Translate

13 grudnia 2024

Dzisiaj 13-go grudnia i piatek


  Ja tam przesadna (przesondna) nie jestem, gusla i zabobony nie dla mnie, ale no nawarstwilo sie. Z tym, ze ja akurat jestem realistka, bo kiedy pesymista lamentuje o pechu 13-go w piatek, to optymista skacze do gory i oczekuje czegos szczegolnie dobrego, a ja... ciesze sie, ze wreszcie nadszedl weekend! 
 A dokladnie tydzien temu wzielam sie w koncu za to, do czego przymierzalam sie od dluzszego czasu, a mianowicie porzadek w ksiazkach. Zaczelo mi bowiem brakowac miejsca od nadmiaru tego dobra. Do mojej kolekcji, ktora sobie przywozilam sukcesywnie z Polski, za kazdym pobytem zabierajac kolejne kilogramy tego ciezkiego towaru. Bo ja nie moge sobie wyobrazic domu bez ksiazek, jestem starej daty i wiem, ze teraz mozna miec kazda ksiazke, jak nie w wersji papierowej, to w elektronicznej do czytania w Kindlu, albo do posluchania, ale nie wyobrazalam sobie rozstac sie z moim ksiegozbiorem, czesciowo odziedziczonym, czesciowo zalatwianym po duzych znajomosciach spod lady albo wypatrzonym w jakims antykwariacie, otrzymanym w prezencie, zbieranym przez cale zycie. Takie byly wtedy czasy, inwestowalo sie w ksiazki, a duza biblioteka swiadczyla o statusie gospodarza domu. 
 Tak sobie zbieralam te ksiazki, bedac juz tutaj dostawalam nowe, kupowalam, a na regalach zaczynalo brakowac miejsca. Dlugo jednak zwlekalam z porzadkami, bo jakos nie miescilo mi sie w glowie wyrzucac ksiazki na makulature, mentalnie pod tym wzgledem zostalam w glebokiej komunie. W koncu jednak dojrzalam do decyzji rozstania sie z ksiazkami typu encyklopedia z lat 60-tych, niemieckie slowniki ortograficzne sprzed reformy pisowni, zdublowane slowniki innojezyczne, ksiazki malo wartosciowe, do ktorych z pewnoscia juz nigdy wiecej nie wroce, jakies cegly, ktorych nigdy nawet nie zaczelam czytac. Kazda ksiazke musialam przekartkowac, bo czasem mam w zwyczaju uzywac w roli zakladki zdjecia, jakies stare listy albo... o czym zupelnie zapomnialam... pieniadze. Tak, znalazlam dawno zadolowane i calkiem zapomniane 50 euro. Mamy w domu taki pojemnik na makulature, szlismy cztery razy, niosac go we dwojke, w padajacym deszczu, na rog ulicy, gdzie stoja pojemniki na papier. Nasz domowy pojemnik byl tak ciezki, ze jedna osoba nie dalaby rady zaniesc tak daleko. Ksiazki sa okrutnie ciezkie. Ogarnelam jedynie regal w sypialni i jeden z regalow w salonie, drugi zostawilam na kiedy indziej, bo juz nie mialam sily, bolala mnie kazda kosteczka, a ze ksiazki byly nieco zakurzone, brudna bylam jak nie przymierzajac gornik na przodku. I wiecie co? Rozstalam sie z tymi ksiazkami bez zalu, myslalam, ze bedzie gorzej.
 Czekam zatem na kolejny zryw i natchnienie, to wezme sie za ten drugi regal.

