Translate

13 lutego 2026

Najtrudniejsza chyba milosc

    Tak calkiem przy okazji i nie na temat, ale data taka, ze mi sie przypomnialo, moj ojciec skonczylby dzisiaj 94 lata, gdyby 10 lat temu nie pokonal go w niecale pol roku nowotwor pluc. Ta milosc tez byla trudna i do dzisiaj nie mam pewnosci, czy bylam rzeczywiscie kochana, czy w ogole...
   A zalosnym nastepstwem tego braku milosci w dziecinstwie jest dzisiaj niemoznosc wydukania do swojego odbicia w lustrze KOCHAM CIE. To dla mnie niewykonalne!
   Od dluzszego czasu w telewizji leci kampania, ktora zapoczatkowal Rossmann, siec drogerii, bo na dzisiaj przypada Miedzynarodowy Dzien Kochania Siebie, jutro zas bedziemy kochac wszystkich innych, caly swiat, zapominajac o sobie. Sa przeciez Walentynki! W tejze kampanii zaproszono do studia przypadkowych ludzi, postawiono przed lustrami i poproszono o wyznanie sobie milosci. Reakcje byly rozne, wymuszone usmieszki, zazenowanie, bo to w koncu dosc dziwne tak mowic o milosci do siebie, to bardzo trudne, a to "kocham cie" nie chce przejsc przez gardlo. Dlaczego tak trudno powiedziec "kocham cie" patrzac sobie w oczy w lustrze? Czlowiek ma gdzies z tylu glowy urzadzenie do wyszukiwania w sobie wad, moze pisac z tego doktoraty. Mnie uczono, ze chwalenie samej siebie to prosta droga do zarozumialosci, przy czym rodzice tez nigdy mnie nie chwalili. W lustrze duzo latwiej dostrzec to, co nadawaloby sie do poprawki, niz to, co jest piekne czy wartosciowe. To odrzucenie w dziecinstwie, wieczna krytyka, wymagania przekraczajace mozliwosci - wszystko to wyrylo w mozgu, ze bliskosc, nawet do siebie, to niebezpieczenstwo. Patrzac na siebie, mam wrazenie, ze "nie zasluzylam" na milosc, powinnam najpierw schudnac, byc milsza, cos osiagnac, bardziej sie poswiecic, mniej narzekac...
   Wiekszosc z nas traktuje siebie jak wymagajacego szefa, a nie jak osobe, ktora naprawde kochamy, jestesmy dla siebie zbyt surowi, zbyt niewyrozumiali, bezduszni i bezkompromisowi. A dzien milosci do siebie nie ma byc alternatywa dla Walentynek, ale logicznym do nich wstepem. Podobno na nauke nigdy nie jest za pozno i podobno milosci do siebie mozna sie nauczyc poprzez pozytywne o sobie myslenie, zauwazanie dobrych cech czy ladnych czesci ciala, sprawianie sobie drobnych przyjemnosci, objecie sie rekami. Bo podobno milosci do innych czlowiek uczy sie zaczynajac od siebie.
   Kampania Rossmanna niczego nie narzuca, do niczego nie zmusza, tylko w delikatny sposob zacheca do zwolnienia, zatrzymania sie, spojrzenia sobie gleboko w oczy i wypowiedzenia slow, ktore sa niemalym wyzwaniem.


   Zatem powiedzcie sobie dzisiaj, ze sie kochacie, ja poczekam z tym do jutra, zeby Wam powiedziec, jak bardzo Was kocham, bo siebie jakos pokochac nie umiem. Nie chcecie wiedziec, jakie slowa mam ochote wypowiadac na swoj widok w lustrze.
   Dla Was na jutro:




60 komentarzy:

  1. Nie no nic nie mam przeciwko żeby kochać siebie, ale żeby mówić to do lustra to nie mój styl, raczej śmieszy mnie to. Jestem świadoma co ja za jedna, jestem jaka jestem i tak musi być, wiem co jest we mnie najlepsze i to najważniejsze i to wystarcza żeby się lubić a nawet kochać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To mowienie do lustra to raczej metafora, bardziej chodzi o pozytywne myslenie na swoj widok, o serdecznosc, odrobine podziwu, bez przekraczania granicy samozachwytu, jak to ma w naturze kilka osob na tym swiecie.
      Ja w dziecinstwie nie dostalam milosci, wiec do dzisiaj mi zostalo, ze pewnie na nia nie zasluguje, jestem wobec siebie ekstremalnie krytyczna.

