Translate

31 grudnia 2025

Sylwestrowo

    No i niestety nadciagnal ten najgorszy dla Toyi i wielu innych zwierzat dzien w roku, choc kanonady trwaja juz od jakiegos czasu. W Niemczech sprzedaz petard i fajerwerkow zaczyna sie wprawdzie dopiero 29 grudnia, ale wiele osob przywozi sobie tansze i mniej bezpieczne z Europy wschodniej. W ostatnich dniach duzo sie slyszalo o przejeciu na granicy nielegalnych transportow materialow pirotechnicznych i nie sa to jakies pojedyncze przypadki, ale te zarekwirowane rzeczy mierzy sie w tonach. Cale szczescie, ze teraz na granicach jest wiecej kontroli i sa one dokladniejsze, z bagaznikami wlacznie, wiec sporo kontrabandy udalo sie przejac. Od lat trwaja dyskusje na temat zakazu uzywania petard hukowych i ogolnie wszystkiego, co zagraza ekosystemowi i zyjacym w nim zwierzetom. Bo przeciez nie chodzi jedynie o zwierzaki domowe, psy czy koty, ale w okresie sylwestrowym ginie mnostwo zwierzat dzikich i ptakow, ale kretynom, szczegolnie tym kolorowym pomiotom najezdzcow jest wszystko jedno. Im przeszkadza wszystko, co wiaze sie z kultura zachodu, jego zwyczajami, religia, a politycy poddanczo zmieniaja nazwy np. jakrmarkow bozonarodzeniowych na zimowe, zeby ich czasem nie urazic. A dla nich, im wiecej zwierzat zginie (psom rzucaja pod lapki specjalnie petardy), im wiecej pozarow spowoduja rakietami, im wiecej choinek zniszcza, zdewastuja szopek, kosciolow, swietych figur, tym sa szczesliwsi, bo maja plusy u swojego boga za niszczenie wszystkiego, co nie jest halal. 
   Ja zdaje sobie sprawe, ze dla mnie ten nadchodzacy rok bedzie wielkim wyzwaniem, zarowno pod wzgledem zdrowotnym, relacjami rodzinnymi, ale glownie politycznie - bedzie zle i jeszcze gorzej. Takie szykany, jakie na nas szykuja, zeby moc przyjmowac jeszcze wiecej pasozytow dojacych system socjalny Niemiec, nie mieszcza sie normalnemu czlowiekowi w glowie. Wiek emerytalny ma byc podniesiony do 70 lat, wiele podatkow i akcyz drastycznie podwyzszonych, wlacznie z wywlaszczaniem wlascicieli nieruchomosci, jesli panstwo uzna, ze na jedna osobe przypada zbyt duza przestrzen mieszkalna. Tak, w Polsce powojennej juz tak wlasnie robiono, moj pradziadek zostal wyrzucony z domu, ktory sam budowal, bez prawa zamieszkania. Tylko ze jemu wpuscili do budynku Polakow, nie muzulmanow, ale to jedno licho, ktos przejal bezprawnie jego krwawice. Podobnie dzieje sie z cenzura, zupelnie jak za Stalina i Bieruta, naduzywany jest paragraf 188 dotyczacy znieslawienia osob publicznych czyli "obrazy majestatu" pana/pani dyktator. Wiele osob doswiadczylo porannej wizyty strozow prawa i odebrania roznych nosnikow. Za to cenzura hula po fejzbukach, a X obciaza sie wielomilionowymi karami za to, ze nie chce poddac sie unijnej cenzurze.
   Bardzo kibicuje europejskim rolnikom, ktorych chca udupic unijni bonzowie, ktorzy byc moze wzieli troche na ksiazeczke SKO, zeby podpisac ten krzywdzacy rolnikow i rolnictwo Merkosur. Przemysl juz zdolali zniszczyc, energetyke jadrowa wysadzili w powietrze, doslownie, ale nie brzydza sie brac energii jadrowej od Francji, choc placic musza znacznie wiecej. Niech mi kto powie, ze to nie jest sabotaz. 
   Niemcy gremialnie emigruja i nie sa to niedouczeni analfabeci, ktorych dostajemy wzamian na ich miejsce, a ktorzy potrafia sie jedynie parzyc jak karaluchy i powolywac na swiat jednakowo niedouczonych, za to religijnie fanatycznych islamistow. Wyjezdzaja ludzie wyksztalceni, ktorzy nie chca byc okradani we wlasnym panstwie przez migrantow i rzad, nie chca ryzykowac zycia i zdrowia wlasnej rodziny i pracowac do smierci.
   No coz, Wam jednak zycze lepszego nowego roku, w Polsce zrobilo sie stabilnie, bezpiecznie, rzad chwilowo nie wyraza zgody na przyjmowanie muzulmanskich terrorystow, a ci, ktorzy juz tam sa, nie maja specjalnych praw jak tutaj. Niech Wam sie darzy!





29 grudnia 2025

Nikt nie rodzi sie morderca

   Nie moge przestac myslec o morderstwie z Jeleniej Gory, gdzie dziecko zabilo drugie dziecko, do tego dziewczynka dziewczynke. A przeciez to chlopcy sa na ogol bardziej wyrywni do bójek, szybciej  reaguja, niz pomysla. Nie daje mi spokoju mysl, ze za tzw. moich czasow takie przypadki nie mialy miejsca. A moze mialy, tylko internetu nie bylo i nie moglismy sie o tym dowiadywac? Teraz dosc czesto czyta sie o przypadkach, przy ktorych wlosy staja na glowie na sztorc. 
   Nie chce uogolniac, ze dzisiejsza mlodziez to... a my to niby bylismy aniolkami, jednak mimo roznych urwipolci i lobuziakow w klasie, nawet bojki nie byly niebezpieczne, rzadko konczyly sie krwawo, no chyba ze jeden z uczestnikow trafil drugiego w nos. Dzisiaj, kiedy wokol bijacych sie dzieciakow stoja w kóleczku inne dzieciaki z telefonami i kreca filmy, mam wrazenie, ze uczestnicy bojek chca wykazac sie jak najlepsza "skutecznoscia", popisac umiejetnosciami sztuk walki i pokazac wlasna brutalnosc. To jest szczegolnie zauwazalne wsrod dzieci migrantow, ktore w domach wciaz slysza pogardliwe wypowiedzi na temat swiata zachodniego, religii, kultury, systemu szkolnictwa, prawa, ktorego nie musza przestrzegac, bo sa w wieku, kiedy nie mozna ich za nic skazac, wiec czuja sie absolutnie bezkarni. Pozniej czytamy, ze dwoch 10-latkow zgwalcilo 11-latka na wycieczce szkolnej, ze znow dziecko znecalo sie nad innym dzieckiem, torturowalo je albo zabilo. Mimo rosnacej zlosci, rosnie bezsilnosc, bo w Niemczech granica wiekowa podlegania wymiarowi sprawiedliwosci jest 14 lat, dlatego m.in. wielu "uchodzcow", z wygladu 40-latkow, podawalo date urodzenia, zeby miec tych lat 13. Nie wspomne juz, ze okreslenie wieku czlowieka jest dosc proste na podstawie chocby uzebienia, moze nie co do roku, ale potrafiloby odroznic 40-latka od nastolatka, ale politycy wymyslili, ze to bedzie niehumanitarne i trzeba tym bandytom wierzyc na slowo, kiedy podaja date urodzenia. Az mnie skreca od srodka na mysl, z jaka pogarda ci przestepcy musieli myslec o idiotach z niemieckich urzedow.
   Nie chce tu niczego uogolniac i twierdzic, ze dzisiejsze dzieci sa gorsze od nas w ich wieku, nie. One sa inne, na pewno madrzejsze, bardziej uswiadomione, wiedzace znacznie wiecej, a czesc z nich niestety ma dostep do tresci dla dzieci nie przeznaczonych. Przykladem niech beda tiktokowe czelendze, pól biedy, jesli polegaja na zjedzeniu lyzeczki cynamonu, choc mozna sie tym zadlawic na smierc, ale slyszalam o takich, ktorych wykonanie jest niebezpieczne dla zdrowia i zycia, albo o grupowym zmuszaniu do autodestrukcji, z odbieraniem sobie zycia wlacznie. 
   Dzisiejszy swiat wyglada inaczej niz ten, w ktorym zylismy bedac dziecmi. Wtedy domy wielopokoleniowe nie byly rzadkoscia i najczesciej wystarczalo, kiedy pracowal wylacznie ojciec, a matka zajmowala sie domem i dziecmi. Dzisiaj oboje rodzice musza pracowac, zeby wystarczalo na zycie, a bardzo czesto matki wychowuja dzieci samotnie. Nie ma wiec czasu na dlugie rozmowy i przekazywanie dziecku wartosci, ktorymi powinno sie kierowac w zyciu. Nie wspomne juz o roszczeniowych "madkach", ktore ucza dzieci przede wszystkim cwaniactwa, a nie ciezkiej uczciwej pracy. Widze po moich corkach, jak walcza o utrzymanie sie na powierzchni, w drodze z pracy szybkie zakupy, odbior dzieci ze szkoly czy przedszkola, w domu krzatanina z gotowaniem, praniem, sprzataniem i juz jest wieczor, pora dla dzieci do lozek. A i tak corki zarywaja noce, bo wiele moga robic, kiedy dzieci juz spia. Gdzie tu czas na bycie razem i rozmowy? Ja ich nie usprawiedliwiam, bo mimo przeciwienstw musza byc dla tych dzieci osiagalne w kazdej chwili, ale rozumiem ze sa przeciazone obowiazkami, dlatego czesto pomagam, biore dzieci, zeby mogly choc pobyc same i zebrac mysli. Dzieci nie sa zaniedbane, ale na pewno wymagalyby wiecej czasu z matkami. Zoska na przyklad miewa ataki zlosci, ktore na razie objawiaja sie placzem, na ktory ja akurat zupelnie nie reaguje, jak sie wyplacze, to moge z nia od nowa gadac. Ale nie jest do dobry objaw, dziecko nie umie inaczej wyrazic niezadowolenia, oby sie to nie przeistoczylo w agresje w pozniejszym wieku. Chwilowo staramy sie chronic dzieci od mediow, ale na dluzsza mete jest to niewykonalne. Zdarza sie czasem, ze potrzebujemy cos zrobic, a dzieci przeszkadzaja, rozwiazaniem jest wlaczenie im bajek w telewizji, nie naduzywamy tego, ale zdarza sie. Powoli dzieci oswajaja sie z technika, umieja same sobie wlaczac filmy, korzystaja ze smartfonow kolegow w szkole, ogladaja to, czego ogladac nie powinny. Niby Australia zakazala mediow spolecznosciowych do 16 roku zycia, ale zastanawia mnie, jak zweryfikuja wiek korzystajacych z tych mediow dzieci. Rozumiem, ze taki berbec nie zalozy juz sobie konta na fejzbuku czy tiktoku, ale obejrzy wszystko, co chce z cudzego. 
   No i jeszcze znaczaca role odgrywaja czynniki spoleczne i ekonomiczne, w jakich wychowuje sie dzieci. W spolecznosciach z wysoka przestepczoscia i ubóstwem, ryzyko wzrasta. W Niemczech przestepstwa zwiazane z migrantami, w tym maloletnimi, podkreslaja problemy ich integracji, choc nie usprawiedliwiaja zla. 
   Badania naukowe wykazuja, ze u dzieci do 14 roku zycia ich mózg nie jest w pelni rozwiniety i impulsywnosc przewaza nad empatia, wiec glosy optujace za obnizeniem wieku odpowiedzialnosci karnej dla dzieci do lat 12, niespecjalnie wniosa jakakolwiek poprawe, choc z drugiej strony pelna bezkarnosc 14-latka po chocby najbrutalniejszym przestepstwie tez nie poprawi sytuacji. 
   A poniewaz jest jak jest i nie zanosi sie, ze bedzie lepiej, moze szkoly powinny zatrudniac na etatach psychologow, moze na lekcjach wychowawczych wiecej powinno sie poruszac pewne tematy i nie pytac debilnych rodzicow, czy chca, zeby dziecie uczestniczylo w edukacji zdrowotnej, tylko ja po prostu wprowadzic, zas religie wyrzucic do salek katechetycznych, zeby dzieciom niepotrzebnie zasmiecala umysly i nie udawala, ze nalezy do edukacji.