11 grudnia 2024

Sie narobilo

 Bo przeciez ja mam za malo atrakcji w zyciu, mame pod opieka, meza coraz czesciej odplywajacego, robote, chorego kota, przygotowywanie swiat, codzienne prace w domu, sprzatanie, pranie (ktorego nikt poza mna w domu nie umie wlaczyc), pilnowanie, koordynowanie, dopasowywanie, roboty papierkowe, dotrzymywanie terminow i pamietanie o nich i wiele pomniejszych, a od czasu do czasu dyzury przy dzieciach. Ale licho nie spi i los postanowil uszczesliwic mnie nielatwa dodatkowa robota. Na urodzinach Zoski rozmawialismy o koniecznosci wyjazdow sluzbowych corki, ktora przed urlopem macierzynskim czesto musiala bywac w filii firmy niedaleko Marsylii, a raz byla w USA. W jej dziale sa tylko dwie osoby majace pojecie o tej podmarsylskiej filii, Frank i ona. Jak wiecie, dopiero zaczela prace po urlopie wychowawczym, wiec Frank chwilowo mial ogarniac Francje, a ona miala sie szykowac na wyjazd na wiosne, zeby w spokoju mogla przygotowac sie logistycznie na wyjazd z dziecmi i osoba towarzyszaca do opieki w czasie, kiedy ona bedzie pracowac. Oczywiscie podroz osoby i dzieci to juz jej koszty, ale zakwaterowanie jest w airbnb, wiec mieszkanie do pelnej dyspozycji, z kuchnia. Samolot to dosc droga podroz, mozna pokusic sie o pociag, ale tam na miejscu trzeba byloby wypozyczac auto, no i bagaz bylby ograniczony. Corka wymyslila, ze w takim razie pojedzie autem, a to jest 1200 km. Juz sobie wyobrazilam te podroz i marudzace dzieci. Rozpatrywalismy wszystkie za i przeciw, pisalismy rozne scenariusze, ale nazywalo sie, ze mamy jeszcze tyyyle czasu, zeby dopracowac szczegoly lub robic burze mozgow i wymyslic cos madrzejszego. 
 Tymczasem wczoraj, kiedy bylam w pracy, corka przeslala mi wiadomosc, ze zmarl ojciec Franka, wiec ona musi jechac na tydzien juz w nadchodzaca sobote i czy ja tak krotkoterminowo moge przestawic cale swoje zycie i jechac. Nie powiem, zrobilo mi sie slabo, kiedy pomyslalam, ze mam trzy dni na zalatwienie calej logistyki. Ale chyba z tego strachu wpadlam na inny genialny pomysl. Przeciez moge sie na ten czas wprowadzic do niej, dalej prowadzac chocholy do przedszkola i zlobka, dalej pracowac i nawet miec czas miedzy wlasnym fajrantem a godzina odbierania chocholow z placowki. Malo tego, w razie czego mam na miejscu do dyspozycji dwie ciotki, a sama tez bede do dyspozycji w razie gdyby cos z mama. Moge szkraby zapakowac do auta i przywiezc do mnie (nie zapomniec przelozyc fotelikow!), gdyby bylo tu cos do zrobienia. Za to corka moglaby spokojnie leciec samolotem, ktorego koszt pokryje pracodawca, a nie tluc sie przez pol Europy autem z marudzacymi dziecmi. Oczywiscie jest to dla mnie dodatkowa nielatwa robota, ale mniej stawiajaca mi zycie na glowie, niz branie tygodnia wolnego i tluczenie sie po bezdrozach, szukanie tam placow zabaw i brak znajomosci jezyka tambylcow. No i zdecydowanie tansza to opcja, a corka bedzie mogla w spokoju oddac sie pracy, zamiast spieszyc sie. 
 Troche z obawa przedstawilam swoja propozycje, bo myslalam, ze corka nie bedzie chciala sie zgodzic na tak dlugie rozstanie z dziecmi, ale nie, mialam wrazenie, ze przyjela oferte z radoscia. Teraz bedzie musiala tylko zrobic odpowiednie zapasy, zebym ja nie musiala robic zakupow z dziecmi. A wieczorami bedzie sobie robila z chocholami wideokonferencje, zeby wiedziec, ze jej skarbom nie dzieje sie zadna krzywda.
 Trzymajcie zatem kciuki, zeby wszystko poszlo po naszej mysli. 
 
UPDATE: zdazylam zrobic zamieszanie, potem zadzwonila corka, ze to wlasciwie jeszcze nic pewnego, bo ona MUSI wziac zalegly urlop do konca roku, a gdyby jechala, to wlasnie w czasie tego urlopu i nie wiadomo, czy najglowniejszy szef na to zezwoli. Byc moze wiec jednak przeloza ten wyjazd na przyszly rok. I po co ja sie tak denerwowalam? Po co snulam dalekosiezne plany ogarniecia wszystkiego, co musze miec pod kontrola? Sie pytam? 

