Translate

13 grudnia 2020

Rynce opadajo

 Okazuje sie, ze z niektorymi trzeba rozmawiac przy pomocy maczugi, bo normalne i grzeczne prosby nie pomagaja. Mialo nie byc jarmarkow przedswiatecznych w ogole, ale litosciwie pozwolono zbudowac budy z drobnymi pamiatkami i upominkami, jak rowniez slodyczami, ale tylko do kupienia, zabrania i odejscia. Absolutny zakaz objal tak lubiane stoiska z grzanym winem, ponczem czy grogiem, wokol ktorych staly grupy ludzi i nakrecaly sie swiatecznie. Zrozumiale. Pozwolono jednak w drodze wyjatku na grzance na wynos, tj. do wziecia sobie do domu. Tymczasem cwany narod bral te grzance, kotwiczyl gdzies z boku i staly tak te pijace grupy jak dawniej, oczywiscie bez masek, bo w piciu przeszkadzaly. Zakazano wiec napojow na wynos.  
Prosi sie ludzi o pozostawanie w domach czy chocby w miejscowosci zamieszkania, ale  wszyscy chca byc madrzejsi od madrych i jezdza jak powaleni, choc wcale nie musza. W Polsce to samo, zrobiono wyjatek z noclegami w hotelach wylacznie dla podrozujacych sluzbowo, to teraz kazdy byle turysta jest w delegacji. Nawet moi znajomi, z ktorymi niedawno rozmawialam przez telefon, zapowiedzieli, ze na swieta jada do Zakopanego, jak co roku, a ze nocuja zawsze w prywatnych kwaterach, to nikt sie do nich nie przyczepi. Nie trafiaja do nich zadne argumenty, oni zawsze jezdzili, wiec pojada i teraz.
Ostatnio jedna z moich znajomych umiescila na fb  statystyki tej "prawdziwej pandemii" hiszpanki z 1918 roku i obecnej "plandemii" i zaczela porownywac procentowo, ze niby ta obecna nijak sie ma do tamtej, bo wtedy zmarlo tyle a tyle procent populacji, a teraz znacznie mniej, wiec nie ma pandemii. Nie wziela pod uwage, bo i po co, postepow w medycynie, ktore nastapily przez te 100 lat, jak rowniez nie zauwazyla, ze tamta pandemia dawno juz sie skonczyla i dane o zgonach sa stale w przeciwienstwie do tego, co trwa obecnie i czego konca na razie nie widac. Moze wiec sie zdarzyc, ze liczba chorych i zarazonych daleko przekroczy procentowo pandemie z 1918 roku. Oby nie, ale zdarzyc sie moze jeszcze duzo, wiec nielogicznym jest robic te porownania TERAZ. Ale dla koronasceptykow wszystkie chwyty sa dozwolone, zeby udowodnic ich racje.
Merkel wymyslila sobie, ze ostry lockdown urzadzi nam za dwa tygodnie, bo dzienne raporty o zarazonych i zmarlych zaczynaja budzic groze i bic rekordy. I to mimo wnioskow przewodniczacych landow o jego przyspieszenie, bo zaczyna brakowac miejsc w szpitalach. Saksonia juz na wlasna reke, nie czekajac na prikaz federalny, zaostrzyla przepisy, a reszta czeka nie wiem na co. Malo kto moze zrozumiec opieszalosc kanclerki w tej kwestii, skoro prosby o ostroznosc nie odnosza oczekiwanego skutku, liczby zastraszajaco rosna, a ludzie zachowuja sie jakby zadnej pandemii nie bylo, to trzeba przemowic do nich kijem bejsbolowym, rygorystycznie pilnowac i nieuchronnie karac idiotow. Inaczej czeka nas zapasc w sluzbie zdrowia, a pandemia nie skonczy sie nigdy. Merkel nie ma podobno dosc uprawnien i prosi ladowych premierow o wieksze ograniczenia pandemiczne. Cos takiego! A ja myslalam, ze ma, skoro w niektorych przypadkach lamie prawo i konstytucje, kiedy jej wygodnie. Cytat z Deutsche Welle:
Według „Die Welt" z punktu widzenia polityki strategia walki z koronawirusem zakończyła się fiaskiem z winy obywateli. „Wszystkie apele zawiodły” – przyznał premier Saksonii. „Kluczowi politycy zdają się mieć nadzieję, że nikt nie zauważy sprzeczności: najpierw podejmuje się kurs, który nie opiera się na osobistej odpowiedzialności, tylko na zamykaniu, ograniczeniu kontaktów i godzinie policyjnej w ogniskach koronawirusa. Jeśli droga ta nie prowadzi potem do celu, winę ponoszą nierozsądni obywatele. Moralizatorstwo maskuje fakt, że osoby odpowiedzialne nie wykonują swojej pracy” – krytykuje dziennik.