27 grudnia 2025

Placzliwie

    Dzien wigilii jakos od rana dzialal na mnie dolujaco, bez zadnego powodu, o tak, obudzilam sie z oczami w bardzo mokrym miejscu. Jak zwykle rano zrobilam makijaz, ktory po jakims czasie musialam zmyc, bo sie rozmazal. Najpierw rozczulil mnie mail od Tereski Australijskiej, ale tresci nie moge i nie chce przytaczac, potem przeczytalam cos na jakims blogu, wiec jeszcze bardziej mi sie rzewnie porobilo, a potem dostalam wiadomosc od corki, u ktorej miala sie odbywac wigilia, ze w nocy Junior paskudnie zachorowal, dostal takich torsji, ze prac trzeba bylo nie tylko poszewki, ale i poduszke, i koldre i wstawiac pod prysznic calego Juniora, bo orzygany byl po wlosy. Corka pol nocy spedzila na pilnowaniu prania, zeby od razu moc wstawic wszystko do suszarki, a przez caly czas modlila sie zarliwie, zeby Junior nie polecial na jej lozko z trescia zoladkowa. Byla niewyspana, zla i pelna obaw, ze kiedy przyjda dzieci sredniej, to podlapia te jelitowke, zreszta gdzie goscie przy tak chorym dziecku. Kiedy wiec srednia zadzwonila z glupim pytaniem, co teraz (dlaczego wlasnie do mnie? dlaczego znow ja musze o wszystkim decydowac?), juz nie moglam sie powstrzymac i dostalam spazmow. Bo wyobrazilam sobie, ze bede musiala przewozic znow wszystkie te prezenty do sredniej, ona przeciez nie ma auta, a najmlodsza nie bedzie mogla, bo dziecko chore. Najstarsza odsypiala noc w pracy, a przed nia byl kolejny nocny dyzur w szpitalu, wiec tez odpadla. Srednia wystraszyla sie, ze opoka okazala sie mientka jak niepowiemco i zaczela mnie pocieszac. A wlasnie mialam jechac do najmlodszej z jedzeniem, bo pozniej majac do obsluzenia mame i noszenia po schodach jej rolatora, nie dalabym rady tachac jeszcze toreb z jedzeniem. Zadajecie sobie pewnie pytanie, czy slubny by nie mogl. No nie, na niego nie mam co juz liczyc, on nawet wlasnych kapci z samochodu zapomnial i poszedl, a ja latalam w kolko, wyciagalam rolator z bagaznika, mame z auta, pilnowalam, asekurowalam, zamykalam samochod i nioslam jego kapcie.  Corka zdziwiona niepomiernie zaczela mi tlumaczyc, ze tata jest przeciez chory, a mnie pekla tama i tylko spytalam, czy jej sie wydaje, ze ja jestem zdrowa. I naprawde bylam o krok przed wyjsciem z domu, wsiasciem w auto i pojechaniem w pizdu. Szlochalam przy tym tak, ze mowic nie moglam. Corka obiecala, ze zadzwoni pozniej, zebym wziela sobie kapiel i sie uspokoila. 
   Za jakis czas zadzwonila najmlodsza z informacja, ze Juniorowi jest lepiej i ze swietujemy wedlug planu u niej. No to kamien spadl mi z serca, umalowalam sie od nowa, ale niestety do wieczora szczypaly mnie oczy i mialam je tak podkrazone, jakby mi kto przywalil. Zawiozlam jej jedzenie i wrocilam do domu sie przebrac.
   Sama wigilia przebiegla w dosc przyjemnej atmosferze, Junior spal, kiedy przyszlismy i ten sen go postawil na nogi. W koncu przyszedl czas powrotu, poprosilam Gucia, zeby zajal sie naszymi torbami z prezentami i popakowanym jedzeniem, ja zajelam sie mama i jej rolatorem, slubny z trudem opanowal Toye, ktora oczywiscie byla tam z nami. Zajezdzamy w nasza uliczke, a tam wszystkie miejsca zajete, mowie wiec, ze tu ich wysadze i pojade szukac miejsca do zaparkowania, bo moze byc daleko, wiec zeby nie musieli taki kawal chodzic, zwlaszcza mama. Slubny otworzyl drzwi od klatki schodowej, wzial torby z jedzeniem, potem zajal sie asekurowaniem mamy po tych kilku stopniach. Ja pojechalam i rzeczywiscie dosc daleko znalazlam miejsce do zaparkowania. Dochodze do domu, a tam oboje stoja pod drzwiami od mieszkania, bo slubny nagle nie ma kluczy i nie ma czym otworzyc. Latamy, szukamy, mama ledwie stoi, nigdzie tych kluczy nie ma. Ten geniusz wymyslil, ze na pewno zostaly w samochodzie i gdzie ja stoje, to on pojdzie sprawdzic. Tlumacze, ze nie mogly zostac w samochodzie, bo otworzyl nimi drzwi od klatki schodowej, podczas gdy moje tkwily w stacyjce, a motor pracowal, wiec nie mogly w tym czasie otwierac niczego innego. On juz jednak lecial szukac, nie majac kluczy, w tym kluczyka od auta, a ja mu swoich nie dalam, wiec nie wiem, jak chcial je otworzyc. I po co, skoro mu wytlumaczylam, ze w aucie ich nie mogl zostawic. Zaczelam wypakowywac jedzenie, zeby je wsadzic do lodowki, a ten gdzies polazl. Bez kluczy. Nic nie przemawialo, ze to bez sensu. Nagle znalazlam te jego klucze w torbie z jedzeniem, musial je tam wrzucic, kiedy pomagal mamie wchodzic.
   Ja naprawde nie wyobrazam sobie, jak bedzie dalej, skoro juz teraz odbywaja sie takie cyrki. U corki wciaz szukal papierosow i zapalniczki, wszystko gdzies zostawia i nie pamieta. Strach sie bac. 

25 grudnia 2025

Przedswiateczny armagiedon

    Swieta sobie radosnie trwaja, mam nadzieje, ze wigilia przebiegla u wszystkich bezproblemowo, gastrycznie i politycznie, rodzinnie i prezentowo, a przed kolejna orgia obzarstwa znajdziecie czas na poczytanie mojego traumatycznego wspomnienia sprzed kilku dni, kiedy to dokonywalam zakupow.
   W normalnym cyklu kupuje we wtorki na caly tydzien i tak mialam zrobic i tym razem, ale corka obudzila mnie z letargu, ze we wtorek bedzie jeszcze gorzej niz w poniedzialek, wiec po pracy wpadlam do domu po liste zakupow, a potem chcialam byc sprytna i ominac kolejke na skret w lewo do sklepowego parkingu i podjechac do niego od tylu, tam kiedys byl przejazd taka mala uliczka. Juz bylam w ogrodku... kiedy mi przed maska auta wyrosly slupki w poprzek tejze uliczki. Musialam zawrocic i stac na tym lewoskrecie przez trzy swiatla. W koncu wjechalam na parking, a tam nie tylko wszystkie miejsca zajete, to jeszcze mnogo kierowcow jezdzacych w kolko i polujacych na zwalniajace sie luki parkingowe. Wiec i ja do nich dolaczylam i jak ten rekin ze Szczek wyszczerzylam zeby i strzalalam oczami w poszukiwaniu ofiary miejsca, nucac pod nosem motyw przewodni atakujacego rekina.