09 grudnia 2024

Bapcia sie wykazuje

 Moje najmlodsze dziecko postanowilo sie dobic wlasna reka. Jak juz kiedys wczesniej wspominalam, zaczela od nowa prace po ponad trzyletniej przerwie spedzonej z dziecmi w domu. Ponad, bo tak pozno dostala miejsca w przedszkolu i zlobku, normalnie powinna wrocic po trzech latach. I zaraz na ten pierwszy tydzien grudnia, kiedy to trzeba sie i zycie przestawic o 180°, przypadla firmowa swiateczna impreza, urodziny Zoski, ktore w zasadzie byly w czwartek, ale wiadomo, ze w srodku tygodnia malo kto ma czas, a dzieciaki poupychane sa po przedszkolach i szkolach, wiec zostaly przelozone a) dla dzieci na sobote, b) dla doroslej czesci rodziny na niedziele. Bapcia zas poproszona zostala o nocowanie, zeby podczas imprezy ich mama miala spokojna glowe i mogla sie wyszalec. 
 No to przybylam w piatek o 16.00, co by otrzymac od dziecka krotki kurs kladzenia chocholow spac, w czym, o ktorej i co przedtem. Jedna z wytycznych bylo dac przed samym snem do lozka butelke z mlekiem. Zostalam tez ostrzezona, ze Zoska lubi wstawac z lozeczka i zakradac sie do salonu, wiec trzeba ja odniesc z powrotem. Ona chodzi troche pozniej spac od Juniora, bo jeszcze spi w dzien, wiec wieczorem nie pada tak jak on. Obydwoje dostali po butelce do lozka, to taki ich usypiacz, bo w zasadzie juz z butelek nie pija, sami jedza i sa po kolacji. Zdarza sie, ze chca wiecej mleka niz dostaja, wiec mam im to wiecej dac, zasna pijac. Rzeczywiscie Junior padl jak niezywy, bosmy sie ostro bawili i latal po chalupie, Zoska jeszcze nie spala, chcialam i jej odebrac butelke, ale nie moglam jej znalezc i pomyslalam sobie, ze moze poturlala sie pod lozko, nie bede wiec szukac po ciemku ani zapalac swiatla. Bylo buzi, wyszlam. Za chwile widze Zoske w drzwiach, zanioslam z powrotem do lozka i wiecej juz nie przychodzila. Za to zaczela poplakiwac, raz do niej poszlam, drugi, trzeci, w koncu jakos zasnela. Ja troche jeszcze posiedzialam, ale tez mnie zmorzylo, spalam w salonie, kuchnie po kolacji posprzatalam wczesniej, wiec juz tam nie wchodzilam. Jakim cudem w ogole przez sen uslyszalam placzaca o polnocy Zoske, to nie wiem, oba pokoje leza w przeciwleglych czesciach mieszkania. Polecialam, poglaskalam, Zoska sie uspokoila, wyszlam. I tak trzy razy, w koncu pomyslalam, ze noc spedze latajac po tym dlugim korytarzu w te i nazad, wiec zawinelam Zoske w koldre i zabralam do siebie. Ciasno bylo, bo spalam na nierozlozonej sofie, dla mnie wystarczajaco, ale dla nas juz nie. Przy czym Zoska wiercila sie i kopala, odkrywala sie, wiec ani przez chwile nie zasnelam. Bylam juz na tego bombla wkurzona, bo nie powie co i jak, a mendzi tylko i spac nie daje.  Wreszcie o 3.20 doczekalam sie powrotu corki i zdalam opieke nad Zoska jej matce, niech ona sie meczy. Zasnelam na trzy godziny, wstalam i poszlam do kuchni robic sobie herbate, a tam... no nie uwierzycie... stala na blacie nietknieta butelka mleka. Zoski butelka, bo Juniora flaszke osobiscie mylam i wtedy jeszcze Zoska nie zdazyla przyniesc swojej do kuchni. Ten placz i marudzenie spowodowane byly wiec glodem, nie wiedziec czemu odniosla pelna butelke do kuchni, sporo zjadla na kolacje, wiec kiedy dalam mleko, nie czula glodu, a pozniej jej sie zachcialo, ale nie umiala powiedziec. 
 Corka wstala po tej przehulanej nocy (nie pila, byla autem, ale po imprezie firmowej poszli jeszcze gdzies do miasta duza grupa), ledwie zywa i niechetna do czegokolwiek, a tu trzeba przygotowywac na 14.00 party dla dzieciakow. Ulitowalam sie i zabralam chocholy do siebie, przynajmniej odpadlo jej ich przeszkadzanie i gotowanie dla nich obiadu, mogla sie w pelni oddac pieczeniu ciast i zdobieniu tortu, dmuchaniu balonow itp. 
 Zoska dlugo nie wytrzymala, w koncu noc miala podobnie jak my malo przespana, padla wiec, nawet sama powiedziala, ze chce haja-haja (znaczy spac) i ledwie wsadzilam ja do swojego lozka, zasnela jak zabita. Junior normalnie nie spi juz w dzien, ale tym razem jakos go zmoglo, choc on akurat przespal cala noc jako jedyny. Spal wykrecony w paragraf, ale przy kazdej probie polozenia go na poduszce, mocno protestowal, to go tak zostawilam. Pozniej zjedli zgodnie zupe z soczewicy i odwiozlam z ulga towarzystwo na pierwsza czesc hucznych obchodow drugich urodzin Zoski. W niedziele, juz wyspana i odpoczeta, sama robilam za goscia na drugiej czesci tych hucznych obchodow. Wspolczuje tylko corce, bo tydzien miala naprawde trudny z przyzwyczajaniem sie do nowych warunkow, a w weekend, zamiast odpoczywac, albo szalala na imprezach, albo szykowala, piekla, zdobila i przyjmowala gosci. 












Takie torty produkuje moje dziecko

 Ja juz jestem za stara na nieprzespane noce i opieke nad tak zywymi istotami, ale w sumie nie mam co narzekac, grzeczne sa, same juz jedza, czasem tylko wystepuja problemy z komunikacja miedzyludzka, Junior juz troche gada i to na tyle, ze mozna go zrozumiec, choc miesza dwa jezyki odkad jest w przedszkolu, ale Zoska jeszcze nie jest na etapie wyrazania swoich zyczen. Stad zrobila sie dla niej i dla mnie nieprzespana noc.
 Ale w sumie to przyjemnosc siedziec z nimi, czytac im i bawic sie.

