy opcje, ze pojedziemy wszyscy razem, ja w dzien bede sie opiekowala dziecmi. Jednak przeciwienstw takiego planu bylo wiecej niz korzysci. Po pierwsze wiadomo, ze trudno mi zostawic moich podopiecznych na tydzien bez opieki (ze slubnym jest z dnia na dzien coraz gorzej), po drugie 14-godzinna podroz w jedna strone to meczarnia dla wszystkich, po trzecie tam tez wczesnie robi sie ciemno, co wiec robic popoludniami, zwlaszcza ze nie ma gwarancji dobrej pogody. Tu na miejscu moge zajac sie dziecmi, majac jednoczesnie codzienny wglad w zycie moich. Chocholy beda chodzic do przedszkola jak zwykle, wiec opieka to jakies cztery godziny po ich odebraniu, zanim pojda spac. Ja po pracy moge wpadac do wlasnego domu, robic co do mnie nalezy i ok. 16.00 odebrac towarzystwo. Pozostaje weekend, kiedy beda caly dzien ze mna, ale moga byc u mnie w domu przez caly dzien i dopiero na noc isc do siebie, bo nie bardzo mam gdzie je przenocowac. 
   No przeciez wychowalam wlasnych troje, to i z dwojka przez tydzien dam sobie rade, zwlaszcza, ze bez obecnosci mamy sa posluszne.
   Ale los lubi sobie z nami pogrywac, nie od rzeczy jest powiedzenie chcesz rozsmieszyc boga, powiedz mu o swoich planach. W dzien moich urodzin corka dostala z Francji maila, ze kampania jest przesunieta na wczesniej i potrwa nie tydzien, a prawie dwa. Zaczyna sie 17 listopada, wiec juz 16 musi pojechac do Frankfurtu i leciec do Marsylii. Kampania planowo konczy sie 25, ale corka musi zostac jeszcze 26 listopada tam na miejscu, wiec do domu dotrze 27. Mnie z lekka mowe odebralo, ale coz, obiecalam, wiec brne dalej w te obowiazki, bo i co mam zrobic, kiedy nie ma innego wyjscia. 
   Tym samym chce oglosic wszem i wobec, ze przez te dni bede troche nieobecna, bo nie wiem, czy znajde czas, zeby cokolwiek skrobnac, a jesli nawet, to czy beda w stanie zagladac do Was, ze o komentowaniu nie wspomne. To tak dla informacji, zebyscie sie nie dziwili, nie martwili i nie zachodzili w glowe, czy cos zlego sie nie wydarzylo. Mam nadzieje przezyc ten armagiedon na dwa domy.


   A wiec do pozniej, w najgorszym przypadku do grudnia i trzymajcie kciuki, zeby mnie chocholy nie wykonczyly na ament.

EDIT optymistyczny: pracodawca corki rozwaza jednak skrocenie jej pobytu do planowanego tygodnia, ale to stoi jeszcze pod znakiem zapytania. 

11 listopada 2025

Getynska noc swiatel

    No coz, moj nowy heimat postanowil pojsc za przykladem mojego bylego miasta urodzenia i zorganizowal Göttinger Lichter Nacht, wzorem Lódzkiego Festiwalu Swiatel, o ktorym pisalam jeszcze na starym blogu w 2019 roku KLIK. Ale po pierwsze nie ma co porownywac, bo wielkosc miast jest bardzo rozna (Getynga 120 tys. a Lodz... z miasta 850-tysiecznego, jakie opuszczalam w styczniu roku 1989, stala sie dopiero czwartym co do wielkosci miastem w Polsce z 650 tys. mieszkancow. Az trudno uwierzyc, ze odeszlo stamtad wiecej osob niz mieszka do kupy w moim obecnym miescie), a po drugie Lodz na festiwalach swiatla zjadla zeby, z roku na rok jest lepiej i wiecej, zjezdza sie tam pol Polski, bo jest na co popatrzec. W Getyndze zorganizowano cos takiego po raz pierwszy, podczas gdy w Lodzi w tym roku byla juz 15-ta edycja. 
   No ale czlowiek nie tylko ciekaw, ale i spragnion atrakcji, a przy okazji spotkan z wszystkimi czterema dzieciorami, bo akurat przypadal weekend, kiedy najmlodsza brala do siebie dzieci sredniej. Oni podjechali do miasta autem, ja musialam autobusem, bo do ich auta z pewnoscia bym sie nie zmiescila jako szosta osoba, a swoim nie chcialam, bo oplaty parkingowe sa wieksze od ceny bitetow, a poza tym moglabym nie znalezc miejsca, bo byly tlumy, nawet spoza Getyngi, bo ktos nas pytal pozniej o droge do jakiejs atrakcji.
   Pozniej stwierdzilam, ze ciemnosc, tlumy i znikajace w nich co chwile chocholy to nie na moje nerwy. A poza tym rozgladalam sie jeszcze, czy jakis islamski czubek nie jedzie, bo o ile na jarmark swiateczny postawia betonowe bloki dokola starowki, tak tego dnia nie bylo zadnej ochrony, a ludzi tlumy. Do czego ci sqrwysynscy politycy doprowadzili, ze czlowiek zaczyna bac sie wlasnego cienia, zamiast dobrze bawic i w spokoju ogladac te marniutkie projekcje na starym ratuszu, a potem na Audytorium. No coz, porownania z Lodzia nie ma.







   Powyzej byly zdjecia sprzed starego ratusza i sprzed budki z frytkami, bo wiadomo, ze mlodziez od razu glodna. Podreptalismy dalej deptakiem, spotkalismy misia-giganta, ktorego Zoska bardzo sie przestraszyla i nie chciala z nim zapozowac. Zaraz potem ukazaly sie nam swiecace postacie na szczudlach, jedna z nich chciala przybic piatke z Juniorem, ale tym razem to on skrewil.






   Na sam koniec powedrowalismy pod Audytorium (budynek pierwotnie przeznaczony do wykladow na Uniwersytecie Georga Augusta w Getyndze, teraz oddany kulturze, tam odbywaja sie wystawy, odczyty itp.). Tam dzialo sie wiecej, co zdazylam zauwazyc przejezdzajac obok autobusem.






   Tam stwierdzilysmy z corka, ze nie ma co dalej sie snuc, dzieci zmeczone, my zestresowane, trza isc do domu. Dobrnelismy jeszcze spacerem do dworca kolejowego, gdzie ja mialam przystanek autobusowy, a ona niedaleko parking. Niestety moj autobus przyjezdzal dopiero za pol godziny, wiec siedzialam tam jak ta sierota i marzlam. Ogladalam sobie na lawce zdjecia, ktore porobilam, wrzucilam je na story na WA, przelecialam po fejzbuku i jakos czas mi szybciej zlecial.

Marcowa magia

     Pierwszej marcowej nocy wrozka Przedwiosenna przycupnela zmeczona na dachu jednego z domow w niewielkim miescie uniwersyteckim. W ostat...