   I nagle...!!! Ktos wyjezdza, a ja katem oka widze innego kandydata na to miejsce, wiec spinam poslady, szczerze zeby, zeby go wystraszyc... na szczescie ten wyjezdzajacy wykrecil w jego strone, czym go na chwile zablokowal... ja myk !!! i juz jestem na miejscu, tamtem zlorzeczy i trabi klaksonem, mnie trzesa sie nogi z emocji, ale zakotwiczylam!!! I nawet wolny wozek dopadlam.
   W srodku tlum i kotlowisko. Nie wiem, czy wszyscy nagle wzieli sobie do serca te idiotyczna propagande, ktorej pelno w polskiej telewizji o wzorcowych zachowaniach w razie alarmu wojennego, a u nas gdzies tam czasem o tym wspomna, ze warto miec zapas wody i radio na korbke (mam), czy przyczyna lezy w wyscigu o wykupienie calego asortymentu, bo przez dwa dni sklepy beda zamkniete, ale tu zawsze tak jest. Balansuje wiec wozkiem, co wcale nie jest latwe, zwazywszy obecnosc miliona innych wozkow i biliona oszalalych ich napelniaczy, ale jakos daje rade. Nagle... nie ma wloszczyzny! Pytam zatem pania rozpakowujaca z wozka i uzupelniajaca na stoisku jakies inne warzywa, a ona, ze zaraz mi przyniesie z zaplecza. Naprawde bylo mi jej szkoda, bo poruszala sie biegiem. Pozniej zauwazylam wielu innych takich pomagierow donoszacych z zaplecza wykupione na stoiskach artykuly. 
   Dotarlam do miesa. Czesc poporcjowanych miesiw jest w gablotach chlodniczych, ale nie wszystkie, wiec specjalne zyczenia zalatwiane sa przez ekspedientow. Zeby byl porzadek, ciagnie sie numerki, ktore potem wyswietlaja sie na ekranach, a klient podchodzi do lady. Lada jest dlugasna, ekspedientow kilkunastu i gdyby nie te numerki, bylby balagan i kilka kolejek, a tak jest jedna. Ciagne numerek - 66. Patrze na ekran - 37. Polazlam wiec pakowac do wózka inne zakupy, bo czasu mam sporo, zalatwilam wszystko z listy. Oblecialam nabial, kupilam ser na sernik, gotowe surowe ciasto drozdzowe na makowiec, mleko i inne drobiazgi, ziarna dla ptakow, bo dokarmiam, slodycze i wszystko inne z listy zakupow. Wracam na mieso - 57 jest obslugiwany, wiec czekam, ale dwoje klientow wypadlo, wiec poszlo szybko. Prosze o schab, o duzy kawalek, wprawdzie w gablocie przy kontuarze byly kawalki, ale cienkie, prosze o grubszy, wiec facet leci na zaplecze i przynosi mi takiego giganta blisko 5-kilogramowego. Poprosilam o polowe, mam na sznycle na dwa obiady, a reszte nadzialam sliwkami suszonymi i upieklam. Boszszsz... jaki pyszny wyszedl!
   Kiedy jeszcze bylam w sklepie, dopadla mnie telefonicznie najmlodsza, z prosba, zebym kupila dla Zoski pieluchy, skoro jestem w poblizu drogerii, wiec najpierw odstalam pol godziny w kolejce do kasy w supermarkecie, a potem drugi raz, ale juz krocej, w drogerii. W trzeciej kolejce do wyjazdu z parkingu, odkiblowalam juz siedzac w aucie. 
   A po obiedzie upieklam ciasto dla P. zeby mial w domu na swieta. Wigilie spedzi z nami, dostanie jak kazdy jedzenie na droge w pudelku po lodach (zbieralam te pudelka przez cale lato, zeby miec w co dawac po wigilii). 
   Ten dzien kosztowal mnie pol zdrowia, jednak cale szczescie, ze poszlam za rada dziecka i zrobilam zakupy dzien wczesniej, bo zakupów we wtorek raczej bym nie przezyla w ogole. Mialam we wtorek za to wiecej czasu po pracy na pieczenie dwoch ciast, siekanie industrialnych ilosci salatki warzywnej w misce od noguf, przygotowanie ryby po grecku i sledzi. 
   Wigilia o malo nie doszla do skutku, bo Junior sie pochorowal, dostal w nocy jelitowki, wymiotowal tak intensywnie, ze corka musiala wstawiac w nocy prania i suszenia, ale tez kapac samego Juniora. Na szczescie do kolacji wigilijnej poczul sie lepiej, a kiedy przyszedl czas prezentowy, prawie calkiem wyzdrowial.



   Jutro zas zaprosila mnie corka dziadka, a pozniej mamy zarezerwowana restauracje, jak w kazde swieta, zeby znow spedzic czas razem, a nie musiec gotowac i sprzatac po gosciach. A jak tam u Was?

23 grudnia 2025

Dlaczego

    Podczas scrollowania fejzbuka czesto natykam sie na stare swiateczne zdjecia i westchnienia za czasem minionym, ze kiedys to bylo moze biedniej, ale inaczej, lepiej niz dzisiaj. Ze choinka nie miala tak wypasionego wygladu jak dzisiejsze drzewka, okna nie jarzyly sie swiatecznymi dekoracjami, ulice raczej pograzone byly w ciemnosci, zadnych swiatecznych dekoracji czy neonów, a na wystawach sklepowych pojedyncze bombki, a i to dopiero od polowy grudnia. Wystawanie w kolejkach po wszystko, niczego sie nie kupowalo, wiekszosc "zalatwialo", a kiedy juz czlowiekowi udalo sie cos upolowac, bylo chowane, zeby dotrwalo do swiat, czyniac je bardziej uroczystymi przy czekoladzie zamiast wyrobie czekoladopodobnym. Prezenty dostawalismy jako dzieci raczej praktyczne, nie zasypywano nas zabawkami, bo ich wybor byl w sklepach raczej niewielki, a rodzice nie mieli zwyczaju zastawiac sie i brac pozyczek na wyprawienie swiat. 
   A mimo to wszyscy czekalismy na te swieta jak na gwiazdke z nieba. Panie domu mialy roboty po kokarde, najpierw musialy wystac w kolejkach, pozniej odstac przy kuchni z przygotowywaniem pracochlonnych potraw, przestawiac meble i organizowac miejsce dla wszystkich czlonkow rodziny, nierzadko pozyczac krzesla od sasiadow. Ale bylo jeszcze cos, swiateczny program w telewizji, swietne bajki dla dzieciakow od rana, rzadkie (bo drogie) dobre filmy dla starszych, na tych dwoch dostepnych programach serwowano nam na co dzien propagandowa sieczke i pouczajace filmy naszych braci zza wschodniej granicy, wiec swieta jawily nam sie jak wycieczka do Hollywood z wizyta w Disneylandzie jednoczesnie. 
   Byla atmosfera, bylo inaczej. Moze te wspomnienia sa takie cieple, bo bylismy mlodzi i zdrowsi, a moze wtedy wszyscy ludzie byli inni, lepsi, a swiat mimo zimnej wojny jakis bezpieczniejszy.  Swieta mialy tez inne znaczenie, byly bardziej duchowe niz komercyjne, dlugo siedzialo sie przy stole, spiewalo razem koledy, na choince plonely swieczki, obok na wszelki wypadek stalo wiadro z woda. Dzisiaj gora prezentow jest wyzsza od samej choinki, juz nie przygotowuje sie wylacznie tych 12 potraw wigilijnych, bo czesc z uczestnikow nie lubi, wiec po co, do menu weszly jakies nowe wynalazki, koledy leca w radiu, rzadko spiewa sie je przy stole, a dzieci nastawione sa glownie na prezenty i maja gdzies, ze sie Jezusek narodzil, bo chowane sa z daleka od kosciola. 
   Przypomne jeszcze wiersz, ktory kiedys popelnilam z okazji swiat KLIK TUTAJ. Nic nie stracil na aktualnosci do dzisiaj.

No dobra, pomoglam naturze, zeby Was nie straszyc.


   A ja zycze Wam wszystkim, Waszym rodzinom i zwierzakom spokojnych swiat i zelaznego zdrowia w nowym roku, bo z wlasnego doswiadczenia wiem, co znaczy powoli je tracic, poddawac sie ograniczeniom i nie moc zyc jak wczesniej.

   No i nieodmiennie:


Chyba wszyscy wiom, co jest grane, ale dla ulatwienia dodam, ze nie jest to ilustracja "Jezus Pan".


21 grudnia 2025

Prace reczne

    Tak to sie nazywalo za moich czasow w szkole, pozniej przechrzcili to na zajecia praktyczno-techniczne, ale jak zwal, mnie niejednokrotnie w zyciu pomogly umiejetnosci nabyte podczas tych wlasnie lekcji. Nawet nie tak dawno zepsul mi sie wlacznik do lampki biurkowej, a ze sama lampka mocno mi pasowala i dzialala bez zarzutu, szkoda bylo ja wywalic. Kupilam wiec te zepsuta czesc i calkiem sama zainstalowalam na kabelku. Musialam wprawdzie dwa razy poprawiac, czyli rozkrecac od nowa i umieszczac glebiej pozbawione plastikowej oslonki druciki kabla, bo mi to gole wystawalo poza wlacznik, ale w koncu osiagnelam, co chcialam i nie doszlo do zwarcia. Kiedy po remoncie w kuchni i zmianie koloru scian, zmienialam rowniez lampe sufitowa, slubny oznajmil mi, ze nie da sie jej podlaczyc, bo costam. Wylaczylam wiec bezpieczniki, wlazlam na drabine i podlaczylam lampe sufitowa do kostki sama. Bo to zadna filozofia, a pewne zasady bezpieczenstwa mialam w glowie wlasnie jeszcze ze szkoly. Uczono nas roznych bardzo przydatnych rzeczy, oprawialismy ksiazki, robilismy dekoracyjne pudelka z zamykanymi wieczkami, karmniki dla ptakow, szylismy jakies latwe rzeczy (np. worki na kapcie), ktore pozniej haftowalismy naszymi monogramami czy tam innymi obrazkami, dziergalismy szaliki na drutach czy berety szydelkiem, cerowalismy welniane skarpety, rzezbilismy w drewnie figury szachowe i wlasnie wykonywalismy proste prace elektryczne. Przenigdy w zyciu nie udalo mi sie skorzystac z wiedzy matematycznej, tych sinusow i tangensow, calek i pitagorasow, ale wielokrotnie korzystalam z umiejetnosci nabytych na lekcjach prac recznych. 
   No a przed swietami tworzylismy rozne cudenka, a przy okazji, kiedy szukalam
odpowiedniego zdjecia, dopiero teraz dowiedzialam sie, ze gwiazdki, ktore produkowalam tasmowo z paskow papieru, nazywaja sie gwiazdkami Froebla. Szukalam wiec informacji o tym Froeblu, bo gdzies z tylu glowy latala mi freblówka. I tenze Froebel wymyslal dla przedszkolakow rozne zajecia, m.in. robienie gwiazdek z papieru, takich, jakie dobrze znamy, ale o ktorych nie wiedzielismy, ze sa gwiazdkami Froebla. 
Kleilismy tez kilometry lancuchow choinkowych z kolorowego papieru, zmudna to byla robota, ale lancuchy wygladaly na choince naprawde imponujaco. Produkowalismy tez rozne ozdoby choinkowe z... makaronu o roznych ksztaltach, a po pomalowaniu aniolka czy innego wisiorka na zloto, nikt by sie nie domyslil, ze to zwykle prozaiczne kluchy. Te robione
przez nas ozdóbki na choinki byly dosc ulotne, gniotly sie i deformowaly podczas przechowywania, a makaronowe aniolki lamaly, wiec wlasciwie co roku potrzebne byly nowe. Byla to praca sezonowa w pelnym tego slowa znaczeniu 😏 Lubilam te zajecia, to bylo cos jak darcie pierza na wsiach, wykonywalo sie ze czynnosci automatycznie, gadalo przy tym i zartowalo, czas uplywal szybciej. Z jaka duma pozniej przynosilo sie te nasze wytwory, wieszalo sie na choince, a one nierzadko bardziej ja szpecily niz zdobily, ale nikt z rodziny nie smial krytykowac. Czy teraz jeszcze klei sie takie lancuchy? Czy wiesza sie na choince cukierki, pomalowane orzechy i jablka w lukrze? Czy juz tylko chinski plastikowy badziew? Bo wyglada lepiej od krzywo sklejonego lancucha wytworzonego malymi dzieciecymi lapkami?