      Usuń
    2. Niekonieczne metafora, bo wedlug tej reklamy Ty masz stanac przed lustrem i powiedziec do swojego odbicia "Kocham Cie" a to juz dla mnie jest smieszne, bo takie teatralne. Ale moze jest taki rodzaj terapii dla ludzi co wrecz nienawidza siebie i moze to wtedy pracuje dla nich. A jak Ty piszesz ze jestes ekstremalnie krytyczna wobec siebie, to moze powinnas sprobowac.

      Usuń
    3. No dobra, ale ta reklama by nie wyszla, gdyby kazali im tylko stanac przed lustrem i myslec o sobie dobrze. Tu oczywiscie musieli sobie glosno wyznawac. Bo glownie chodzi o samoakceptacje, serdecznosc w stosunku do siebie. Moze wlasnie to jakas terapia, przemoc sie i powiedziec cos przyjemnego tamtemu czlowiekowi po drugiej stronie.
      A mnie juz nic nie naprawi z tego ekstremalnego samokrytycyzmu, mam to wgrane w geny.

      Usuń
  2. Aniu, jesteśmy pokoleniem, które było uczone, siedź w kącie, a znajdą Cię. Dzieci, miały być posłuszne, ciche, nie wychylające się, nie chwalone. Byłyśmy chwalone za spokojne zachowanie, pomaganie innym, ale sami chwalić się tym nie mogliśmy, bo to było czymś niestosownym. Nasi rodzice byli pokoleniem wojennym i powojennym, gdy o miłości do dzieci nie mówiło się praktycznie wcale, tym bardziej do dzieci starszych i nastolatków. Był, to poprostu zimny chów i zdanie - dzieci i ryby głosu nie mają... Czy kocham siebie - raczej nie, ale często lubię się i czasami sama siebie pochwalę... 😘😘😘

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To fakt, o milosci dzieciom sie za duzo nie mowilo, bo wedlug tamtych standartow mogloby to zaszkodzic dziecku i sprawic, ze staloby sie zarozumiale. Ale... rodzice w inny sposob dawali dzieciom do zrozumienia, jak bardzo je kochaja, ja od swoich dostawalam pogarde, wymagania i ani jednej pochwaly, bez wzgledu na to, jak bardzo bym sie starala. Zimny chow, wymagania, tresura i nic wzamian.

      Usuń
  3. Czy ja SIĘ kocham? Nie wiem. Nie uprawiam samobiczowania się przed lustrem, ale też nie pieję peanów na swój widok 🙂 Myślę, że te wszystkie filmy rodem z Hollywood lekko ludziom w głowach poprzestawiały wizję i podejście do kochania się i innych. Rodziców mam fajnych po dziś dzień, ale żeby słyszeć nieustające wyznania miłości w dzieciństwie, to raczej nie. Ale ja też nie z tych pazernych na czyjeś komplementy czy pochwały. Zawsze czułam "podskórnie", że jestem ważna dla rodziców nawet bez mówienia mi tego pięć razy dziennie. Dlatego chyba nie mam potrzeby mówić tego sobie samej 😉

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja sama nie dostawalam od rodzicow przejawow milosci, od babci juz tak, ale bez zadec. Swoim dzieciom wczesniej niewiele dawalam, potem nauczylam sie dawac, wnuki sa zasypywane moja miloscia (w trzech jezykach, bo one lubia ajlawjowac). Do siebie nie zmienilam stosunku, mam taki, jak mi rodzice dawali, sceptyczny i pogardliwy. Piec razy dziennie to rzeczywiscie przesada, ale ani razu w zyciu to tez nie za dobrze, prawda?