07 grudnia 2024

Naturalnosc

 Podoba mi sie moda, jaka ostatnio zapanowala, moda na naturalnosc. Jeszcze do niedawna bylo nie do pomyslenia, zeby celebrytki pokazaly sie na sciankach bez makijazu i z odrostami na wlosach czy niedajbuk z siwizna. Dolly Parton, nalezaca do starszej generacji, otwarcie mowi, ze nawet do snu nie zmywa makijazu, a jej partner czy maz nigdy jej nieumalowanej nie widzial. Ja wprawdzie tez nie wyobrazam sobie wyjsc z domu bez lekkiego makijazu, bo malowalam sie przez cale zycie i sama na siebie patrzec nie moge w wydaniu tzw. naturalnym, ale do lozka jednak zmywam z siebie, podobnie kiedy lezalam w szpitalu, tez sie nie malowalam, no ale bez przesady, sa okolicznosci, kiedy makijaz wygladalby kuriozalnie. Ostatnio zachwycam sie Pamela Anderson, ktora przez dlugi czas mialam za polglupia blondynke wchodzaca w zwiazki z jakimis podejrzanymi typami, grajaca w glupich filmach, skupiona na wlasnych cyckach i skubaniu brwi. Ale dojrzala, uspokoila sie, skupila na rzeczach waznych, a co wbudzilo moj prawdziwy podziw, przestala sie malowac, co dla mnie jest aktem niezwyklej odwagi i wspanialego dystansu do siebie. Z mojego punktu widzenia to akt bohaterstwa niewiesciego, mnie samej tej odwagi brak, nie wyszlabym na ulice bez tuszu na rzesach i lekkiego podkreslenia brwi, bo jestem typowa blondynka, obecnie osiwiala, ktorej brwi i rzesy sa tez jasne. Wygladam wiec jak pol dupy zza krzaka i nie bede sie tak publicznie pokazywac. Moje corki sa juz inne, nie wahaja sie chodzic bez jakiegokolwiek makijazu, a tym piekniej wygladaja, kiedy sie "zrobia". Powiecie, ze zdobi je mlodosc, no niby tak, ale np. ja w ich wieku zawsze sie malowalam. Jedyna naturalnosc, na jaka sobie pozwalam, to moje wlosy, nie farbuje ich, bo moim zdaniem osiwialam tak ladnie, ze wyglada to jak siwe pasemka na moim naturalnym blondzie, choc zaden fryzjer nie osiagnalby takiego efektu, jaki dala mi natura. Nic wiec z tym nie robie, zreszta z daleka nie wyglada to na siwizne, a na normalny blond i trzeba sie z bliska przyjrzec, zeby te siwe wlosy odkryc.
 Ale coraz wiecej aktorek przestaje, jak widze, farbowac wlosy i z duma obnosza swoja siwizne. Andie Macdowell, Sarah Jessica Parker i wiele innych ani mysla dostosowywac sie do oczekiwan, maja tyle lat, ile maja i nie beda dawaly sie zmuszac do nachalnego odmladzania, zadnych liftingow czy botoksow. Nawet te kobiety, ktore skusily sie dawniej na botoksy, teraz unikaja ich jak diabel swieconej wody, przykladem Nicole Kidmann, ktora z dwojga zlego woli zmarszczki niz nabrzmiala od wypelniaczy facjate. Edzia G. tez chyba powoli odchodzi od tego oszpecajacego trendu. Ogolnie rzecz biorac, przyjmujemy procesy starzenia sie z godnosciom osobistom i na pohybel krytykantom.
 Jedna rzecz jednakowoz bardzo mi sie w tej naturalnosci nie podoba. Bo o ile zmiany w swiecie mody z anorektyczek na kobiety o normalnych rozmiarach to zjawisko pozytywne, o tyle cialopozytywnosc leniwych obzartych wielorybow i ich wymogi dostosowania calego swiata do ich monstrualnych rozmiarow to ekstremalne przegiecie. Wiem, zaraz powiecie, ze wiele z nich choruje, ale statystycznie to jedna na tysiac albo jeszcze wiecej dotknieta jest otyloscia spowodowana przez chorobe, pozostale sa chore z powodu otylosci: maja cukrzyce, otluszczenie watroby, choroby zwyrodnieniowe stawow, dla ktorych ciezar, jaki musza nosic, jest zabojczy, w faldach cielska maja odparzenia i grzybice, nadmiernie sie poca i ogolnie sa duzym obciazeniem dla systemow zdrowotnych. A ze do tego sa leniwe i zarloczne, teraz znalazly sobie eldorado dla usprawiedliwiania swojego wygladu cialopozytywnoscia, podczas gdy wiekszosc z nich ma dodatkowo depresje spowodowana zawiscia wobec szczuplych i sprawnych fizycznie kobiet z ich otoczenia. Nikt mi nie wmowi, ze ktorakolwiek z nich jest zadowolona ze swojego wygladu i wynikajacych z niego nieprzyjemnych nastepstw. To, co glosno wypowiadaja, jest ich obrona przed wyzwiskami i karcacymi spojrzeniami, jest tez klamstwem. Jednak osoby po prostu pulchne nie musza juz nosic obszernych namiotow, by ukryc faldki, z duma te faldki teraz pokazuja. Nie glodza sie, nie odchudzaja, po prostu zyja, a co wazniejsze, maja w dupie opinie innych. Ja z wiekiem tez coraz mniej przejmuje sie, co inni o mnie mysla. Nie wiem, co by mysleli, gdyby mogli czytac moje mysli i moja o nich opinie. 
 W kazdym razie trendy sa coraz zdrowsze i to mnie cieszy, jak i to, ze zyje w kraju, w ktorym nikogo nie interesuje, jak wygladaja czy zachowuja sie inni, dopoki swoim zachowaniem nikomu nie czynia krzywdy.