Zdjecia wylapane z czelusci internetow, ale takie same ozdóbki robilismy w szkole.

19 grudnia 2025

Lecz kiedy jej ni ma, samotnys jak pies...

    Jestem, jak to mowia w jezyku kraju, w ktorym osiadlam, Fels in der Brandung, co w doslownym tlumaczeniu znaczy "skala w przybrzeznych falach", jest to niemiecki idiom oznaczajacy osobe (albo rzecz), ktora ofiaruje stabilnosc, wsparcie i niezawodnosc w trudnych czasach, jest niezastapiona i emanuje staloscia - innymi slowy ktos, kto jest niezachwiany, niezawodny i stanowi mocne oparcie, ktorego mozna sie uchwycic. Pewnie duzo w tym mojej wlasnej winy, bo ja lubie pomagac, ale  czasem mam wrazenie, ze jestem naduzywana. Na cale swoje wlasne szczescie cwicze pilnie asertywnosc i nauczylam sie odmawiac, ostatnio podczas przeprowadzki dziadka i opieki nad nim po operacji, w koncu sa tu specjalne sluzby zajmujace sie tym zawodowo, wiec calkiem bez opieki nie zostal.
   Trudno jednak odmawiac wlasnej rodzinie, zwlaszcza kiedy wszystko sie wali osobie proszacej, wiec mimo, ze nie masz czasu ani ochoty, to jedziesz. Tak bylo kilka dni temu, kiedy mama chocholow przymusowo siedziala w domu, bo Junior okrutnie zachorowal dzien wczesniej i musiala go pilnie odbierac z przedszkola. Nigdy wczesniej nie widzialam go w takim stanie, lezal i ani sie ruszyl, nie jadl, nie chcial pic, wstawac nie mogl. A corka jest takim typem, ze nie usiedzi, wiec skoro i tak musiala siedziec w chalupie, to wziela sie za skladanie kupionych ze mna w IKEA regalow, regalikow i innych cudow-wiankow. Tyle tylko, ze musiala sie pozbyc pozyczonych od siostry kallaxów, kazdy czteroelementowy, z tym ze jeden skrecony w pionie 4:1, a drugi 2:2. Ja bylam potrzebna, zeby razem z corka spakowac te regaly do dwoch samochodow i odwiezc do sredniej. No ale... Junior chory byl w domu, a Zoska jeszcze w przedszkolu, wiec jedna z nas musiala zostac z dziecmi. 
   Najpierw probowalysmy zaladowac ten 4:1 do mojego auta, gdzie wprawdzie zlozylam tylne siedzenia, ale moje auto jest 4-drzwiowe, a regal byl za szeroki, nie dalo sie go wsunac przez bagaznik. Auto corki jest 5-drzwiowe, wiec tam regal pasowal. Zamiana rol, ja pojechalam po Zoske i zostalam z dziecmi w domu, corka pojechala do siostry z tym jednym regalem, bo drugi juz sie nie zmiescil. Kiedy ona wrocila, zapakowalysmy ten regal w kwadracie do mojego auta, wprawdzie bagaznik nie chcial sie zamknac, ale unieruchomilam go takimi gumami z haczykami na koncu. Troche bujal sie na nierownosciach, ale sie nie otworzyl. Kiedy dotarlam do sredniej, poprosila mnie, zebym pojechala z nia do paczkomatu, bo ma awizo. Co mialam robic, pojechalysmy, ale jak sie okazalo - na darmo, bo paczki nie bylo, mimo ze miala tam byc juz od 10.00, a byla 16.00. No to odwiozlam dziecko i w koncu moglam pojechac do domu.
   Z planowanej góra godzinki na przewoz tych regalow, zrobilo sie kilka godzin prob wpakowania tych niby malych regalow do aut, odbierania Zoski z przedszkola, pilnowania padlego od goraczki Juniora, wymontowania z auta corki fotelikow dla dzieci, zeby zrobic miejsce na mebel, wynoszenia ich do domu, a potem z powrotem instalowanie w aucie, kombinowanie z ta guma, zebym ja nie musiala jechac z otwartym bagaznikiem, ten paczkomat - wszystko trwalo w nieskonczonosc. Okrutnie mnie to wykonczylo, cale popoludnie w dupie, a mialam inne plany. 
   Cale szczescie, ze zdazylam juz popakowac wszystkie prezenty i corka chwilowo zadolowala karton z nimi u siebie w piwnicy, przyniesie go cichcem pod choinke, kiedy dzieci beda spaly. Telewizor, ktory kupilam starszym wnukom zawiozlam juz do sredniej corki, a oni pod choinka znajda jego zdjecie w kopercie. Zeby corka nie musiala jezdzic z tym telewizorem w te i nazad. I tak bede miala w wigilie uzywanie, bo trzeba bedzie zabrac pojemniki z jedzeniem, ktore ja mam przygotowac, zadbac o mame z rolatorem, bo na slubnego to ja nie mam co liczyc. Gdybym ja nie byla tak dobrze zorganizowana, to nie wiem, jak by to wszystko wygladalo.

17 grudnia 2025

Barykady nie pomoga

    Pisalam juz wczesniej o barykadach, jakie stawia sie dokola terenu, na ktorym odbywaja sie swiateczne jarmarki. W niektorych miastach, gdzie zagrozenie mogloby byc wieksze, jarmarkow pilnuja uzbrojeni policjanci obok cywilnych ochroniarzy. Nie powstrzymuje to jednak bezczelnych propalestynskich pochodow do przemarszow srodkiem jarmarkow, ryczenia o wielkosci tego ich allaha (celowo mala litera) i zaklocania Niemcom pobytu. Oczywiscie takie demonstracje sa nielegalne, ale ich uczestnikow niewiele to interesuje, co sie nakrzycza to ich, zanim policja rozgoni ich palami. W Niemczech demonstracje sa legalne jedynie wtedy, kiedy sa wczesniej meldowane i zezwalane, a nie sadze, ze gminy wydalyby pozwolenie na przemarsze po terenie jarmarkow swiatecznych. 
   To tzw. ostatnie pokolenie, te bezmózgi przyklejajace sie dupami do asfaltu, niszczace eksponaty w muzeach, zaklocajace prace lotniska i niszczace samoloty, teraz zabralo sie do spryskiwania ohydna pomaranczowa farba choinek wystawianych w galeriach handlowych. Glowy nie dam, ze byly to wszystkie choinki zywe, wiele sklepow stawia na plastikowe, w kazdym razie po takiej akcji nie nadaja sie do ponownego uzycia. Na szczescie wymiar sprawiedliwosci zaczal traktowac tych idiotow jak na to zasluguja i za zadyme na hamburskim lotnisku, kiedy zaklocali odloty i przyloty wielu samolotow rejsowych, zostali wreszcie skazani na wysokie grzywny, a jesli nie bedzie z czego zaplacic, to czeka ich odsiadka.
   Ale wracajac do jarmarkow. Betonowe barykady powstrzymaja wprawdzie pojazdy, ktore ewentualnie chcialyby wjezdzac w tlum, jak swego czasu w Berlinie czy Magdeburgu, ale nie powstrzymaja pojedynczych terrorystow. Wprawdzie jest naprawde smiesznie, bo niby wszedzie wisza takie szyldziki:


   Ale nie slyszalam, zeby policja sprawdzila i zrewidowala jakiegokolwiek wygladajacego "poludniowo" gostka, bo natychmiast poszlyby skargi na rasistowskie traktowanie biednych cudzoziemcow w Niemczech, a na to Niemcy sa szczegolnie wyczuleni. Sprawdzaja wiec czasem jakies niemieckie babcie i oglaszaja sukces, kiedy znajda u nich w torebce szwajcarski scyzoryk z korkociagiem. 
   A po jarmarkach snuja sie nienawidzacy chrzescijan fanatycy z nozami i kiedy juz napatrza sie do syta na zadowolonych Niemcow, ruszaja w tlum, zeby upuscic troche frustracji. W Herford zostal powaznie zraniony nozem 16-latek, w jakims innym miescie arabski migrant oddawal w spokoju mocz na stajenke, w naszym miescie jakis czarny latal z "tulipanem" z potluczonej butelki. W Erbach banda mlodziencow zniszczyla czesc jarmarku i potraktowala kijami zywego osiolka ze stajenki. Najgorzej jest w Berlinie, propalestynscy celowo prowokuja przemarszami i politycznymi wrzaskami, a niektorzy tylko szukaja okazji, zeby w tym tlumie i tumulcie móc sie wyzyc. W Weimarze Marokanczyk tez wygrazal nozem gosciom na jarmarku swiatecznym. Ale najwazniejsze, ze odebrano niemieckiej babci szwajcarski scyzoryk, dzielna policja rozbroila potencjalna terrorystke. 
   Z ostatniej chwili: W Duderstadt w ostatni piatek wieczorem odwiedzajacy zameldowali policji, ze po terenie porusza sie mezczyzna z bronia. Policja wyprosila wszystkich, zablokowala teren, niestety poludniowo wygladajacy potencjalny terrorysta zniknal. Duderstadt to 20-tysieczne miasteczko w powiecie getynskim, oddalone od nas jakies 35 km. W Wernigerode alarm bombowy, w Mühlhausen kobieta napadnieta, w Ofenbach atak nozownika. Nie ma dnia, zeby nasi nieproszeni goscie gdzies czegos nie nawyprawiali, statystyki policyjne nie pozostawiaja zludzen, nie trzeba prowokowac, zeby stac sie ofiara napasci jakiegos azylanta, a lagodne kary czy wrecz puszczanie ich na wolna stope tylko sprawcow rozzuchwala. Brak juz miejsc w wiezieniach, a statystyki dobitnie pokazuja, ze cudzoziemcow jest wiekszosc, z tym, ze nie brani sa pod uwage Niemcy o cudzoziemskich korzeniach, bo byloby ich znacznie wiecej w kryminalnych statystykach.
   W piatek aresztowano pieciu mezczyzn, z Maroko, Egiptu i Syrii, ktorzy planowali wjazd ciezarowka na teren jarmarku swiatecznego w Dingolfing w Dolnej Bawarii. Informacja przyszla ze strony obcych sluzb wywiadowczych, bo pewnie niemieckie jak zwykle przespaly temat w przekonaniu, ze przyjechaly do nas sily fachowe do pracy i trzeba sie zajac ich integracja poprzez glaskanie po glowkach i jajach oraz stawianie im nowych meczetow, zeby mieli gdzie spiskowac przeciw panstwu niemieckiemu i planowac zamachy, bo ta piatka wlasnie w meczecie nawolywala do zamachu.
   Australia tak chetnie tanczaca na sznurkach sorosow i przyjmujaca bez opamietania terrorystow palestynskich, doczekala sie zamachu na swietujacych Chanuke na plazy w Sydney Zydow. Kilkanascie ofiar, ktorym rzad Australii nie zapewnil ochrony podczas obchodow ich swieta. Pogratulowac!
   Jeszcze dodam, bo sie wlasnie wydarzylo: KLIK.