      Usuń
  4. okazuje sie teraz, jak bardzo nas skrzywdzono w dzieciństwie. mój ojciec miałby dziś 87 lat....owszem nigdy by nie dożył, to wiem. urodził się we wrześniu 1939 w Warszawie i to przeklęło jego życie...
    pracuje nad sobą...całe życie ja. i umiem sobie powiedzieć, że się lubię. a nawet kocham. i jestem dla siebie najważniejsza.
    uściski.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie pracowalam nigdy nad soba, przyjelam w dziecinstwie za pewnik, ze jestem malo warta i tak z tym zyje. Teraz juz mi sie nie chce. Meza tez mam niewylewnego. Tyle ze nauczylam sie mowic innym, jak sa dla mnie wazni i chwalic ich sukcesy. A maluchom stale mowie, jak bardzo je kocham.

      Usuń
    2. musiałam pracować nad sobą i nad innymi. uczę, pracuję teatralnie całe życie z ludźmi. byłam zmuszona. i chciałam. żeby siebie zrozumieć i nie dać sobą manipulować.
      data urodzenia mojego ojca przeklęła i moje życie...

      Usuń
    3. Moi rodzice w ogole nie powinni miec zadnych dzieci, oboje nie nadaja sie na rodzicow, bo to nie jest latwa rola, a dzieci nie sa psami, ktore mozna od biedy wytresowac. Emocjonalnie nie dostalam od nich nic, choc w innych dziedzinach wiele, za co oczywiscie jestem bardzo wdzieczna.

      Usuń
  5. Podpisuje sie pod Teresa - do samooceny lustro mi niepotrzebne, ono przekazuje wyglad a nie charakter. Bez niego znam swe wady i zalety. Moi rodzice nie mowili "kocham Cie " wprost w oczy ale ich opieka, poswiecenie, popieranie, bycie przy mnie i ze mna cale zycie samo mowilo o ogromie ich milosci. Postepuje podobnie wobec dzieci i wnukow plus kazdemu dodaje "kocham Cie".
    Wydaje mi sie ze wylewnosc slowna nie byla popularna za czasow naszej mlodosci, raczej liczylo sie postepowanie. Moze slusznie ? - powiedziec latwo a czynic trudniej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba szkoda, ze rodzice nie umieli nam powiedziec, jak bardzo nas kochaja, bo wtedy dzieci nie zwracaly uwagi na ich milczace poswiecenie majace swiadczyc o milosci, bo wtedy takich czynow sie nie docenialo. Teraz wiemy, wtedy nie. Co jednak przeszkadzalo pochwalic za dobra ocene czy dobry uczynek? Ja zas tylko slyszalam, ze tak ma byc i nie ma za co chwalic. I tak cud, ze nie wyladowalam gdzies jako nalogowiec, bo rodzicow nigdy nie bylam w stanie zadowolic.

      Usuń
  6. Panterko, ja Ci powiem, że Cię kocham. Za Twoją wrażliwość, za miłość i serce do zwierząt i dzieci, za piękny język i ciekawe wpisy, za inteligencję i dowcip, za to że jesteś wspaniałą mamą, babcią i córką. Je t'aime 🥰

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chociaz Ty, Iwcia. No dobra, moje wnuki tez mowia, ze kochaja, a Toya i koty daja znac zachowaniem, bo mowic jeszcze sie nie nauczyly. Ale zobacz, mam prawie 70 lat i do dzisiaj nie przerobilam tego zimnego chowu, jaki zafundowali mi rodzice.