05 grudnia 2024

Tez tak macie?

 Juz dawno doszlam do wniosku, ze nie lubie sama siebie, choc podobno psychologowie zalecaja, zeby sie bezwarunkowo kochac, ale w ostatnim czasie jest to dla mnie bardziej zrozumiale. 
 Ide do lazienki myc zeby (zemby), wychodze z lazienki z umytymi zebami, umywalka, kibelkiem wstawionym praniem, choc wlasciwie nie planowalam i zalatwieniem kilku innych drobnych czynnosci. Biore ksiazke z regalu w salonie i opuszczam go po generalnym odkurzaniu i ukladaniu ksiazek wedlug jakiegos porzadku. Robie cos w kuchni, np. pieke ciastka, a przy okazji robie sto innych czynnosci, bo tu wpadly mi w oko jakies okruszki, tam plamka na blacie, wiec myje caly,a  ze stoi na nim toster, wiec oprozniam go przy okazji z okruszkow w jego szufladce, chowam cos do szuflady i po drodze robie w niej generalny porzadek, przecieram fronty szafek i robie tak mimochodem tysiac drobnych nieplanowanych rzeczy. Slubny wchodzi do kuchni robic sobie kawe, wiec ja sobie robi i wychodzi, ja przy robieniu kawy przetre automat, wyleje z jego pojemnika zuzyta wode, doleje nowa wode, dosypie kawe, w tym czasie kubek sie napelni. I tak jest ze wszystkim, nie potrafie poprzestac na jednym zadaniu, bo podczas jego realizacji zauwazam sto innych rzeczy do zrobienia.
 Mamy w sypialni firanke, to jedyny pokoj, w ktorym jest firanka, bo w salonie wystarczaja mi zaslony, u mamy jest taka firankowa roleta, w kuchni nie potrzebuje niczego, w lazience mam szybe we wzorek i zaslone z impregnowanej tkaniny. W sypialni dodatkowo mamy rolete zaciemniajaca. No i ta firanka wziela i sie podarla, nie wiem, czy tak sama z siebie, ale podejrzewam, ze kiedy przeciag zamknal okno, przytrzasnal firanke, a slubny chcial ja uwolnic i pociagnal za mocno, on jednak twierdzi, ze to wina Bulki, ktora czesto wlazi tam na parapet, z tym, ze podarcie przez kota wyglada inaczej, a slubnemu "iscie w zaparte" zostalo chyba z czasow dziecinstwa, bo czesto zaprzecza oczywistym faktom. Ale niech mu bedzie, tamta firanka zdazyla mi sie znudzic, wiec nie robilam scen i zamowilam sobie nowa. 
 Przyznac musze, ze dawno nie mylam tam okna, bo odkad monstera sie tak rozrosla, ze zaslania czesciowo swiatlo, a poza tym jest przywiazana do rur kaloryferowych, zeby sie pod ciezarem lisci nie wywrocila, to dostep jest mocno utrudniony. Tym razem jednak musialam miec wolny dostep nie tylko do okna, ale i do karnisza, wiec wszystko musialo zostac odsuniete, monstera (trzeba bylo odcinac sznurki, ktorymi byla przymocowana do rur), korytko na kwiatki, przybornik do szycia - i to na tyle, zebym mogla wlezc tam z drabinka. Odkurzylam nie tylko karnisz, umylam okno, a bylo naprawde bardzo zakurzone, przy okazji gruntownie odkurzylam i umylam kaloryfer, pelzalam na lolanach, zeby nie przeoczyc zadnego zakamarka czy listwy podlogowej. Umylam kwiatki, jedne pod prysznicem, ale monstere musialam czyscic recznie po jednym lisciu, glupia robota, ale potrzebna. Firanki oczywiscie musialam najpierw wyprasowac, zanim je powiesilam, ale teraz jest tak slicznie, ze nie wiem. 
 W tym szale odlozylam butelke pryskajaca na lozko, nie wiedzac, ze nie jest szczelna i zalatwilam sobie wszystko nie tylko na mokro, ale z pianka na dodatek. Przecieklo przez narzute, koldre, przescieradlo, ochraniacz, do materaca. Probowalam suszyc troche suszarka, ale nie dalo rady, wiec zeby moc spac, przewrocilam materac na druga strone, na szczescie nie zdazylo przeciec na wylot. Tak oto zamiar szybkiego umycia okna i zmiany firanek przerodzil sie w kilkugodzinna ciezka robote. I pomyslec, ze to dopiero jeden kacik w sypialni zrobiony. Teraz mam mocne postanowienie zabrania sie za ksiazki i zredukowania ich liczby. Znacie z Polski, jak sie ksiazki zalatwialo spod lady, wiec pozniej holubilo sie kazda sztuke, ale po co mi encyklopedia z lat 60-tych? Tam juz nic nie jest aktualne. Mam jeszcze ksiazki malo warte, do ktorych na pewno juz nigdy nie wroce. Trzeba to zmienic. Zaraz zrobi sie luzniej na regalach. One wszystkie i tak trafia po mojej smierci do kontenera z makulatura, bo moje dzieci nie czytaja po polsku, a wnuki to juz w ogole, nawet mowic nie chca. Ale poki zyje, lubie byc otoczona ksiazkami.
Tez tak macie, ze zaczynacie jedno, a konczycie zrobiwszy sto innych rzeczy?
 