15 grudnia 2025

Chyba juz go nie lubie

    Mam tu na mysli sklep IKEA, przestaje go lubic, bo po pierwsze primo juz nie jest wcale taki tani, jak mial byc w zamysle i jaki byl na poczatku dzialalnosci, zeby zwabic klientele, a kiedy juz uzaleznil spoleczenstwo od zakupow i jedzenia potraw o dziwnych nazwach, to hop! podwyzszyl ceny i dalej wabil, co skutkuje za kazdym razem stanem przedzawalowym portfela. A po drugie primo... noszszsz... poustawial wylacznie samoobslugowe kasy. I nawet to nie byloby takie straszne, gdyby nie koniecznosc wykorzystania bonow prezentowych. Ale do ad remu.
   Ja w grudniu rzadko daje sie namowic na jakies zakupy, a juz zwlaszcza w sobote, kiedy to pol powiatu wpada na genialny pomysl robienia w IKEA zakupow przedswiatecznych. Ale z drugiej strony jestem zalezna od kierowcy, czyli mamy chocholow, bo sama nie pojade. No i moje dziecko, po sprzedaniu na weekend wlasnych dzieci swojej siostrze (one tak sie wymieniaja tymi dziecmi i maja co drugi weekend wolny, za to w inny co drugi musza troszczyc sie o cala czworke), oglosilo wyjazd do Kassel. Glowna przyczyna byla potluczona przez Zoske plexi-szyba w szafie i nie dalo sie jej niestety wymienic, trzeba bylo kupic cale nowe drzwi (65€), a sa one bardzo wysokie, wiec laczylo sie to z rozkladaniem tylnych siedzen, a i tak w drodze powrotnej sie nie widzialysmy, bo te drzwi nas dzielily, a ja musialam jej caly czas mowic, czy prawa wolna, bo nie widziala prawego lusterka, no szalenstwo! No i ledwie mogla zmieniac biegi, musialam ten ciezar podtrzymywac do gory, zeby ona mogla tam zmiescic reke. Ale tez chciala dla Zoski kupic kallaxy, bo te pozyczone od sredniej musiala jej oddac. Moje dziecko jest nieslychanie zdolne i nie postawi tych regalow ot tak sobie, a cos bedzie z nimi kombinowac, naogladala sie bowiem tych IKEA hacks i bedzie konstruowala cuda-wianki. Jak zrobi i pozwoli sfocic, to pokaze. 
   Ale sami wiecie, jak to jest w tym wlasnie sklepie, mialysmy przygotowana sciage z numerami, od poczatku bylo wiadomo, po co tam jedziemy, ale trudno nie ulegac tam pokusom, a to to, a to tamto-sramto, a to przydaloby sie, a to wezme, bo przy zamawianiu online koszty przesylki sa za wysokie, a to "skoro juz tu jestesmy...", a to jak fajnie swieczka pachnie, a kwiatek... - i za chwile juz pchalysmy dwa pelne wozki. Potem oczywiscie szukanie na tych gigantycznych regalach przed kasami, tu tez zmitrezylysmy sporo czasu, bo koloru nie bylo, trzeba bylo latac i szukac czlowieka do pomocy, no wreszcie jakims cudem moje dziecko oglosilo odmarsz do kas, kiedy ja juz bylam na ostatnich nogach, bo ten francowaty sklep zmusza czlowieka do przebycia pelnej drogi po tych kilometrowych labiryntach, do wielokrotnego cofania sie, bo cos lezy gdzies tam, a my w ferworze ominelysmy to, nie zauwazajac i trzeba bylo wracac... ojesu!!! Kiedy bylysmy tam ostatni raz, byly juz kasy samoobslugowe, ale byly tez normalne z czlowiekiem w srodku. Teraz niestety tylko i wylacznie samoobsluga, a ja mialam nazbieranych sporo payback punktow i za te punkty kupilam dla Zoski na urodziny bony prezentowe do IKEA. Moje dziecko zaczelo skanowac kody kreskowe, a ja przez ten czas usilowalam wydobyc z czelusci smartfona te bony. Niestety nie bylo tam porzadnego zasiegu, wiec telefon nie chcial wspolpracowac, a ja nie moglam tych bonow stamtad wydobyc. Przyleciala jakas pomagierka i kazala sie podlaczyc do ichniego wifi, a ja juz z tych nerf, z szalenstwem w oczach i spocona jak kobyla po wielkiej pardubickiej, nie umialam sobie tego wifi ustawic. Kobita z cierpliwoscia godna psychiatry podczas badania czubka, prowadzila mnie za reke i juz prawie te bony mialam, kiedy ona spytala mnie, czy jestem w IKEA Family, no jestem, wiec wylazlam z bonow, zeby odszukac apke IKEA, tam byly jakies znizki, ale potem znow stracilam zasieg i nie moglam wrocic do bonow. A kolejka za nami roooslaaa...JPRDL!!! Moje dziecko dostrzeglo, ze jednak nie podlaczylam sie pod wifi, wiec oddalam jej swoj telefon, a sama mialam zamiar albo zapasc sie ze wstydu pod ziemie, albo uciec ze sklepu. Wreszcie jakims cudem dostalam sie do bonu i gdybym wczesniej wiedziala, ze trzeba spisac z niego numer i pin, to zrobilabym sobie z tych dwoch bonow screeny i nie byloby takiego blamazu w sklepie. Ale ja w swojej naiwnosci myslalam, ze kasjerka mi to jakos czytnikiem zeskanuje i stad cala ta kolomyja. Reszty dokonala moja corka swoja karta platnicza, a kolejka za nami z ulga odetchnela, bosmy blokowaly przejscie naprawde dlugo. Qrde, te dygitalne cuda nie dla mnie, te kasy samoobslugowe, platnosci karta, telefonami, blikami i ch.g.w czym jeszcze. Co to ma w ogole byc, zebym ja nie mogla wydac wlasnych uczciwie zarobionych pieniedzy. Wroc! Przy bodaj dwoch kasach samoobslugowych byl szyld, ze mozna placic gotowka, ale pewnie juz niedlugo, bo wszystko zmierza ku temu, zeby nas do konca upodlic i kontrolowac, gdzie, ile i na co wydajemy.
   Nie jestem pewna, czy mam ochote jeszcze chocby raz w zyciu robic tam zakupy.
   W drodze powrotnej poprosilam corke, zeby mnie wyrzucila obok mojego auta, to podjade do niej pomagac nosic te pudla, a szczegolnie drzwi do szafy, bo jak jest silna (chodzi regularnie na silownie), tak sama nie dalaby rady. A kiedy juz bedzie po wszystkim, nie bedzie mnie musiala odwozic do domu, tylko pojade sobie sama. Te wszystkie psychiczne atrakcje i wysilek fizyczny sprawily, ze wczesnie padlam do lozka, spalam 9 godzin, a zegarek nagrodzil mnie i moj sen ocena 90. Czyli odkad odstawilam wieczorny betabloker, to zaczelam spac normalnie.

13 grudnia 2025

Zalosny typ

„Kobiety nie myślą i trzeba je do tego zachęcać. To mężczyźni są od pomysłów, a kobiety od spraw uczuciowych. Ich rolą jest wychowanie dzieci i służenie mężowi.”
ks.Maciej Gaik, sędzia Sądu Biskupiego w Sosnowcu.

No sami powiedzcie, czy autor tego paszczowego wypierdu jest normalny? Czy moze w ferworze wymyslania takich kleszych madrosci udalo mu sie z glupim na lby pozamieniac? To w seminariach w XXI wieku ucza, jak byc wzorcowym idiota? No nigdy bym sie nie spodziewala. I niby nie powinno sie oceniac ksiazki po okladce, ale jego wyglad jest jakos adekwatny do zawartosci czaszki. Te cwane i chciwe slepia teskniace za rozumem, ta nalana geba wskazujaca na sklonnosci do nadmiaru jedzenia i picia, glownie napojow wyskokowych, jak przypuszczam, bo woda nie ma az tak destrukcyjnego wplywu na mozg, jaki mozna zauwazyc u tego zalosnego klechy.
   Najsmieszniejsze jest jednak to, ze wiele kobiet zgadza sie z jego teoriami i dalej tkwi w kosciele, co jedynie swiadczy o tym, ze w ich przypadku facet ma racje, one nie mysla.

