Tak calkiem przy okazji i nie na temat, ale data taka, ze mi sie przypomnialo, moj ojciec skonczylby dzisiaj 94 lata, gdyby 10 lat temu nie pokonal go w niecale pol roku nowotwor pluc. Ta milosc tez byla trudna i do dzisiaj nie mam pewnosci, czy bylam rzeczywiscie kochana, czy w ogole...
A zalosnym nastepstwem tego braku milosci w dziecinstwie jest dzisiaj niemoznosc wydukania do swojego odbicia w lustrze KOCHAM CIE. To dla mnie niewykonalne!
Od dluzszego czasu w telewizji leci kampania, ktora zapoczatkowal Rossmann, siec drogerii, bo na dzisiaj przypada Miedzynarodowy Dzien Kochania Siebie, jutro zas bedziemy kochac wszystkich innych, caly swiat, zapominajac o sobie. Sa przeciez Walentynki! W tejze kampanii zaproszono do studia przypadkowych ludzi, postawiono przed lustrami i poproszono o wyznanie sobie milosci. Reakcje byly rozne, wymuszone usmieszki, zazenowanie, bo to w koncu dosc dziwne tak mowic o milosci do siebie, to bardzo trudne, a to "kocham cie" nie chce przejsc przez gardlo. Dlaczego tak trudno powiedziec "kocham cie" patrzac sobie w oczy w lustrze? Czlowiek ma gdzies z tylu glowy urzadzenie do wyszukiwania w sobie wad, moze pisac z tego doktoraty. Mnie uczono, ze chwalenie samej siebie to prosta droga do zarozumialosci, przy czym rodzice tez nigdy mnie nie chwalili. W lustrze duzo latwiej dostrzec to, co nadawaloby sie do poprawki, niz to, co jest piekne czy wartosciowe. To odrzucenie w dziecinstwie, wieczna krytyka, wymagania przekraczajace mozliwosci - wszystko to wyrylo w mozgu, ze bliskosc, nawet do siebie, to niebezpieczenstwo. Patrzac na siebie, mam wrazenie, ze "nie zasluzylam" na milosc, powinnam najpierw schudnac, byc milsza, cos osiagnac, bardziej sie poswiecic, mniej narzekac...
Wiekszosc z nas traktuje siebie jak wymagajacego szefa, a nie jak osobe, ktora naprawde kochamy, jestesmy dla siebie zbyt surowi, zbyt niewyrozumiali, bezduszni i bezkompromisowi. A dzien milosci do siebie nie ma byc alternatywa dla Walentynek, ale logicznym do nich wstepem. Podobno na nauke nigdy nie jest za pozno i podobno milosci do siebie mozna sie nauczyc poprzez pozytywne o sobie myslenie, zauwazanie dobrych cech czy ladnych czesci ciala, sprawianie sobie drobnych przyjemnosci, objecie sie rekami. Bo podobno milosci do innych czlowiek uczy sie zaczynajac od siebie.
Kampania Rossmanna niczego nie narzuca, do niczego nie zmusza, tylko w delikatny sposob zacheca do zwolnienia, zatrzymania sie, spojrzenia sobie gleboko w oczy i wypowiedzenia slow, ktore sa niemalym wyzwaniem.
Zatem powiedzcie sobie dzisiaj, ze sie kochacie, ja poczekam z tym do jutra, zeby Wam powiedziec, jak bardzo Was kocham, bo siebie jakos pokochac nie umiem. Nie chcecie wiedziec, jakie slowa mam ochote wypowiadac na swoj widok w lustrze.
Dla Was na jutro:


Nie no nic nie mam przeciwko żeby kochać siebie, ale żeby mówić to do lustra to nie mój styl, raczej śmieszy mnie to. Jestem świadoma co ja za jedna, jestem jaka jestem i tak musi być, wiem co jest we mnie najlepsze i to najważniejsze i to wystarcza żeby się lubić a nawet kochać.
OdpowiedzUsuńTo mowienie do lustra to raczej metafora, bardziej chodzi o pozytywne myslenie na swoj widok, o serdecznosc, odrobine podziwu, bez przekraczania granicy samozachwytu, jak to ma w naturze kilka osob na tym swiecie.