  Dzisiaj Zoska obchodzi drugie urodziny. A dopiero jechalam do nich na wies, kiedy sie urodzila. No i dzisiaj przypada rowniez 43 rocznica naszego slubu, corka postarala sie o godny prezent na 41-sza.

03 grudnia 2024

Trzeba zyc mimo wszystko

 Mimo ze nawet nasza nieslawna ministerka spraw wewnetrznych, ktora wslawila sie ostra walka z krytykami obecnej polityki promigracyjnej i antyspolecznej, ostrzega calkiem powaznie przed realnym zagrozeniem terrorystycznym, szczegolnie teraz, gdy ludzie znajduja sie w szale zakupowo-adwentowym, kiedy nie tylko latwiej zapomniec o ryzyku atakow ze strony nieproszonych gosci, ale i nie brac powaznie ostrzezen, mimo tego postanowilysmy z corka zrobic dzieciom radoche i wybrac sie na jarmark swiateczny. Ministerka wprawdzie wydalila otworem gebowym ostrzezenia, ale to nie sluzby niemieckie odkryly planowane zamachy terrorystyczne, a CIA i to oni przekazali swoja wiedze Niemcom. Niemcy bowiem zdaja sie zyc w blogim przekonaniu, ze te sily fachowe przyjechaly tu pracowac, a nie zabijac. Przy czym jarmarki swiateczne sa bardzo silnie zwiazane z chrzescijanstwem i wszystkimi tradycjami wokol bozego narodzenia, sa wiec tym bardziej narazone na gniew muzulmanow. Ja i tak jestem zdziwiona, ze ta baba w ogole ostrzegla, ale chyba juz nie dalo sie dluzej ukrywac, ze zagrozenie jest realne. Jak wiec wspomnialam, na przekor wszystkiemu poszlysmy na jarmark, bo jakos zyc trzeba i nie wolno dac sie zastraszyc. Poza tym wychodze z zalozenia, ze komu by sie chcialo zamachnac na moje nic nie znaczace miasto. Bardziej spektakularnie przebiegaja zamachy w Berlinie czy innych duzych miastach, tam jest prawdopodobienstwo ubicia wiekszej liczby ofiar naraz.  Ale gdyby tak brac na powaznie ostrzezenia przed zagrozeniami, to czlowiek nawet we wlasnym domu nie czulby sie bezpiecznie, ze nie wspomne o ulicy i tlumnych imprezach typu koncert czy jarmark swiateczny. Nie moza dac sie zwariowac.
 Pamietacie nasz zeszloroczny wypad do Kassel na tamtejszy jarmark? Zoska byla jeszcze niechodzaca, wiec tkwila bezpiecznie w wozku, w swoim cieplym worku, a Junior wyjmowany byl z worka na okolicznosc przejazdzki na karuzeli. My z corka na luzie moglysmy ogladac stragany, a nawet cos kupic, ja w spokoju robilam zdjecia. I komu to przeszkadzalo??? Sie pytam? Bo juz w tym roku, mimo ze mialysmy ze soba wozek, chocholy nie chcialy za bardzo z niego korzystac. A tu nie dosc, ze nieprzebrane tlumy, to jeszcze ciemno, wiec bapcia przeszla kilka stanow przedzawalowych, bo co rusz chocholy rozplywaly sie w tlumie. I jak tu robic zdjecia? Ano albo wtedy, kiedy oba jeszcze siedzialy w wozku, albo kiedy kolowaly sie na karuzeli. Udalo mi sie utworzyc dokumentacje, wiec sie z Wami podziele. Towarzyszyla nam zaprzyjazniona Kurdyjka z trojka swoich pociech.