   Ale dosc tych glupich ksiezych wynurzen, nie chcialam, ale musialam zrobic notke na ten temat, bo normalnie trudno w to uwierzyc. A ja postanowilam trzymac sie tematow sentymentalno-melancholijnych w grudniowych wpisach. Skoro jednak trafilo na ksiedza, to moze powspominam swoje religijne epizody? Do chrztu poszlam na wlasnych nogach w wieku lat trzech i to wylacznie dlatego, ze moja babcia przez te trzy lata tak bardzo zawracala glowe ojcu mojemu, a swojemu synowi, ze w koncu ustapil. Na religie mnie nie zapisali, a ja dopiero w drugiej klasie sie obcielam, ze wszyscy na te religie chodza, a ja nie. No i pozazdroscilam, tez chcialam chodzic na religie i potem do komunii, miec te biala sukienke i wianek. Wtedy nie chodzilo o prezenty, byly jakies symboliczne w postaci zegarkow, medalikow czy ksiazek. Ale ja stalam sie uduchowiona i tylko o to mi chodzilo. 
   Problem byl, bo zakonnica chciala mnie dac do grupy pierwszoklasistow, jako ze bylam rok do tylu, ale mama obiecala, ze przerobi ze mna w domu te katechizmy i dogonie drugoklasistow, wiec zebym mogla byc z rowiesnikami. I chyba sie udalo, bo do samej komunii chodzilam z kolezankami z mojej klasy i klas rownoleglych.  Potem jeszcze dotrwalam do bierzmowania, ale juz wtedy wiedzialam, ze to koniec, ze wiecej nie chce, bo po pierwsze mialam te wade, ze myslalam i nie bralam wszystkiego za dobra monete, po drugie zaczelam widziec hipokryzje kosciola, a po trzecie podczas spowiedzi przed bierzmowaniem klecha pytal mnie o takie rzeczy, ze nie wiedzialam, gdzie twarz schowac. A ja wtedy jeszcze nawet sie nie calowalam, bylam dziecinna, choc dobrze oczytana w temacie i te jego zboczone pytania tak mnie do kosciola zniechecily, ze po bierzmowaniu skonczylam z tym na zawsze, tak myslalam, bo pozniej rozum mi odebralo i ochrzcilam wlasne dzieci. Ale przynajmniej nie bralam slubu koscielnego.
   Gdybym wtedy miala ten rozum co dzisiaj, nie ochrzcilabym dzieci, pozostawiajac im decyzje w kwestiach religijnych do czasu, kiedy beda dorosle, a tak musialy dokonywac aktu apostazji na wlasna reke, tak zdecydowaly i mnie nic do tego, ale moglam im oszczedzic kosztow. One swoje dzieci trzymaja z daleka od kosciola, a ja uwazam, ze w tej kwestii sa madrzejsze ode mnie.

11 grudnia 2025

Czy juz jestem cyborgiem?

 
     Wychodzi mi, ze stalam sie cyborgiem czy tam innym robotem, ale od poczatku.
   Jak czesc z Was juz wie, 9 grudnia mialam termin do kardiologa na kontrole tej przekletej malej maszynki, ktora nie pozwala mi umrzec i wali prundem, kiedy serducho leni sie z praca. Pomijajac wiele ograniczen, jakie mnie w zyciu i po smierci czekaja, np. nie wolno mi przechodzic na lotniskach przez magnetyczne bramki, nie moge poddac sie badaniu rezonansem magnetycznym, a kiedy zejde, to najpierw musza to ze mnie wydlubac, zebym mogla wjechac do pieca krematoryjnego, to moim zdaniem to swinstwo zostalo umieszczone nie w tym miejscu co trzeba. Przy niektorych ruchach staje mi to na sztorc i w ogole rusza sie pod skora. Rozmawialam z innymi dumnymi posiadaczami rozrusznikow i oni nawet nie czuja, ze cos tam maja, a poza tym zyja lepiej.  A ja nie, nie ma roznicy miedzy PRZED a PO wszczepieniu rozrusznika. Malo tego, od czasu do czasu czuje sie tak zle, ze robie sobie ekg smartwatchem i wychodzi mi, ze mam migotanie przedsionkow. Kiedy mi tak migotalo dzien za dniem, udalam sie do rodzinnej, u niej oczywiscie ekg bylo wzorcowe, ale pokazalam jej na telefonie te migotania. Dala mi inne leki, kazala wydrukowac te ekg z migotaniem i pokazac kardiologowi. Tak zrobilam.
   No i dowiedzialam sie, ze wszystko jest w porzadku, ale o malo nie zeszlam z wrazenia, kiedy po polozeniu czytnika na miejscu wszczepienia rozrusznika, lekarz zaczal odczytywac z komputera, ktorego dnia mialam te migotania, o ktorej godzinie i jak dlugo trwaly, ale ze mimo wszystko nie byly zagrazajace mojemu zyciu. Co wiecej, daty zgadzaly sie z moimi wydrukami, a to znaczy, ze pomiary zegarkiem sa wiarygodne. Mnie natomiast wystraszylo, ze mam w sobie cos, co umozliwia zdalne mna sterowanie. Ale nie tylko, mozna rowniez zdalnie to ustrojstwo wylaczyc, czyli posrednio mnie zabic. Zaraz pomyslalam o Szwedach, ktorzy pozwolili wszczepic sobie pod skore chipy z dowodem osobistym, prawem jazdy, karta ubezpieczeniowa, bankowa i czym tam jeszcze, ktorzy juz nie musza brac niczego z domu, bo wszystkie dane o sobie maja w sobie. Ja mam maszynke, ktora z jednej strony ratuje mi zycie, a z drugiej pozwala teoretycznie mna sterowac. Juz przeciez w antycovidowych szczepionkach dostalam podobno jakies nanoroboty, a majac przy sobie smartfon, jestem latwa do zlokalizowania przez "sluzby".  Chyba jednak zaczne nosic na lbie durszlak wylozony od srodka folia aluminiowa, a na piersi olowiana zbroje. Qrna, no boje sie tej nowoczesnej techniki.
   Kilka dni temu w Rosji wlasciciele samochodow marki Porsche nie mogli ich uruchomic. Zachodzilo podejrzenie, ze jakis ukrainski haker dostal sie do systemu i spowodowal niemoznosc uzywania aut tejze marki. Jesli wiec hakerzy moga unieruchomic tysiace pojazdow, to jaki problem unieruchomic i takim sposobem powoli zabijac nosicieli rozrusznikow? No nie poczulam sie komfortowo z ta wiedza. 
   Na moje skargi, ze wbrew nadziejom i oczekiwaniom nie czuje sie zdecydowanie lepiej, przystojny profesor Lüthje oznajmil, ze jesli juz, to na pewno nie serce jest tego przyczyna, bo ono, wedlug jego sciagi w komputerze, pracuje teraz dobrze. Wyregulowal mi jeszcze rozrusznik o tyle, ze obnizyl poziom pulsu, przy jakim rozrusznik ma reagowac, zeby, jak powiedzial, zmusic serce do samodzielnej pracy. 
   No i za pol roku mam sie zglosic na kolejna kontrole. Troche mnie ta wizyta uspokoila, bylam bowiem pewna, ze trzeba bedzie ponowic operacje, bo jakos mialam dziwne wrazenie, ze mi te cewniki wysunely sie z serca, a tu okazalo sie, ze naleze do niewielkiego procenta pacjentow, u ktorych rozrusznik lata sobie pod skora, a nawet udaje wzwody, bo to podobno tez sie zdarza i jest normalne. Profesor ucieszyl sie, ze w styczniu mam termin do pulmonologa, bo tez ma nadzieje, ze cos wiecej sie wyjasni oraz rowniez jest zdania, ze to wszystko, co sie ze mna wyprawia, moze byc nastepstwem przechorowanych covidow. A ja powoli godze sie z tym, ze juz nie pohasam w zyciu, skoro nawet spacery z psem staja sie dla mnie wyzwaniem.
   No i okazuje sie, ze jestem zdalnie sterowanym cyborgiem, a maszty 5G pomagaja mi wlasciwie funkcjonowac. CBDU
   A tak calkiem przy okazji poskarzylam sie, ze mam problemy ze snem, a zaczely sie po nowych lekach od rodzinnej i ze po poszukiwaniach internetowych dzialan ubocznych wyszlo mi, ze to betabloker brany dwa razy dziennie. Ustalilismy, ze mam brac raz, a gdyby skutki uboczne dalej dawaly mi sie we znaki, mam go zupelnie wykluczyc. Tymczasem juz drugiej nocy po zaprzestaniu brania betablokera wieczorem, zegarkowa ocena snu wspiela sie na 78, po serii nocy ocenianych na ok 20-30. 

09 grudnia 2025

Dzisiaj dla odmiany...