Tak wiec nietylko w Polsce dzieja sie dzialania niezrozumiale dla myslacych logicznie.

 

11 grudnia 2020

Kopci mi sie kolo tylka

 Wirus byl, jest. Gdzies. Owszem, chorowali nawet znajomi, ale dalsi. Jedna z corek byla wprawdzie razem z dziecmi na kwarantannie, bo w przedszkolu trafil sie jeden chory dzieciak. Byly statystyki, liczby zakazen i zgonow, ale to wszystko dzialo sie daleko. I byli tez koronasceptycy opowiadajacy jakies farmazony, snujacy teorie spiskowe, wyszydzajacy chorych i umierajacych w szpitalach, nazywajacy ich statystami, ale sami karnie nosili maseczki, myli i dezynfekowali lapki. Po co? Skoro nie ma zadnej pandemii, a statysci umieraja przeciez wylacznie na choroby towarzyszace.
Wczoraj jedna z corek zameldowala  na naszej rodzinnej grupie whatsappowej, ze jej luby jest pozytywny i choruje, a ona ma nakazana kwarantanne. 
Zaczela sie lekka panika w rodzinie, bo:
1. przedwczoraj umowilysmy sie na spacer z Toya. Wprawdzie utrzymywalysmy odstep, ale na zewnatrz nie mialysmy masek, no i nie sposob przez caly czas byc od siebie te wymagane poltora metra
2. W niedziele wszystkie moje corki i ów chory i pozytywny luby spotkali sie u jednej z nich w domu, zeby razem z dzieciakami piec ciasteczka - kilka godzin razem w pomieszczeniu zamknietym. Dwa dni pozniej on zachorowal, zostal przetestowany, POZYTYWNY
Luby choruje w domu, w innym miescie, ma kwarantanne. Corka zamknieta w domu na 14 dni. Dwie pozostale i my na razie nie dostalismy prikazu siedzenia w domu, ale gdzies z tylu glowy jest strach, czy sie nie zarazilismy. 
I teraz wyobrazcie sobie, ze i my bedziemy musieli zostac w domu. Normalnie moglibysmy liczyc na pomoc dzieci, w zakupach, wyprowadzaniu psa, a tak... Trzeba bedzie prosic obcych. Juz sie boje.


09 grudnia 2020

Bo to zla kobieta jest...

 W bajkach zawsze bawilo mnie okreslenie "przemierzal", a dotyczylo ono glownie pasozytniczych ksiazat, ktorzy nie mieli nic innego do roboty, jak wlasnie przemierzac gory i lasy we wlasnym krolestwie albo na goscinnych wystepach w krolestwach sasiadujacych. Tak przemierzali te uzytki i nieuzytki, czasem calkiem sami, innym razem z obstawa w postaci dworu i robili ksiezniczkowy rekonesans. Spotykali jakies gesiareczki czy tam inne pracowite Dorotki, nierzadko mylili sie w ocenie i zakochiwali w niewlasciwym obiekcie, po czym ruszali w droge dalej przemierzac. Czyli szlajac sie bezproduktywnie, zamiast zajac np. wolontariatem w schronisku dla zwierzat. Oczywiscie takie refleksje nachodzily mnie, kiedy czytalam te bajki wlasnym dzieciom, a nie kiedy sama bylam dzieckiem, wtedy wypatrywalam przez okno, czy to przemierzanie nie bedzie bieglo wzdluz mojej ulicy,  bylam zwarta i gotowa zostac ksiezniczka, gdyby trafil sie odpowiedni kandydat na bialym kuniu (jakim kuniu? przeciez w bajkach bywaly jedynie rumaki).