      Usuń
  7. Ich liebe Dich :) I love you :) Je t'aime. Ja ljublju Tebja. Bo mogę i chcę. A patrz, mój ojciec urodził się też 13 lutego. Tyle że dwa lata wcześniej niż Twój. Mój na dokładkę w Czarnym Sadzie ;) Czy moi rodzice mnie kochali? Tak. Chociaż to nie była łatwa miłość. Bo moja mama była taką samą histeryczką i czarnowidzką jak ja. A mój ojciec - cóż - to dopiero była pokręcona miłość. Ale dziadkiem był idealnym. Teściem już niekoniecznie, choć dziś rozumiem, że stał po mojej stronie. Czy czułam się kochana? Tak. Moje dzieci mnie kochają - po swojemu, ale nie zaprzeczę. Moje wnuki różnie, ale trudno wymagać, by kochały tak samo - nie ukrywam, że kocham je równo, ale nierówno :) Czy kocham siebie - a jakże, jestem najważniejszą osobą w moim życiu. A w lustrze i chwalę siebie i opierdalam, jak trzeba, bo teraz mam etap życia my echo, my shadow and me :) Przykro mi, że masz takie smutne wspomnienia. Więc pomyśl, ilu teraz masz wielbicieli i fanów :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ty tez przeciez jestes dwa lata przede mna, wiec juz w drugim pokoleniu roznice sie zgadzaja :)))
      Tak sobie dzisiaj mysle na okolicznosc smierci Dykiel i zwiazanych z tym smutnym wydarzeniem wspominkow wszystkich, ktorzy mieli z nia do czynienia, ze kiedy ja zejde z tego padolu, to moze ktos sie przez chwile zdziwi, ze tak wczesnie, a potem zapomni.

      Usuń
    2. Anno, jeśli dożyjesz do setki, a masz predyspozycje po mamie, to nie będziemy się dziwić, że tak wcześnie 😉😄

      Usuń
    3. Nie ma takiej opcji, mama jest lepszym rocznikiem i za duzo w zyciu sie nie napracowala, poza tym miala jedno dziecko i meza, ktory sam duzo robil. No i umarl w pelni sil umyslowych. Moja mama nigdy nie zyla w takim stresie, w jakim ja zyje od lat.

      Usuń
  8. Lustro to nie narzędzie do pokochania siebie, ale wskaźnik tej miłości. Stanięcie twarzą w twarz przed dużym lustrem, tylko po to by spojrzeć na siebie i zakceptować - to był kiedyś bardzo duży problem. Latwiej prześliznąć się po sobie tematycznie: zobaczę jak wyglądam w tym i tym, sprawdzenie ,,wyprysków, na twarzy czy robienie makijazu, nakładanie kremu. O tak. Nie było z tym problemu, ale tak bez powodu....poprzeczka nie do przeskoczenia.
    I co mi pomogło? Znalezienie się samej na granicy życia i śmierci..Nie z powodu choroby, tylko sytuacji. Po momencie przełomowym- nastąpiło powolne wchodzenie na właściwe tory i budowanie siebie od nowa. Na ile się zbudowałam- musiałabym sprawdzić i stanąć przed lustrzaną ścianą w siłowni w obecności innych. Test lustra .....
    Warto czasem zadać sobie pytanie: w których momentach czuję się ze sobą dobrze? Być może warto powtarzać...te sytuacje...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jestem ze soba, bo po prostu nie mam innego wyjscia, ale gdybym miala, z ulga zostawilabym siebie gdzies na poboczu i poszla sama dalej. Nie mam czasu na takie refleksje, jestem nieprzerwanie zestresowana i jakos nienawidze tej w lustrze, zarowno jesli chodzi o wyglad, jak i jako czlowieka. Tresura z dziecinstwa dziala i mocno siedzi. Zawsze bylam not enough i tak mi zostalo.

      Usuń
    2. To nie jest kwestia czasu, tylko bardziej uważności na siebie w danym momencie i zauważenia siebie w danej sytuacji,np. podczas okazywania miłości Chochołom, czy zadowolenia z siebie, że udało się coś załatwić, coś zrobić....Z tych małych zauważeń buduje się ,drugą siebie,, tą inną niż nam wmówiono.