    ... mam termin na kontrole kardiologiczna, jestem przygotowana, porobilam sobie wydruki moich ekg robionych zegarkiem, kiedy tak podle sie czulam i ktore pokazywaly migotania przedsionkow. Niech oceni je specjalista. No i juz sie ciesze na jego rozczarowanie, kiedy dowie sie, ze rozrusznik nie tylko nie poprawil mojego samopoczucia, ale sam w sobie przeszkadza mi i przy pewnych ruchach staje na sztorc i ogranicza. 
   No ale, jak wiadomo, jestesmy w grudniu, ktory to grudzien przeznaczylam na rozne wspomnienia i przemyslenia. Kiedy rano udaje sie na poranna toalete, biore ze soba komorke i pindrujac sie przed lustrem, myjac zeby i ukladajac fryzury, slucham sobie politycznych podcastow. Ktoregos pieknego dnia co ja slysze??? Ano slysze to, co wiem i widze od lat, ze miasta i gminy stoja na skraju bankructwa. A to dopiero niespodzianka! Oczywiscie w mainstreamach ani slowa na temat powodu takiej sytuacji, ale dalej jest tylko ciekawiej. Otoz w ramach oszczednosci tnie sie wydatki, gdzie tylko mozna i gdzie sie da. Na przyklad w szkolach okna beda myte nie dwa razy, ale tylko raz w roku, a sprzatanie klas i ubikacji byc moze zostanie zlecone samym uczniom. Ja tam jestem ZA, przeciez mali Japonczycy od przedszkola sprzataja sale i jakos im nie ubywa, przeciwnie, to cenna umiejetnosc i poczucie odpowiedzialnosci za rzeczy wspolne. Zastanowilo mnie tylko jedno, nikt nie piuknal nawet o ewentualnym zatrudnieniu "fachowcow", ktorych tu sporo najechalo, do pewnych latwych prac porzadkowych na rzecz miast, szkol czy innych obiektow i uzaleznienia od tego wyplaty ich zasilkow. 
   A ja poplynelam we wspomnieniach do czasu naszego przyjazdu do Niemiec, kiedy to zylismy na kupie nie w wybudowanych specjalnie dla nas osrodkach azylanckich czy z braku miejsc, w hotelach kilkugwiazdkowych, ale np. w domu przeznaczonym do generalnego remontu. Kazdy dostal po lokalu, kuchnia byla wspolna, sanitariaty tez. Nam nikt nie przysylal ekip sprzatajacych, sami dbalismy o czystosc we wlasnych pokojach i na zmiane we wspolnych pomieszczeniach. 
   Kiedy dostalismy pierwsze prawdziwe mieszkanie, tez mielismy dyzury sprzatania swojej czesci klatki schodowej (nasz poziom i schody w dol do poziomu pietro nizej). Na pietrze byly dwa mieszkania, wiec dyzur przypadal co drugi tydzien. Byl jeszcze inny, tzw. Hofdienst i zeby nie bylo pomylek, ten, kto wykonal te prace, wieszal kartke na nastepny tydzien u sasiada na klamce, po tygodniu tenze sasiad komus kolejnemu itd. Bylo nas siedmiu lokatorow na klatce schodowej, wiec dyzur mielismy co siedem tygodni. Hofdienst polegal na sprzataniu terenu dokola bloku, ale tylko tej naszej czesci. Najgorzej bywalo po sylwestrze, kiedy trzeba bylo zbierac resztki rakiet i petard. Albo jesienia, kiedy wszedzie byly liscie. Albo na koniec zimy, kiedy trzeba bylo usuwac te kamyczki, ktorymi posypywane byly chodniki. Ale dawalismy rade, nikt sie nie migal, a osoby starsze czy chore organizowaly sobie jakos platna pomoc, bo ani wiek, ani choroba nie byly czynnikiem zwalniajacym od obowiazku. Pozniej jednak spoldzielnia odstapila od obarczania lokatorow obowiazkiem sprzatania klatek schodowych czy terenu wokol, zatrudnila firme, a jej koszty podzielila wsrod lokatorow. I dobrze, nie tylko nie musze pamietac, ale w koncu tez sie postarzalam i wygodniej mi zaplacic, niz samej z miotla latac. Ale chce podkreslic, ze nikt z nas ani nie narzekal, ani nie wymagal cudow. Tymczasem przybyla holota, w postaci najczesciej mlodych wypasionych byczkow, ma do dyspozycji sprzataczki, bo inaczej w krotkim czasie zyliby wsrod szczurow i karaluchow, bo przeciez jasnie panu muzulmaninowi nie wypada wykonywac prac, jakimi zwykle paraja sie w ich kraju ich kobiety, predzej zdechnie niz ruszy palcem.
   Nie dosc wiec, ze ich obecnosc generuje koszty, ktorych miasta i gminy nie sa w stanie udzwignac i musza na kazdym kroku oszczedzac, co odbija sie na naszym codziennym zyciu, placimy coraz wiecej, dostajac za to coraz mniej, ale wypasionym byczkom nie moze zabraknac ptasiego mleka i sprzataczek? Coraz wiecej mniejszych miast nie stawia na rynkach choinek, ale ide o zaklad, ze na ramadan beda musieli znalezc srodki, zeby powiesic jakis neon oglaszajacy dobra nowine. Porzygac sie mozna, jak bardzo zmienilo sie i pogorszylo zycie przecietnego Niemca i jak malo wymaga sie od naszych najezdzcow, jak lagodnie traktuje sie ich ciezkie przestepstwa, podczas gdy Niemiec moze trafic do wiezienia za nieplacenie abonamentu rtv.
   Ja tez przybylam z kraju, gdzie kazdy blok czy kamienica mialy dozorce, ktory dbal o czystosc wewnatrz i dokola budynku, ale skoro przeprowadzilam sie do kraju, gdzie wygladalo to inaczej, dostosowalam sie i nie wymagalam jakiegos specjalnego traktowania za pieniadze niemieckiego podatnika.

07 grudnia 2025

Poszedl Marek na jarmarek

    No dobra, my poszlysmy z chocholami, ale tylko Marek sie tak ladnie rymowal, wiec  wpuscilam go do tytulu posta. Poszlysmy troche wczesniej, jeszcze za dnia, bo o 16.00 miala przyjsc do Zoski pewna ciocia z gromadka swoich dzieci, bo w dniu urodzin cos jej stalo na przeszkodzie i nie mogla pojawic sie punktualnie. 
   Posnulysmy sie miedzy budkami, w ktorych jak co roku krolowaly fajne, ale drogie przyjemnostki. Chocholy wciagnely frytki i bratwurst, potem jakies slodycze, a na deser przejechaly sie kilka razy na karuzeli, od swietego Mikolaja dostaly cukierki. No  klasyka, nic nowego, nic atrakcyjnego, ceny wyzsze niz w ubieglym roku, betonowe barykady dokola, a co najgorsze - zaczal kropic deszcz. 







   Przeszlysmy sie troche po sklepach, troche nakupilysmy roznych rzeczy, m.in. zimowy kombinezon dla Juniora i w zasadzie tak nudno moglby sie ten dzien zakonczyc, gdyby nie brawurowa akcja policji wobec jakiegos czarnoskorego gostka, ktory chyba sie czegos nazarl lub napalil, cos podobno ukradl, rozbil butelke o asfalt i z takim "tulipanem" latal po ulicy. Nadjechal jeden radiowoz, wyleciala z niego para policjantow, policjant-mezczyzna tak wrzeszczal, ze glowa mala, ale Murzyn ani myslal sie uspokoic. Nadjechal na sygnale nastepny radiowoz, potem trzeci, a na koncu karetka. No pelna sensacja! My chcialysmy stamtad oddalic sie jak najszybciej, bo po co ryzykowac, ale Juniora bardzo zainteresowal ten ruch w interesie, syreny, wrzaski, za to Zoska sie wystraszyla. Corka musiala chocholy zaganiac, bo Junior, gdyby tylko mogl, polecialby na miejsce zdarzenia. Ledwiesmy go odciagnely. Tak wiec wypad do miasta byl bogaty w niechciane atrakcje.


   Nie wiem, jak to wszystko sie skonczylo, bo zwabilysmy chocholy do sklepu i jakos zapomnialy o czarnoskorym przestepcy. Dostaly od bapci na pocieszenie mikolajkowe czapeczki.

05 grudnia 2025

Dzisiaj jest...

    ... szczegolny dzien. Panna Zoska, ktora dostalismy w prezencie na rocznice slubu (dzis obchodzimy 44-ta), konczy wlasnie trzy latka. A tak na swiezo mam jeszcze w pamieci moja podroz z przygodami na wies niedaleko Limburga, zeby pomagac corce w pierwszych tygodniach przy dwojgu tak malych dzieciach. Wierzyc sie nie chce, ze to juz trzy lata uplynely od tamtej podrozy, a Zoska z noworodka przepoczwarzyla sie w mala damulke i od nowego roku zacznie chodzic razem z jej big brotherem do przedszkola, bo przeciez w tym podeszlym wieku juz wyrosla ze zlobka.
   Znow dostanie nowe zabawki, choc te, ktore ma, juz ledwie mieszcza sie w jej pokoju. Tym razem musze sie pochwalic, ze ode mnie nie dostanie zadnej zabawki. Zeby jej calkiem smutno nie bylo, symbolicznie sprezentuje jej ksiazeczke, ale taka specjalnie dla niej spersonalizowana, o przygodach Dalii Zofii, a glownym prezentem od nas sa meble z IKEA, zeby bardziej dopasowac jej pokoik do wieku.
   A ja znow zaglebiam sie we wspomnieniach o moich zabawkach. Nie mialam ich duzo, pewnie dlatego pamietam kazda z nich do dzisiaj. Najwazniejsza byla moja lalka Balbina, miala zamykane oczy i od czasu do czasu trafiala do kliniki zabawek, bo te oczy jakos jej wpadaly do srodka. Wtedy w kazdym miescie byla choc jedna taka klinika zabawek, gdzie reperowano wszystko, co dalo sie zreperowac, bo zabawek sie nie wyrzucalo, nie byly tanie, wiec i dzieci, i rodzice dbali o to, zeby sluzyly jak najdluzej, czesto wielu pokoleniom. Po ktoryms pobycie w klinice lalkowy doktor orzekl, ze juz nie da sie ponownie zreperowac tych oczu, zeby sie zamykaly, tylko zostaly przyklejone na stale takie otwarte. Moja prababcia Tekla umiala szyc rozne cudenka, wiec dla Balbiny uszyla wiele ubranek i posciel do wozka, w ktorym Balbina byla wozona. Nie byla to byle jaka posciel, to byl prawdziwy majstersztyk recznej roboty, bo maszyny w domu nie bylo. Kolderka miala w srodku watoline, byla starannie przepikowana, a poszewka ozdobiona byla koronkami, falbankami, tasiemkami, zeby mozna bylo zdejmowac i prac. 
   Drugim moim dzieckiem obok Balbiny byl misiek i do dzisiaj sie zastanawiam, dlaczego nie nadalam mu nigdy zadnego imienia, byl misiem i pozostal misiem, ale opiekowalam sie nim na rowni z Balbina. 
   Jak pamietacie, moj dziadek bral w czasie wojny udzial w operacji "Market Garden" i w latach 60-tych pojechal z delegacja do Holandii do Arnhem. Stamtad przywiozl mi lalke Murzynke, ktorej nadalam imie Mea, bo wtedy zaczytywalam sie w ksiazce "W pustyni i w puszczy". Tej lalki wszyscy mi zazdroscili, bo w Polsce nie bylo lalek o tak ciemnej karnacji.
   Mialam kilka gier planszowych i cala mase ksiazek, bo namietnie czytalam. I to wlasciwie byly wszystkie moje zabawki, trzymalam je w kartonie pod biurkiem i nie chcialam sie z nimi rozstac, tak w duchu sobie myslalam, ze beda dla moich dzieci. Tymczasem podczas wakacji po maturze, kiedy nie bylo mnie w domu, mama pozbyla sie kartonu, nawet nie wiem, co z nim zrobila, czy komus dala, czy wyrzucila, zeby nie brac do nowego mieszkania zbednego balastu. Do dzisiaj nie moge jej tego wybaczyc, ze nie zapytala mnie o zdanie, ze rozporzadzila moimi rzeczami bez mojej zgody. 
   Jestem pewna, ze zadne z moich wnuczat nie bedzie tak dokladnie pamietalo swoich zabawek, maja ich tak duzo, ze wieloma w ogole sie nie bawia. Jeszcze w rodzinie mozna powiedziec, co ewentualnie jest marzeniem malucha, wzglednie poprosic o gotowke, zeby dziecko moglo uskladac sobie na cos drozszego, ale na kinderbalu dzieciecy goscie przynosza raczej tani badziew. 
   Hexa powoli wchodzi w wiek, kiedy najchetniej przyjmuje gotowke i sama chce decydowac, co kupi albo zbiera na cos wiekszego. To jest dla nas najwygodniejsza opcja, o reszcie prezentow dla innych wnukow decyduja ich mamy, bo one wiedza, co bedzie dla dzieci najlepsze i edukacyjne. Ja za moda zabawkowa juz nie nadazam. Czasem los zawiedzie mnie do takiego zabawkowego giganta Smyths Toys, to ja sie tam kompletnie gubie. Jeszcze nieco orientacji mam w grzechotkach dla niemowlat, reszta to dla mnie czarna magia. Bardzo kosztowna magia.