UsuńJa w dziecinstwie nie dostalam milosci, wiec do dzisiaj mi zostalo, ze pewnie na nia nie zasluguje, jestem wobec siebie ekstremalnie krytyczna.
Niekonieczne metafora, bo wedlug tej reklamy Ty masz stanac przed lustrem i powiedziec do swojego odbicia "Kocham Cie" a to juz dla mnie jest smieszne, bo takie teatralne. Ale moze jest taki rodzaj terapii dla ludzi co wrecz nienawidza siebie i moze to wtedy pracuje dla nich. A jak Ty piszesz ze jestes ekstremalnie krytyczna wobec siebie, to moze powinnas sprobowac.
UsuńNo dobra, ale ta reklama by nie wyszla, gdyby kazali im tylko stanac przed lustrem i myslec o sobie dobrze. Tu oczywiscie musieli sobie glosno wyznawac. Bo glownie chodzi o samoakceptacje, serdecznosc w stosunku do siebie. Moze wlasnie to jakas terapia, przemoc sie i powiedziec cos przyjemnego tamtemu czlowiekowi po drugiej stronie.
UsuńA mnie juz nic nie naprawi z tego ekstremalnego samokrytycyzmu, mam to wgrane w geny.
Aniu, jesteśmy pokoleniem, które było uczone, siedź w kącie, a znajdą Cię. Dzieci, miały być posłuszne, ciche, nie wychylające się, nie chwalone. Byłyśmy chwalone za spokojne zachowanie, pomaganie innym, ale sami chwalić się tym nie mogliśmy, bo to było czymś niestosownym. Nasi rodzice byli pokoleniem wojennym i powojennym, gdy o miłości do dzieci nie mówiło się praktycznie wcale, tym bardziej do dzieci starszych i nastolatków. Był, to poprostu zimny chów i zdanie - dzieci i ryby głosu nie mają... Czy kocham siebie - raczej nie, ale często lubię się i czasami sama siebie pochwalę... 😘😘😘
OdpowiedzUsuńTo fakt, o milosci dzieciom sie za duzo nie mowilo, bo wedlug tamtych standartow mogloby to zaszkodzic dziecku i sprawic, ze staloby sie zarozumiale. Ale... rodzice w inny sposob dawali dzieciom do zrozumienia, jak bardzo je kochaja, ja od swoich dostawalam pogarde, wymagania i ani jednej pochwaly, bez wzgledu na to, jak bardzo bym sie starala. Zimny chow, wymagania, tresura i nic wzamian.
UsuńCzy ja SIĘ kocham? Nie wiem. Nie uprawiam samobiczowania się przed lustrem, ale też nie pieję peanów na swój widok 🙂 Myślę, że te wszystkie filmy rodem z Hollywood lekko ludziom w głowach poprzestawiały wizję i podejście do kochania się i innych. Rodziców mam fajnych po dziś dzień, ale żeby słyszeć nieustające wyznania miłości w dzieciństwie, to raczej nie. Ale ja też nie z tych pazernych na czyjeś komplementy czy pochwały. Zawsze czułam "podskórnie", że jestem ważna dla rodziców nawet bez mówienia mi tego pięć razy dziennie. Dlatego chyba nie mam potrzeby mówić tego sobie samej 😉
OdpowiedzUsuńJa sama nie dostawalam od rodzicow przejawow milosci, od babci juz tak, ale bez zadec. Swoim dzieciom wczesniej niewiele dawalam, potem nauczylam sie dawac, wnuki sa zasypywane moja miloscia (w trzech jezykach, bo one lubia ajlawjowac). Do siebie nie zmienilam stosunku, mam taki, jak mi rodzice dawali, sceptyczny i pogardliwy. Piec razy dziennie to rzeczywiscie przesada, ale ani razu w zyciu to tez nie za dobrze, prawda?
Usuńokazuje sie teraz, jak bardzo nas skrzywdzono w dzieciństwie. mój ojciec miałby dziś 87 lat....owszem nigdy by nie dożył, to wiem. urodził się we wrześniu 1939 w Warszawie i to przeklęło jego życie...