No i teraz sama przemierzam, wprawdzie nie  bezdroza, ale rozne zakatki internetow i czasem trafiam na takie perelki, ze glowa mala. Ostatnio dowiedzialam sie, zem stracona na wieki, ale od poczatku. Wpadl mi przed oczy artykul o grzechach i nie, zebym sie specjalnie przejela, bo ja lubie grzeszyc, grzeszenie jest bardzo przyjemne, ale dowiedzialam sie, ze nawet, gdybym sie nawrocila i postanowila wyspowiadac (buhahaha!), to i tak nie dostane rozgrzeszenia, bo moje grzeszenie jest najciezszego kalibru. Slowem, jesli zdarzy mi sie teraz wyciagnac kopyta, jeszcze zanim wpadnie mi do glowy powrot na koscielny memlon, to mam jak w banku pieklo, a w najlepszym wypadku z najlepszych - czysciec. 

Pierwszy w szeregu grzechow najciezszych to apostazja, no mam go na sumieniu.  Nastepny to konkubinat, nie ma co ukrywac, zyje z chlopem blisko 40 lat na karte rowerowa czyli jakas niewazna w oczach kosciola cywilna ceremonia, a nie porzadny slub koscielny. Czytaj: nie zaplacilam haraczu za slub, organy, czerwony dywan i nie wiem co tam jeszcze, wiec sie nie liczy. No i z tego konkubinatu mam troje dzieci, a moglam zyc w czystosci, grzech bylby mniejszego kalibru. Ale nie, TO grzeszenie szczegolnie mi sie podoba, wiec nie dosc, ze grzeszylam czesto, to jeszcze sie zabezpieczalam niedozwolonymi metodami, zeby tych dzieci nie bylo wiecej. No po prostu zabijalam nienarodzone w fazie przedzaplodnieniowej. Ludobojstwo na wielka skale, nie da sie tego inaczej okreslic. Nie udalo mi sie tylko dokonac aborcji, wiec moze zostanie mi to policzone na plus. Popelnialam tez nagminnie grzech swietokradztwa, nie majac za grosz szacunku do swietych osob z wielkim dorobkiem oraz lekce sobie wazylam prawie caly kler, zamiast przed nim kleczec i po lapach calowac. Za to nie niszczylam miejsc kultu, ale tez nie czulam w tych miejscach swojej malosci i zerowej wartosci, choc powinnam.

I jak ja teraz bede z tym zyla? Musze poprzemierzac dalsze rejony internetow, moze znajde remedium na wieczne potepienie.


07 grudnia 2020

Nicpon Burek

 Nie tak dawno podejrzalam u Bezowej jakies takie wypieki podobne do pasztecikow, no i wzrosl mi apetyt na taka wlasnie potrawe. Slubnego wyslalam po polski czerwony barszczyk, a osobiscie kupilam gotowe surowe ciasto francuskie. Wolalam sama kupic, bo wiadomo, jak to bywa z zakupami produktow, ktorych mezczyzna w zyciu na oczy nie widzial, nie tylko moglby nie znalezc, to pewnie kupilby cos innego albo oglosil, ze w ogole nie ma. 