      Usuń
    3. Jesli cale otoczenie traktuje cie jak uzyteczny mebel, to mozesz sobie wyobrazic, jaka masz uwaznosc. Scierasz sie z rosnaca agresja chorego meza, z zarzutami, czekasz dnia, kiedy oberwiesz po ryju. Glowe masz pelna wyzwan, organizowania, koordynowania, gdzie tu miejsce na docenianie siebie.

      Usuń
    4. Właśnie to zauważyłaś, że cały czas radzisz sobie. Tu tkwi moc.Jest tylko kwestia tego, czy to właśnie ndywidualnie Cię buduje czy innego rodzaju doświadczenia- zauważenia.
      Dopóki tego nie widzisz- tej własnej mocy-sytuacje będą się powtarzać.
      Jak siebie docenić? wystarczy tak: ,,doceniam siebie że jestem opiekuńcza, dobrze zorganizowana, itp.pomocna...i nie oczekuję że świat to zauważy.,, Bo świat to widzi, a Ty -ignorujesz....

      Nerwy w związku z sytuacja taką czy siaką -są w porządku, to nie umniejsza naszej wartości. Mamy prawo się denerwować i wyrażać emocje- bo mamy różne granice wytrzymałości w różnych sytuacjach.

      Usuń
    5. A moze z tego wszystkiego mnie juz przestalo na czymkolwiek zalezec? Zyje sila rozpedu, bez cienia radosci, bo musze, bo powinnam,. a nie bo chce.

      Usuń
    6. I to też jest w porządku. Akceptacja takiego stanu rzeczy, skoro to taki etap.Ale w gruncie rzeczy -chcesz żyć- u swojej podstawy. Czy trzyma cię przy życiu Twoje poczucie obowiązku czyli potrzeby, które zaspokajasz innym- to też powód do docenienia siebie. W takim samym stopniu- jak docenienie, że umiesz komunikować swoje emocje.A nie każdy to potrafi.
      Być może problem tkwi w zdolności do zaznaczania swoich granic...w stosunku do niektórych osób? Natomiast i to trzeba przyjąć na klatę, bo tak ,, wyrównujemy r-ki energetyczne, z innymi.Tak postrzegam niektóre ,,zależności,, z których nie jest nam dane ,wyjść,.

      Usuń
    7. Mylisz sie, to nie jest akceptacja, to przymus, bo nie ma innego wyjscia. I tak, mam wgrane do genow poczucie obowiazku wobec innych. Szkoda tylko, ze wszyscy traktuja to poczucie jak cos naleznego i nie doceniaja. Jak ja moge zaznaczac granice czlowiekowi choremu na demencje, gdzie kazdy dzien przynosi pogorszenie. Moge albo go zamordowac, albo dalej tak trwac w przymusie. Matka tez zyje w permanantnym fochu, bo przestala byc centrum wszechswiata.

      Usuń
    8. Nie o to chodzi, że to jest akceptacja. Tylko, że pozostaje nam zmiana podejścia- na akceptację tego co właśnie jest, bo dopóki tego nie zaakceptujesz- - wszystko będzie wkurzać, męczyć i odbierać radość zycia.
      Niestety tak świat jest ułozony, że tylko 50% zalezy od nas i nie mamy wpływu na to jak nas odbierają inni, a tym bardziej na to czy mają do nas szacunek, tj.doceniają to co się robii czy to manifestują Więc trzeba to olać...i robić swoje ,ale pamiętając o zaspokojeniu swojej potrzeby odpoczynku...czy relaksu.
      A i jeszcze....spojrzenie z innej strony na ,,relacje rodzinne,. Mimo takich a nie innych doświadczeń- zobacz ile jest w Tobie siły....

      Usuń
    9. Jeszcze ta sila, a wlasciwie jej resztka, tkwi we mnie, ale sama zblizam sie do 70-tki, zdrowie juz nie to, wiec nie wiem, jak dam rade, a bedzie coraz trudniej. Zanim slubny nada sie do domu opieki, zdazy mnie wykonczyc.