OdpowiedzUsuńpracuje nad sobą...całe życie ja. i umiem sobie powiedzieć, że się lubię. a nawet kocham. i jestem dla siebie najważniejsza.
uściski.
Nie pracowalam nigdy nad soba, przyjelam w dziecinstwie za pewnik, ze jestem malo warta i tak z tym zyje. Teraz juz mi sie nie chce. Meza tez mam niewylewnego. Tyle ze nauczylam sie mowic innym, jak sa dla mnie wazni i chwalic ich sukcesy. A maluchom stale mowie, jak bardzo je kocham.
Usuńmusiałam pracować nad sobą i nad innymi. uczę, pracuję teatralnie całe życie z ludźmi. byłam zmuszona. i chciałam. żeby siebie zrozumieć i nie dać sobą manipulować.
Usuńdata urodzenia mojego ojca przeklęła i moje życie...
Moi rodzice w ogole nie powinni miec zadnych dzieci, oboje nie nadaja sie na rodzicow, bo to nie jest latwa rola, a dzieci nie sa psami, ktore mozna od biedy wytresowac. Emocjonalnie nie dostalam od nich nic, choc w innych dziedzinach wiele, za co oczywiscie jestem bardzo wdzieczna.
UsuńPodpisuje sie pod Teresa - do samooceny lustro mi niepotrzebne, ono przekazuje wyglad a nie charakter. Bez niego znam swe wady i zalety. Moi rodzice nie mowili "kocham Cie " wprost w oczy ale ich opieka, poswiecenie, popieranie, bycie przy mnie i ze mna cale zycie samo mowilo o ogromie ich milosci. Postepuje podobnie wobec dzieci i wnukow plus kazdemu dodaje "kocham Cie".
OdpowiedzUsuńWydaje mi sie ze wylewnosc slowna nie byla popularna za czasow naszej mlodosci, raczej liczylo sie postepowanie. Moze slusznie ? - powiedziec latwo a czynic trudniej.
Chyba szkoda, ze rodzice nie umieli nam powiedziec, jak bardzo nas kochaja, bo wtedy dzieci nie zwracaly uwagi na ich milczace poswiecenie majace swiadczyc o milosci, bo wtedy takich czynow sie nie docenialo. Teraz wiemy, wtedy nie. Co jednak przeszkadzalo pochwalic za dobra ocene czy dobry uczynek? Ja zas tylko slyszalam, ze tak ma byc i nie ma za co chwalic. I tak cud, ze nie wyladowalam gdzies jako nalogowiec, bo rodzicow nigdy nie bylam w stanie zadowolic.
UsuńPanterko, ja Ci powiem, że Cię kocham. Za Twoją wrażliwość, za miłość i serce do zwierząt i dzieci, za piękny język i ciekawe wpisy, za inteligencję i dowcip, za to że jesteś wspaniałą mamą, babcią i córką. Je t'aime 🥰
OdpowiedzUsuńChociaz Ty, Iwcia. No dobra, moje wnuki tez mowia, ze kochaja, a Toya i koty daja znac zachowaniem, bo mowic jeszcze sie nie nauczyly. Ale zobacz, mam prawie 70 lat i do dzisiaj nie przerobilam tego zimnego chowu, jaki zafundowali mi rodzice.
UsuńIch liebe Dich :) I love you :) Je t'aime. Ja ljublju Tebja. Bo mogę i chcę. A patrz, mój ojciec urodził się też 13 lutego. Tyle że dwa lata wcześniej niż Twój. Mój na dokładkę w Czarnym Sadzie ;) Czy moi rodzice mnie kochali? Tak. Chociaż to nie była łatwa miłość. Bo moja mama była taką samą histeryczką i czarnowidzką jak ja. A mój ojciec - cóż - to dopiero była pokręcona miłość. Ale dziadkiem był idealnym. Teściem już niekoniecznie, choć dziś rozumiem, że stał po mojej stronie. Czy czułam się kochana? Tak. Moje dzieci mnie kochają - po swojemu, ale nie zaprzeczę. Moje wnuki różnie, ale trudno wymagać, by kochały tak samo - nie ukrywam, że kocham je równo, ale nierówno :) Czy kocham siebie - a jakże, jestem najważniejszą osobą w moim życiu. A w lustrze i chwalę siebie i opierdalam, jak trzeba, bo teraz mam etap życia my echo, my shadow and me :) Przykro mi, że masz takie smutne wspomnienia. Więc pomyśl, ilu teraz masz wielbicieli i fanów :)
OdpowiedzUsuńTy tez przeciez jestes dwa lata przede mna, wiec juz w drugim pokoleniu roznice sie zgadzaja :)))
UsuńTak sobie dzisiaj mysle na okolicznosc smierci Dykiel i zwiazanych z tym smutnym wydarzeniem wspominkow wszystkich, ktorzy mieli z nia do czynienia, ze kiedy ja zejde z tego padolu, to moze ktos sie przez chwile zdziwi, ze tak wczesnie, a potem zapomni.