Przygotowalam farsz z kiszonej kapuchy, grzybow, smazonej cebuli i mielonego i doczekac sie nie moglam, zeby sprobowac gotowych pasztecikow. Ale potem wszystko poszlo nie tak jak powinno. Farszu bylo chyba za duzo, a ja chcialam pojsc na skroty i zamiast dlubac kazdy pasztecik osobno, postanowilam zawinac farsz w ciasto jak to sie robi w przypadku makowca, a potem pokroic i wtedy piec. Ale, jak wspomnialam, farszu bylo za duzo, zdolalam odkroic dwa paszteciki, stwierdzilam, ze nie da sie tego zrobic w zaplanowany sposob, wiec wrzucilam do piekarnika calosc. No trudno, paszteciki beda jedzone nozem i widelcem. Kiedy sie piekly, przygotowalam barszcz i potem ruszylismy do ataku. Wygladac to to nie wygladalo, ale smakowalo wysmienicie, tyle tylko, ze nie dalo sie tego duzo zjesc, zostal kawal tego tworu, ktory trudno nazwac pasztecikiem, pasztetem tez nie, no farszu owinietego ciastem francuskim. Mial byc na kolacje, bo i barszczu mielismy nadmiar, a jak cos smakuje, to chetnie zje sie jeszcze raz.

Odlozylam na talerz, postawilam go na kuchence, zeby wystygl, i na chwile poszlam do lazienki. Nie bylo mnie moze 10 minut, a kiedy wrocilam, na kuchence znalazlam kilka okruchow, za to talerz byl pusty. Rece oraz biust z glosnym plasnieciem opadly mi na podloge... I nie dlatego, ze Burek nam to pozarl, ale pozarl produkty, ktore psom moga bardzo zaszkodzic, grzyby, cebula i kapusta oraz cale mnostwo przypraw. Co o cebuli pisza fachowcy:

Cebula raczej nie jest warzywem, które chętnie jedzą psy. I bardzo dobrze, ponieważ w swoim składzie zawiera ona tiosiarczan sodu. Ta toksyczna dla psów substancja spowodować może anemię, rozpad krwinek czerwonych, a także zaburzenia ze strony układu pokarmowego. Groźna dawka cebuli dla psa, który waży 10 kilogramów, wynosi zaledwie 50 gramów. Po ugotowaniu warzywo to nadal jest dla zwierzęcia niezwykle groźne. Zatrucie tiosiarczanem sodu często przebiega bezobjawowo, jeżeli pies je małe dawki cebuli lub czosnku. Wówczas zatrucie jest widoczne w badaniu laboratoryjnym krwi za sprawą delikatnej anemii.

Nie wiem, ile tego wciagnela, trudno mi okreslic. Sprawdzilam grzyby, podobno nie sa dla psow szkodliwe, choc rownie ciezkostrawne jak dla ludzi. Pozostalo nam juz tylko obwiesia obserwowac i w razie czego szukac pomocy weterynaryjnej, ale na szczescie ten hultaj wydawal sie byc w dobrej formie. Bylismy nawet przygotowani na ewentualne nocne spacery, gdyby zaczely sie jakies sensacje zoladkowe, ale i tu nic sie nie wydarzylo, moglismy w spokoju przespac do rana. Gdyby nie ten strach o mozliwe nastepstwa zdrowotne tego wykroczenia, to pomijajac lekka nasza irytacje, ze taki smakolyk przeszedl nam kolo nosa, rechotalismy sie z tego psiego szatana. Bo trzeba bylo widziec jej mine, z jednej strony pelna winy i przeprosin, a z drugiej promieniejaca satysfakcja, z oczami pelnymi psotnych iskierek i paszcza ze zbojeckim polusmiechem.