      Usuń
    10. Jeżeli spojrzymy z dalszej perspektywy - spoza naszej emocjonalnej ego-osoby - to czego doświadczamy - jest związane z wymianą energetyczną w ramach układu jakim jest Wszechświat. Wyjasnię mój tok myślenia(?) widzenia(?) odbioru (?) tego co Jest- u siebie w kolejnych wpisach.
      Czy uzasadnienie będzie przekonujące? Każdy sam będzie sobie musiał odpowiedzieć...

      Usuń
    11. Ja mam naprawde dosc obciazony umysl, zeby sie dodatkowo zastanawiac nad wszechswiatem i wymiana energetyczna. Chce tylko przezyc kolejny dzien.

      Usuń
    12. Nie ma sprawy, czasem spojrzenie z innej perspektywy ułatwia lub zmienia nasze podejście do bieżących spraw. Powoduje ,że ,dajemy sobie luzu,,...i nie spinamy się na codzienność. Po to jest tez ta rozmowa...czy z innymi :-)

      Usuń
    13. Zaczelabys myslec za trzy dorosle osoby i zamartwiac sie o dwie mniej dorosle z czworka maloletnich oraz psem i dwoma kotami, w tym jedna 20-latka, to przeszlyby Ci checi na luzy i przemyslenia, chcialabys tak jak ja, przezyc kolejny dzien i nie zapomniec o tysiacu innych spraw do zalatwienia.

      Usuń
    14. Swoje przeżyłam.Każdy ma jakąś historię do opowiedzenia.
      Luz o którym mówię/ piszę polega na zrozumieniu/ wbiciu sobie do głowy ( poskutkowało - wskutek silnego cierpienia) że mam wpływ tylko na siebie i to co zrobię. I tyle.

      Usuń
    15. Licytacja nie ma sensu, bo każdy ma inną wrazliwość, próg bólu psycho-fiz. i wytrzymałość/cierpliwość .

      Usuń
    16. Napiszę Ci jeszcze co do mnie samej nalepiej, obok cierpienia, przemawia do rozsądnego traktowania siebie: ,,to co mam obecnie to konsekwencje moich wcześniejszych wyborów, więc przyjmij to na klatę,, -tak sobie mówię, za kazdym razem gdy mnie ,,szlak trafia,,( tu w znaczeniu: nie mam siły, jestem wkurzona itd. skrajne emocje róznego rodzaju) i na koniec ,, to tylko przejściowy stan,,. To mi pomaga w zdystansowaniu. Może cos pomoże i Tobie z naszej rozmowy.

      Usuń
    17. Przeciez przyjmuje na klate, inaczej dawno spakowalabym walizke i wyniosla sie byle dalej stad. I to nie jest stan przejsciowy, a raczej moze jest do jeszcze wiekszego piekla. Bo taka jest wlasnie ta choroba, najbardziej dotyka czlonkow rodziny, nie samego chorego.

      Usuń
  9. Zagladam w lustro jak potrzeba ale zeby mowic do niego, ze sie kocham. Hahaha. To nie dla mnie. Nie wspominam tez czy mnie kochano jako dziecko. Juz dawno nim nie jestem. Jesli mnie tylko toleruja to uwazam to za zwyciestwo, wtedy i ja siebie akceptuje z mlodzienczym tradzikiem czy ze zmarszczkami. Chetniej sie przegladam w czyichs oczach, one sa lepszym lustrem duszy i ciesze sie, ze moge to zrobic prosto, nie musze sklaniac glowy czy ja zbytnio podnosic. Wystarczy mi tak malo do szczescia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To lustro jest tylko symbolem spotkania z samym soba, nie musisz z nim gadac. Ja moge poprzegladac sie w oczach Toyki, nie mam innych, ale z nia nie pogadam.