03 grudnia 2025

Nie poznaje

    Sentymenty i melancholia nadal trzymaja mnie krotko za twarz, ostatnio czesto ogladam sobie zdjecia miasta w ktorym przyszlam na swiat i spedzilam ponad 30 lat, edukujac sie i zakladajac rodzine. Miasta, ktore pieszczotliwie nazywam miastem Uć. Jedni mowili "jestem z Warszawy, Gdanska, Poznania, Rzeszowa, Bialegostoku", a na moje "a ja z Lodzi" byly smichy-chichy i przekrecanie "zlodziej?" i poprawianie "z miasta Lodz". No niech bedzie z miasta, dlaczego nie. Z miasta, ktore z jednej strony umiera, od kiedy zlikwidowano w nim przemysl wabiacy nowych mieszkancow, a z drugiej rozkwitajace i piekniejace z roku na rok.
Ja nigdy wczesniej nie powiedzialabym, ze mieszkam w ladnym miescie, ono nie podobalo mi sie, bylo brudne, zadymione, pelne wyziewow tego przemyslu "lekkiego", powodujacych chroniczne niedomagania gornych drog oddechowych u dzieci. Miasto ekstremalnie zaniedbane, taka prowincja Warszawy, bo te dalej polozone miasta byly bardziej zadbane. Miasto oszczedzone podczas drugiej wojny swiatowej, w co za tym idzie, nie odbudowywane nowoczesnie, w duzej czesci nieskanalizowane, z waskimi ulicami wylozonymi kocimi lbami, takie XIX-wieczne w XX wieku. Pewnie gdyby nie wytwornia filmow fabularnych i siedziba tekstylnego handlu zagranicznego, pies z kulawa noga nie pofatygowalby sie tego miasta osikac. Nie lubilam go, bo nie oferowalo mi wlasciwie niczego, zadnych atrakcji, nuuuudaaaa... Wyjechalam, zostawilam je bez zalu.
Dlugo tam nie przyjezdzalam, nie ciagnelo mnie, nie tesknilam. A potem zaczelo piekniec, jasniec. Wprawdzie przemysl poszedl sie bujac, mieszkancy albo wymierali, albo emigrowali do innych miast lub za granice, bo Lodz nie miala dla nich ani pracy, ani mieszkan. Ale nagle zaczelam zauwazac piekno wychylajace sie z odrapanych i zaniedbanych secesyjnych kamienic, kiedy wzieto sie za ich generalne remonty pod okiem konserwatora zabytkow. Ulice, ktore jeszcze do niedawna byly praktycznie niedostepne dla normalnych ludzi, pelne pijakow, prostytutek i melin, lsnia nowym pieknem i sa zasiedlane przez ludzi umiejacych docenic zaszczyt tej lokalizacji. Kwitnie kultura, organizowane sa ciekawe festiwale, koncerty, nowe domy i osiedla sa piekne. Dzieje sie!
Ktoregos roku nie poznalam kilku budynkow, ktore zawsze byly jakby sadza pokryte, a nagle zadecydowane je wypiaskowac. Ja nie znalam ich innego wygladu, one po prostu zawsze byly czarne i ten ich ponury wyglad mial w sobie cos magicznego, mnie sie w takim wydaniu podobaly. Az tu nagle:

Byly Hotel Polonia

Gmach Telewizju Lodz

Kosciol Ewangelicko-Augsburski p.w. sw. Mateusza

Na ostatnim zdjeciu troche slabo widac te pierwotna czern murow kosciola, bo zdjecie jest czarno-biale, ale innego nie znalazlam. Szczerze: stara wersja podobala mi sie bardziej. Te budynki odarto z poprzedniej tajemniczosci.
Slynna Piotrkowska pelna jest klimatycznych lokali, ogrodkow piwnych na ulicy, przepieknie odrestaurowanych podworek, kryjacych w sobie nierzadko niespodzianki np. w postaci dachu z parasolek, fontann czy wylozonych odlamkami lusterek fasad. Galerie handlowe organizuja dla malych, mlodych i starszych mase atrakcji, no dzieje sie bez przerwy, a ja zaluje, ze nie zyje tam wlasnie teraz, bo za moich czasow tak fajnie tam nie bylo.

01 grudnia 2025

I mamy...

    ... grudzien, ze tak bystro zauwaze, bo pewnie Wam wszystkim to umknelo. Nie ma za co. 😇 Popadam ostatnio w nastroje melancholijne, czesto wracam myslami do przeszlosci, choc wiem, ze trzeba z zywymi naprzod isc. Gorzej tylko, kiedy czlowiek utknal w punkcie no future. A raczej kiedy ta przyszlosc jawi sie coraz bardziej brutalna, gorsza, bolesniejsza. 
   Niedawno skonczylam ogladac serial Netflixa "The big C", o umieraniu, korzystaniu z ostatka danego czasu i o ile nie ruszaja mnie smutne filmy, nie plakalam nawet na Love story, kiedy to pol kina wychodzilo na ulice szlochajac albo przynajmniej udajac katar, tak ten film jakos rozlozyl mnie na czynniki pierwsze i musialam wycierac oczy. Choc to wlasciwie film z elementami komediowymi, ale taki przez lzy. Zastanowilo mnie, czy gdybym ja byla na miejscu bohaterki, to czy moja rodzina zalowalaby mnie jako czlowieka, matki, zony i corki, czy jako kogos, kto zawsze stoi do dyspozycji z pomaganiem, daje kase, kiedy bida zaglada w oczy, jest takim wygodnym meblem w domu, ktorego brak zauwazy sie tylko z powodu, ze nie ma na czym nagle usiasc.
   Zostawie po sobie jakas schede i nie mam tu na mysli dobr materialnych, ale czy powolujac na swiat dzieci, zrobilam dobrze? Bo na jakim swiecie przyjdzie im zyc? Ze wszystkich stron czyhaja jakies zagrozenia, jak nie klimatyczne, to znow polityczne. Strasza wojna, choc mnie osobiscie wydaje sie, ze Putin stracilby rozum zadzierajac z NATO, mam na mysli zaatakowanie Polski, bo to znaczyloby ewidentnie trzecia swiatowa. Ale czesc czlonkow NATO bardzo jednak Rosje prowokuje. Byly miedzynarodowe umowy, ze byle republiki pozostana niepodlegle, warunkiem jednak jest trzymanie sie z daleka od ambicji przynalezenia do wrogich organizacji militarnych. Tymczasem Ukraina postanowila postawic sie, a tzw. zachod utrzymuje ja w przekonaniu o przyjeciu do unii i NATO. Na to Putin nigdy nie pojdzie. To wszystko przypomina mi zimna wojne w latach 60-tych, male prowokacje, butne przemowy, Zatoke Swin i pozniej ogromna ulge, kiedy wszystko wreszcie ucichlo. Czlowiek to twór niereformowalny, nic go dotychczasowe konflikty zbrojne nie nauczyly, widac jeszcze za malo ofiar padlo w wojnach albo mozni tego swiata za malo zarobili na produkcji zabawek do zabijania. Bo przeciez o nic wiecej w tej grze nie chodzi, pewnie wlasnie dlatego Bruksela tak bardzo chce "bronic Ukrainy" i tak krytykuje Trumpa, ktoremu zalezy na uspokojeniu sytuacji. Nawet kosztem pewnych strat, bo nie oszukujmy sie, Ukraina tej wojny nie wygra, a militarna pomoc ze strony unii doprowadzi do czegos znacznie gorszego, do eskalacji konfliktu. Zelenski ma gdzies ofiary, on zalatwia jedynie wlasne interesy, na sercu leza mu osobiste korzysci. Ukrainscy bonzowie niedlugo zaczna s*ac dolarami, ktore plyna szerokim strumieniem. A coraz wiecej panstw ma dosc zwalniania ukrainskich poborowych z obowiazku obrony ojczyzny, oczekiwania na udzial obcych wojsk w ich konflikcie i pomocy dla elstremalnie skorumpowanych ukrainskich wladz.
   Pogoda tez jakas dziwna, czesc swiata jest zasypana sniegiem, ludzie sie skarza, ze trzeba odkopywac domostwa i samochody, ze slisko, ze wypadki. A u mnie +10°C i wieczna mzawka, ciemno, stalowoszare chmurska wisza tuz nad glowa, czlowiek siedzi w chalupie i ani mu sie chce wytknac nos za drzwi. Jarmark swiateczny juz sie zaczal, mozna by pojsc powpedzac sie w swiateczny nastroj grzancem, ale tylko kiedy pomysle o wyjsciu w te mzawke, to mi cala ochota przechodzi. Za jakie grzechy! 
   Moje zaklocenia snu wzmogly sie, od ok. trzech tygodni spie niby po 7-8 godzin, ale ocena jakosci snu pozostaje na granicy ok. 50, a mnie trudno rano podniesc sie z lozka, bo klade sie ciezko zmeczona i tak samo ciezko zmeczona wstaje. Okazuje sie, ze ze snem jest jak z penisem, jego dlugosc nie swiadczy o jakosci. Smartwatch ostrzega mnie po kazdej nocy, ze fazy snu glebokiego i REM sa u mnie alarmujaco krotkie, co oczywiscie przeklada sie na moje samopoczucie nastepnego dnia. Nie wiem, jak sobie z tym poradzic, jak spowodowac, zeby moj sen wrocil na stare tory, kiedy to nierzadko po 5-6 godzinach spania mialam ocene 80-90, bo zgadzaly sie czasy trwania snu glebokiego i REM, co dawalo mi energie. 
   No niby wiem, co moze byc przyczyna, po prostu zyje w coraz wiekszym stresie, ale na to juz nie mam zadnego wplywu, moge sobie najwyzej zycie odebrac, zeby z tym skonczyc, innego wyjscia nie ma.

   

Siewcy paniki

     W ubiegly piatek, zaczeto nas bombardowac alertami, ostrzezeniami, alarmami i wieszczeniem najwiekszej apokalipsy od wiekow. Pozamykano...