 

05 grudnia 2020

Nauki przedmalzenskie

 Jak zapewne juz wiecie, nie palam szczegolna sympatia do ksiezy, a glownym tego powodem jest sposob, w jaki traktuja cywili. Jakby ci ostatni byli co najmniej niespelna rozumu, z taka wyzszoscia, protekcjonalnie dosyc. Czy im sie nadal wydaje, ze tylko oni posiedli jakas wiedze, a cala reszta to niepismienni parafianie? Chyba na to wychodzi, szczegolnie kiedy taki ksiadz ma za zadanie przygotowac pare do zycia malzenskiego na tzw. naukach przedmalzenskich. I nie szkodzi, ze czesc uczniow juz spodziewa sie dziecka lub co najmniej rozpoczela zycie seksualne, ksiadz, z zalozenia zyjacy w celibacie, bedzie ich uswiadamial o seksie i antykoncepcji, a wszystko to z punktu widzenia kosciola. Jakby nie wystarczylo pogadac o wzajemnym szacunku, zaufaniu, milosci, a nawet poboznosci. Nie, ksieza maja takie zboczenie, ze sami teoretycznie aseksualni, najbardziej wlasnie interesuja sie ta sfera zycia malzenskiego.

Wszyscy przymusowi uczestnicy narzekaja, ze musza brac udzial w tych smiesznych i, nie bojmy sie uzyc slowa, glupich i nienaukowych szopkach, ale taki jest wymog, inaczej nie dostana slubu i juz. Ale, jak juz wielokrotnie wspomnialam, klerowi nie zalezy wcale na ewangelizacji, a wylacznie na trzepaniu kasy, wiec oczywiscie zwolnienie z nauk tez mozna sobie kupic, ksieza handluja papierkami az milo.

Przypadkiem weszlam na forum, gdzie dyskutanci dzielili sie najbardziej absurdalnymi "naukami", z jakimi sie zetkneli na tych kursach. No sami powiedzcie, czy to nie swiadczy o tym, ze ksiadz potraktowal ich jak polglupkow o ilorazie inteligencji ameby. Cytaty przytocze jak leci:

- prezerwatywy urywają plenmnikom ogonki i pożniej rodzą się dzieci bez rączek lub innych kończyn

- mężczyzna może zdradzać swoją żonę, bo w sumie to nie jest nic złego, ale tylko pod warunkiem, że się jej nie przyzna, bo jego szczerość może doprowadzić do rozpadu związku małżeńskiego 

jedyna dozwolona pozycja to misjonarska, tylko w ten sposób kobieta może kontrolować swoje żądze, a jakby przypadkiem oddawała się przyjemności i wydawała jakieś odgłosy to można ją lekko przydusić (sic!) swoim ciałem

- jak matka sie nie ucieszy gdy zobaczy dwie kreski na tescie to chociazby przez całą dalsza ciaze byla przeszczesliwa to i tak dziecko doznało juz ciezkiego urazu i bedzie z tym urazem zylo do konca zycia 

- nasienie męża daje kobiecie szczęście, czyni ją mądrzejszą i zdrowszą...
no i dlatego w trosce o nasze zdrowie i szczęście nie powinniśmy używać prezerwatyw i jak ognia unikać stosunków przerywanych, bo to powoduje frustracje i niepokoj u kobiet 

- odmawianie współmałzonkowi seksu to grzech ciężki

- diabeł czyha cały czas,żeby małżeństwo rozwalić,czasami przybiera postać teściowej,ktora potrafi sie zięciowi "podlożyć",a jakże...(Podobno na spowiedzi o wielu takich przypadkach księżulo słyszal..)

- w takim ,dajmy na to Londynie są lepsze agencje towarzyskie,więc nie wyganiajmy biednych mężow na zarobek za granicę

-  nie wolno doprowadzać mężczyzny do ostateczności,bo może glupotę zrobić np zdradzić,bo faceci tacy wrażliwi są i nie wolno ich denerwować

I tak dalej w ten desen, bylo tego duzo wiecej, a co jedno, to glupsze. Ciekawe, ze nasze babki braly sluby koscielne bez tych bzdur, za ktore pewnie trzeba slono zaplacic i w tym tkwi sedno ich wprowadzenia. Z pewnoscia nasze babki mialy bardziej utrudniony dostep do publikacji uswiadamiajacych, mniej wiedzialy o metodach antykoncepcji, a o seksie calkiem niewiele. Nikt im ciemnoty nie wciskal, dowiadywaly sie jednak jakos od starszego rodzenstwa, rzadziej od rodzicow, matek w szczegolnosci albo rzucaly na gleboka wode i zdobywaly doswiadczenia juz po wyjsciu za maz.