      Usuń
  10. U mnie chyba ta puchowa pierzynka miłości, którą otulano mnie zewsząd przez pierwsze 25 lat życia zadziałała, bo często tak ni z gruszki, ni z pietruszki mówię na głos: "O, ludzie! Jaka ja jestem fajna!" i "Kocham cię" do lustra też bez oporów mówię od czasu do czasu. Popatrz jak bardzo ma wpływ na naszą samoocenę pierwsze ileś tam lat życia, ani bym nie pomyślała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja do tych wnioskow doszlam okolo 50-tki, wtedy tez napisalam do rodzicow list i wyplulam w nim wszystko, co mnie przez lata uwieralo. Nie dostalam odpowiedzi, wiec nie przerobilam tematu.
      Zazdroszcze Ci tego dziecinstwa.

      Usuń
    2. Ja sama sobie zazdroszczę. Tylko że potem przyszło w moim życiu wielkie gówno. Normalnie raj utracony.
      A, vielen Dank für Ihre Liebeserklärung 💝.

      Usuń
    3. Ooo, mowisz w tym dziwnym jezyku? :)))

      Usuń
    4. Ten język nie jest dziwny, tylko normalny. Podobnie jak rosyjski. Tylko angielski to czyste pogaństwo i używający go będą się smażyć w piekle. Niemiecki był w naszej rodzinie od zawsze, bo dziadek był z domu dwujęzyczny. Był też ukraiński, bo tato i reszta urodzili się na Ukrainie.

      Usuń
    5. I Dzieciątko od zawsze uczyło się niemieckiego, nawet maturę rozszerzoną z niemieckiego.

      Usuń
    6. *zdawało.
      A angielskiego nie cierpiało. Gena nie wydłubiesz...

      Usuń
    7. Ja nie znosze tego jezyka i zycie bym oddala, zebym mogla zyc w strefie jezyka poganskiego, ktorego uczylym sie przez cale polskie zycie.

      Usuń
    8. A ja chciałabym znać portugalski i żyć na Maderze.

      Usuń
    9. Nie chcialabym juz zyc w Europie, moim marzeniem sa Hawaje, tam islamskie pasozyty nie doplyna pontonem.

      Usuń
  11. Poszłam się dopieścić do Rossmanna i znalazłam to, na co od dawna polowałam w dobrej cenie. Pokochałam się i dostałam takie trzy gratisy, jak na Twoim zdjęciu i zastanawiam się - na cholerę mi one? Nigdy się niczym na twarzy nie okładałam, poza jednym szalonym wieczorkiem w akademiku, kiedy leżałyśmy z torebkami od herbaty, żeby zlikwidować zmarszczki... Osiemnastolatki, psiakostka. A dziś patrzę na swoje ponadsiedemdziesięcioletnie zmarszczki i jestem z nich dumna, bo uczciwie na nie zarobiłam. I ani mi się śni ich likwidować :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo rzadko bywam w Rossmannie, wole kupowac w DM, ale jest kilka rzeczy, ktorych DM nie prowadzi, wtedy jade do R. I chyba mnie ta reklama denerwuje, mysle, ze jest jakas taka sztuczna i nadeta.

      Usuń
    2. DM u mnie za daleko, żeby chciało mi się tam jechać. A reklam nie oglądam nigdzie, a Ciebie gdzie denerwują?

      Usuń
    3. A w telewizorze wciaz je nadaja, ale mam nadzieje, ze od jutra przestana, bo dzien milosci do siebie konczy sie dzisiaj. Pewnosci jednak nie ma, za telewizja nie trafisz.

      Usuń
  12. Och, nie mam z tym problemu, już nie mam. To wcale nie znaczy, że uważam się za chodzący ideał, wręcz przeciwnie, wciąż widzę w sobie wady, niedoskonałości, wiem, że nie zawsze postępuje mądrze, że popełniam błędy, ale przecież nie kocha się za coś. Kocha się mimo tych niedostatków. Ja dostałam tak potężny ładunek miłości i akceptacji od Jacka, mojego męża, że zaczęłam patrzeć na siebie zupełnie inaczej. I choć ciągle odzywają się jakieś dawne kompleksy, to mocno straciły siłę przebicia, a poza tym nauczyłam się wybaczać sobie, szczególnie dawne błędy, których już w żaden sposób nie odkręcę.
    Ciągle się tej miłości do siebie uczę, ale tak; mogę spojrzeć w lustro i powiedzieć: Kocham Cię!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak wyzej pisalam, ani rodzice, ani slubny nie okazywali mi zadnej milosci, a teraz to juz w ogole traktuja mnie przedmiotowo, wiec raczej do konca mojego marnego zywota juz sie nie doczekam. Nie stac mnie, zeby odejsc, a juz na pewno nie doczekam sie pokochania samej siebie.