 Stare miasto przepieknie udekorowane swiatecznie, jarzylo sie milionami swiatelek, nawet nazwy ulic byly swiatelkowe. Niemilymi zgrzytami byly betonowe kloce, takie antyciezarowkowe, bo auta osobowe spokojnie moglyby wjezdzac i taranowac, widac zreszta radiowoz przedzierajacy sie przez tlum, bo ormo czuwalo. Tym razem nie widzialam policji w bojowych mundurach z dluga bronia, jak to mialo miejsce tuz po slynnym zamachu w Berlinie. Dziwnie sie czlowiek czul majac za plecami kogos, kto mial bron gotowa do uzycia. Nie bylo szans z ta piatka dzieciakow i w tym tlumie zrobic choc jednej rundy i poogladac stoiska, poprzestalismy wiec na zakupie frytek dla dzieciarni, a pozniej dlugo okupowalismy karuzele. Jedna pilnowala dzieci i biletow, druga wozkow i calego na nich majdanu, ja mialam szanse zrobic kilka zdjec.







 Zoska boczyla sie na Mikolaja i Mikolajke, nie chciala zapozowac blizej nich. Junior najpierw troche niepewny na karuzeli, ale pozniej trudno bylo go z niej sciagnac. Ogolnie dzieciaki zadowolone, my troche mniej, bo marzlysmy. Rece mialam jak sople lodu, wprawdzie wzielam ze soba rekawiczki, ale stale musialam je sciagac, a to zdjecie zrobic, a to podac jedzenie czy picie, a to costam jeszcze. Dobrze ze choc uszy mialam pod zimowa opaska i porzadne buty.  W koncu padlo haslo, ze idziemy dalej, do diabelskiego mlyna, ale po drodze dzieciaki zjedza crepes, to taka delikatniejsza wersja klasycznych nalesnikow, w tym przypadku podawana ze slodkim nadzieniem, Junior jadl z Nutella, Zoska z dzemem. Kiedy stalysmy i karmilysmy dzieciaki, one oczywiscie lataly dokola jak powalone i wciaz znikaly nam z pola widzenia. W wozku siedziec ani myslaly. Od tego momentu ja mialam juz dosyc tej wycieczki, zmeczona, zmarznieta, rece lepkie od Nutelli, bo karmilam Juniora, chcialam do domu, ale niestety bylam zalezna pojazdowo. Autobusy z racji jarmarku jezdzily jakos inaczej, nie chialo mi sie szukac przystankow. 






 Kiedy jednak w koncu dotarlismy pod ten diabelski mlyn, kiedy zobaczylismy kolejke do niego, wszyscy zgodnie stwierdzili, ze jedziemy do domu, bo zeszloby nam chyba dluzej niz godzine. Niestety, droga na parking wiodla obok niedawno oddanego do uzytku placu zabaw kolo Biblioteki Miejskiej, wiec dzieci oczywiscie musialy z niego skorzystac, ale tu przynajmniej nie bylo kolejek, ani takich tlumow. Szkoda tylko, ze bylo tam ciemno jak u Murzyna w dupie, nawet zdjecie z lampa blyskowa wyszlo tak sobie. Ale pewnie plac zabaw przewidziany jest tylko na dzien. Tam wlasnie, kiedy juz szlimy w kierunku parkingu, nagle zniknela nam Zoska i to tak zniknela, jakby sie pod ziemie zapadla. Wszyscy w panice, nawet jacys przypadkowi przechodnie wlaczyli sie do szukania, NIC, dziecka nie ma. Wolamy, szukamy, corka prawie placze, wreszcie znalazla sie zguba, wlazla miedzy rowery stojace rownolegle przy stojaku (widac je troche na ostatnim zdjeciu) i ani myslala wydac z siebie jakiegos dzwieku, cala zadowolona i szczesliwa, ze sie tak skutecznie schowala. Jesusmaria! To nie na moje zszargane nerwy takie zabawy w chowanego. Cale szczescie, ze dzieci naszej towarzyszki sa grzeczne i zdyscyplinowane, ale one sa juz troche starsze, bo gdyby jeszcze one robily takie ekscesy, to nie wiem. Junior juz troche slucha, ale to jeszcze nie to, czego mozna by od dziecka wymagac, moze w przyszlym roku bedzie latwiej. 
 Nie wiem, moze sie jeszcze raz wybiore, zeby obejsc wszystkie stoiska i napic sie czegos goracego, z alkoholem czy bez, ale w spokoju i bez dzieci. Kocham chocholy, ale co ja przy nich zdrowia trace, to wiem tylko ja.