Bywa tez inaczej. W moich poszukiwaniach trafilam na blog Polki mieszkajacej w Niemczech, ktora opisuje, jak tam wygladaja takie nauki. Przede wszystkim nie sa obowiazkowe! A reszte poczytajcie sobie TUTAJ i przeczytajcie do samego konca, jest tam ciekawostka na temat spowiedzi w ogole, a przedmalzenskiej w szczegolnosci. Jesli mam byc szczera, w tych naukach moglabym wziac udzial jako adeptka pozycia malzenskiego. 

I jeszcze na koniec z lekcji religii i przygotowania do zycia w rodzinie: 

Kobieta, ktora jest po slubie i nie ma dziecka, musi sie co miesiac spowiadac ze zmarnowanego jajeczka.

Podczas okresu kobieta jest brudna i nieczysta i nie powinna wychodzic z domu, ani tez nikogo dotykac.

Kiedy kobieta ma okres, powinna zasugerowac mezowi, aby sie do niej nie zblizal, podajac mu do obiadu barszcz albo czerwony kompot.

Do zaplodnienia dochodzi tylko wtedy, kiedy kobieta odczuwa przyjemnosc podczas seksu, jesli wiec zgwalcona kobieta zajdzie w ciaze, to nie ma prawa usunac plodu, bo najwidoczniej jej sie podobalo i popelnila grzech seksu przedmalzenskiego.

Seks malzenski mozna uprawiec wylacznie z mysla o wydaniu potomka.

Kobieta stosujaca antykoncepcje nie szanuje sie i prowokuje u meza pokuse zdrady, bo stosujac naturalne metody planowania rodziny, do seksu dochodzi wtedy, kiedy kobieta ma dni nieplodne i mezczyzna musi sie powstrzymywac przez pozostale dni, jesli zas ma seks codziennie, nie bedzie umial z niego zrezygnowac w przypadku choroby zony lub pologu.

Aaa... najbardziej podobalo mi sie, ze miesiaczka to krwawe lzy macicy stesknionej za macierzynstwem.

No i jeszcze wybzdziny niejakiej Dudziak, podobno profesor, zeby czasem sie nie podmywac, bo to za bardzo podchodzi pod masturbacje. Juz sobie wyobrazam, jak nieznosne dla nosa musi byc bezposrednie sasiedztwo tej uczonej katolickiej.

A w ogole to dzisiaj mamy 39 rocznice slubu, stad wziely mi sie te slubno-przedslubne tematy.


03 grudnia 2020

A ja im wbrew...

 ... a moze w brew? Im ja. 

Ci oni to antyszczepionkowcy. Ja zas jestem bardzo pro, chociaz ostroznie i nie bezwarunkowo. Urodzilam sie w czasach, kiedy gruzlica jeszcze hulala w najlepsze,  nie brakowalo dzieci chorych na Heinego-Medina (wtedy mowilo sie chory na hajnemedine), a ospa prawdziwa jeszcze zbierala swoje zniwo. Tym samym szczepionki jawily sie jako blogoslawienstwo, ale wtedy jeszcze bigfarma nie rzadzila swiatem medykamentow. Kiedy urodzilam wlasne dzieci, nie mialam najmniejszych watpliwosci, ze bada szczepione, zreszta w tamtym czasie szczepienia byly bezwzglednie obowiazkowe i milicja miala obowiazek scigac rodzicow, ktorzy by sie ociagali z prowadzeniem przychowku do poradni D. 