      Usuń
  13. A wiesz dlaczego tak trudno nam (piszę nam bo mnie też nie łatwo) patrząc na siebie w lustrze powiedzieć "kocham cię, jesteś fajna i ładna" - ja już wiem- bo wiele z nas nie było dla swych matek i ojców "ósmym cudem świata, najpiękniejszą córeczką pod słońcem". To były czasy, w których uważano, że powiedzenie dziecku, że jest mile, ładne, mądre , zdolne itp. mogłoby mu wypaczyć charakter a poza tym nie mobilizowałoby go do zdobywania wiedzy i dbania o siebie w racjonalny ich zdaniem sposób. Racjonalny - czyli choćby dopasowywania garderoby do aktualnej mody i swojej sylwetki było wtedy nieomal grzechem. A wszystko to wtykano nam do głów w wieku, gdy umysł dziecka chłonie wszystko niczym gąbka. Zawsze słyszałam, że jestem brzydka, niezgrabna i leniwa. Ale czasami "z podsłuchu" docierało do mnie, że ani nie jestem głąbem ani jakąś maszkarą i wtedy udało mi się jednak nie wpaść do końca życia w kompleksy. Tyle tylko, że moja najbliższa rodzina bardzo wiele straciła wtedy w moich oczach i już nigdy nie słuchałam z zaufaniem tego co mówią. I dobrze, że byłam dla nich "dzieckiem z piekła rodem", nieposłusznym, pyskatym, upartym niczym muł. Z czasem nauczyłam się doceniać swoje walory, a uwagi rodziny traktowałam zgodnie z przysłowiem: "psy szczekają, a karawana idzie dalej".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak wlasnie bylo, zero wyznan, zero pochwal, a kiedy chwalilam sie, ze cos zrobilam dobrze, slyszalam, ze to niewazne, bo tak ma byc, czesciej jednak, ze moglam to zrobic lepiej. I tez wciaz slyszalam, ze jestem brzydka i gruba, a przeciez sama sie nie utuczylam, prawda? Tyle tylko, ze we mnie to zostalo.

      Usuń
  14. Przykre i smutne jest to, co napisałaś. Nie wyobrażam sobie jak to jest nie czuć miłości rodziców, nie słyszeć, że Cię kochają i wspierają... Moim rodzicom nie mogę nic zarzucić w tym względzie, ani mieć do nich żalu. Często słyszałam (od mamy nadal słyszę), że jestem kochana, chciana i więcej niż wystarczająca. Podobnie moja siostra. I o ile nie mam problemu z powiedzeniem sobie 'Kocham cię', czy to odbicia w lustrze czy ot tak po prostu, to nie zawsze siebie lubię, a są dni, w które zwyczajnie się nie znoszę.
    Szczęśliwych Walentynek:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niektorym wydaje sie, ze po prostu wypada miec dziecko, choc w gruncie rzeczy nie chca go miec, przeszkadza im ono w planach zyciowych, irytuje, bo marudzi, zadaje pytania, choruje i kosztuje. Tak wiec jest traktowane, jak jakies zlo konieczne.
      Te walentynki to bardzo smutny dla mnie dzien.

      Usuń

Zostaw slad, bedzie mi milo.

Marcowa magia

     Pierwszej marcowej nocy wrozka Przedwiosenna przycupnela zmeczona na dachu jednego z domow w niewielkim miescie uniwersyteckim. W ostat...