01 grudnia 2024

I nastal grudzien

 Co z tego, ze nastal, skoro zamiast cieszyc sie nadchodzacymi swietami, wprowadzac w nastroj, miec nadzieje, ze szybko zleci czas ubywania dnia i rychlo zacznie go przybywac, czlowiek zastanawia sie, czy czasem nie bedziemy tych swiat spedzac w ciemnosci i w piwnicach. Widmo wojny jest tak realne, jak nigdy wczesniej przez cale moje zycie. Strasza nas nie tylko wojna, ale bardzo prawdopodobnym blackoutem, juz w styczniu moze calkowicie zabraknac w Niemczech pradu, a wine za to ponosi polityka zielonych, ktora coraz bardziej wyglada na sabotaz przeciw panstwu, jego gospodarce i narodowi. Rozumiem potrzebe wygaszenia elektrowni weglowych, nie tylko z racji zanieczyszczania srodowiska spalinami, ale zwyklego braku paliwa, kopalnie staja sie nierentowne, sa zamykane. Nie moge jednak pojac, dlaczego nie tylko zamknieto i wygaszono dobrze dzialajace czyste elektrownie atomowe, ale rowniez wysadzono je w powietrze, zamiast zostawic jako opcje awaryjna, gdyby zaszla taka potrzeba. Jakby komus zalezalo na pozostawieniu panstwa bez tak potrzebnego pradu, zwlaszcza ze elektrownie wiatrowe czy sloneczne nie sa pewne w 100%. I teraz wychodza na swiatlo dzienne takie kwiatki jak pisma wicekanclerza, tego od czarnej glowy do rzadu Francji z zapytaniem, ile moga sprzedac Niemcom energii produkowanej przez swoje elektrownie atomowe. Czaicie? Bo mnie sie juz w to wierzyc nie chce, w te super hipokryzje, ktora coraz bardziej smierdzi sabotazem.
 Trwaja przepychanki przedwyborcze, a co jeden program to lepszy i bardziej zagrazajacy bezpieczenstwu panstwa i obywateli. Kandydat chadekow juz lapy zaciera, by dawac Ukrainie niemieckie rakiety dalekiego zasiegu, w tej kwestii przynajmniej obecny kanclerz jest madrzejszy, choc w sumie tez psu o kant tylka rozbic. Chadecy nie osiagna wiekszosci parlamentarnej i mieliby do wyboru dwoch koalicjantow, alternatywe albo zielonych. Tych pierwszych nie chca na partnerow, z tymi drugimi nic sie w polityce nie zmieni, gospodarka bedzie nadal sukcesywnie niszczona, bandyci sprowadzani, obywatele wyciskani jak cytryny, cenzura zaostrzona do granic absurdu.
 We mnie i w wielu innych obywatelach rosnie strach przed konsekwencjami kozackiej polityki chadekow, ktorzy glosno wykrzykuja, ze nie dadza sie Wolodii zastraszyc. Tyle tylko, ze jak przyjdzie co do czego, to oni wlasne dupy ewakuuja w bezpieczne miejsce na ziemi, a nas zostawia na pastwe. Ktoregos dnia, kiedy bylam w pracy, nagle uslyszalam ogluszajacy huk, na tyle glosny, ze szyby sie zatrzesly. Mozecie wierzyc albo nie, ale pomyslalam o najgorszym, ze wlasnie sie zaczelo, az mi sie niedobrze zrobilo. Chwycilam za telefon, na miejskiej stronie na fb wiecej zaniepokojonych ludzi dopytywalo, co sie dzieje. Stanelo na tym, ze to musial byc mysliwiec przekraczajacy bariere dzwieku, ale cos mi nie pasuje, nie slychac bylo poza hukiem nic wiecej, a normalnie powinno byc slychac wizg lecacego odrzutowca. Kiedy jeszcze Getynga byla praktycznie granicznym miastem, jako ze do granicy z bylym DDRem mamy stad rzut beretem, i w miescie stacjonowal pancerny garnizon, zas w pobliskim Northeim znajdowalo sie lotnisko, mysliwce czesto lataly nam nad glowami i bywalo, ze przekraczaly bariere dzwieku. Ale wtedy i huk byl mniejszy, i slychac bylo lecace samoloty. Inna rzecz, ze kiedy zaczynalo je byc slychac, one juz byly w Northeim, bo dzwiek za nimi nie nadazal. Zle dziala na mnie i z pewnoscia na innych to przerzucanie nad naszymi glowami grozb i ostrzezen, prezenie muskulow przez wielkich tego swiata. Wiadomo, ze to nie oni,  a my bedziemy ponosic konsekwencje ich nietrafnych decyzji i zlej polityki. Juz ponosimy, bolesnie odczuwamy dobre serce cioteczki Angeli, ktora kasuje tlusta emeryture, a w wolnym czasie pisze memuary, za ktore skasuje jeszcze wiecej. Ja na pewno nie wespre jej i nie kupie tej cegly (tak na oko z 1000 stron), to babsko zniszczylo zycie mnie i wielu innym z moich dolow spolecznych, powinna siedziec w kryminale, a nie plawic sie w slawie i luksusach. Od niej bowiem zaczela sie ta rownia pochyla, po ktorej zjechalo na sam dol to niegdys najsilniejsze gospodarczo panstwo w Europie i jedno z silniejszych na swiecie.

Marcowa magia

     Pierwszej marcowej nocy wrozka Przedwiosenna przycupnela zmeczona na dachu jednego z domow w niewielkim miescie uniwersyteckim. W ostat...