Anno, jeśli dożyjesz do setki, a masz predyspozycje po mamie, to nie będziemy się dziwić, że tak wcześnie 😉😄
UsuńNie ma takiej opcji, mama jest lepszym rocznikiem i za duzo w zyciu sie nie napracowala, poza tym miala jedno dziecko i meza, ktory sam duzo robil. No i umarl w pelni sil umyslowych. Moja mama nigdy nie zyla w takim stresie, w jakim ja zyje od lat.
UsuńLustro to nie narzędzie do pokochania siebie, ale wskaźnik tej miłości. Stanięcie twarzą w twarz przed dużym lustrem, tylko po to by spojrzeć na siebie i zakceptować - to był kiedyś bardzo duży problem. Latwiej prześliznąć się po sobie tematycznie: zobaczę jak wyglądam w tym i tym, sprawdzenie ,,wyprysków, na twarzy czy robienie makijazu, nakładanie kremu. O tak. Nie było z tym problemu, ale tak bez powodu....poprzeczka nie do przeskoczenia.
OdpowiedzUsuńI co mi pomogło? Znalezienie się samej na granicy życia i śmierci..Nie z powodu choroby, tylko sytuacji. Po momencie przełomowym- nastąpiło powolne wchodzenie na właściwe tory i budowanie siebie od nowa. Na ile się zbudowałam- musiałabym sprawdzić i stanąć przed lustrzaną ścianą w siłowni w obecności innych. Test lustra .....
Warto czasem zadać sobie pytanie: w których momentach czuję się ze sobą dobrze? Być może warto powtarzać...te sytuacje...
Ja jestem ze soba, bo po prostu nie mam innego wyjscia, ale gdybym miala, z ulga zostawilabym siebie gdzies na poboczu i poszla sama dalej. Nie mam czasu na takie refleksje, jestem nieprzerwanie zestresowana i jakos nienawidze tej w lustrze, zarowno jesli chodzi o wyglad, jak i jako czlowieka. Tresura z dziecinstwa dziala i mocno siedzi. Zawsze bylam not enough i tak mi zostalo.
UsuńZagladam w lustro jak potrzeba ale zeby mowic do niego, ze sie kocham. Hahaha. To nie dla mnie. Nie wspominam tez czy mnie kochano jako dziecko. Juz dawno nim nie jestem. Jesli mnie tylko toleruja to uwazam to za zwyciestwo, wtedy i ja siebie akceptuje z mlodzienczym tradzikiem czy ze zmarszczkami. Chetniej sie przegladam w czyichs oczach, one sa lepszym lustrem duszy i ciesze sie, ze moge to zrobic prosto, nie musze sklaniac glowy czy ja zbytnio podnosic. Wystarczy mi tak malo do szczescia.
OdpowiedzUsuńU mnie chyba ta puchowa pierzynka miłości, którą otulano mnie zewsząd przez pierwsze 25 lat życia zadziałała, bo często tak ni z gruszki, ni z pietruszki mówię na głos: "O, ludzie! Jaka ja jestem fajna!" i "Kocham cię" do lustra też bez oporów mówię od czasu do czasu. Popatrz jak bardzo ma wpływ na naszą samoocenę pierwsze ileś tam lat życia, ani bym nie pomyślała.
OdpowiedzUsuń