Potem wybuchla antyszczepionkowa histeria i posiala w sercu mem watpliwosci, ale nadal nie zmienilam szczepionkowego swiatopogladu. Antyszczepionkowcy mnie nie przekonali swoimi argumentami. Kiedy urodzily sie moje wnuki, a corka radzila sie, co ma z tym fantem zrobic, przekazalam jej swoja wiedze i doswiadczenia, ale polecilam na wszelki wypadek porozmawiac szczerze z pediatra albo dwoma. Dzieci zostaly zaszczepione, choc obowiazku nie bylo.

W 1968 roku, podczas epidemii slynnej grypy Hong-Kong, dopadlo i mnie, a tak ciezko przechodzilam, ze o malo nie zeszlam. Niewiele brakowalo, mialam temperature 41,4°C, a rodzice nie mogli sie doczekac karetki. Od tego czasu naprawde boje sie grypy i jej powiklan, choc wtedy wyszlam z tego obronna reka. Od ponad 20 lat kazdej jesieni szczepie sie przeciwko grypie. I wiem, wirus rok rocznie mutuje, wiec nabieram odpornosci na wirus ubiegloroczny, ale nie szkodzi, bo gdybym sie zarazila, z pewnoscia przejde grype znacznie lzej niz gdybym nie byla zaszczepiona.

Poza tym pilnuje terminow innych szczepien, np. przeciw tezcowi. Ostatnio podczas wizyty u naszej rodzinnej pielegniarka zaproponowala mi szczepienie przeciw pneumokokom polecane osobom po 60-tce, wiec tez sie mu poddalam. W koncu hula niebezpieczny wirus atakujacy rowniez pluca, wiec moze mnie ta szczepionka wybroni? Mialam wprawdzie lekka reakcje poszczepienna, trwalo ze trzy dni bolenie ramionka, byl obrzek, ale to wszystko. Na kolejna szczepionke, tym razem przeciwko polpascowi, umowilysmy sie wtedy na polowe listopada. I dobrze sie stalo, bo tym razem reakcja byla bardzo porzadna. Wprawdzie ta moja ulubiona pielegniarka z Kazachstanu, ktora genialnie bezbolesnie robi zastrzyki i pobiera krew, ostrzegala mnie, ze moze wystapic lekka temperatura, ale to, co sie ze mna dzialo, dalekie bylo od oczekiwanej reakcji. Juz sie balam, ze zlapalam covida. Glowa mi pekala i nie pomagaly tabletki, trzeslo mna jak na dworze w mroz, bylam slaba, mialam problemy z oddychaniem i przez dwa dni spalam. Dopiero kiedy pogrzebalam w internetach, okazalo sie, ze to jednak reakcja na szczepienie. Za dwa miesiace czeka mnie druga tura tego polpasca, ale bede miala spokoj na dluzej. 

Jeszcze slowo o szczepionce, ktora niby jest, a jej nie ma, przeciwko koronawirusowi. No wiec ja odpadam, chyba ze mnie zmusza sila. Dobrowolnie nie poddam sie szczepieniu czyms, co zostalo stworzone na kolanie i w pospiechu, nie do konca zbadane pod katem dalekich w czasie reakcji ubocznych i innych niepozadanych dzialan. Dla mnie jest ona zbyt ryzykowna.

Jak tam u Was? Pilnujecie terminow powtorzen pewnych szczepien? Szczepicie sie w ogole? Jaki jest Wasz stosunek do szczepionki na covid?

Znalazlam przypadkiem artykul na temat tej nowej szczepionki Pfizera i kilku innych nietrafionych lekarstw tej firmy. Po tej lekturze mam jeszcze mniejsza ochote na szczepienia przeciw koronawirusowe. KLIK TUTAJ.


01 grudnia 2020

Juz grudzien

 Skonczyl sie listopad i nie ma co narzekac, bo nie byl taki zly. Pogoda wlasciwie dopisywala, bylo cieplo i dopiero pod koniec miesiaca musialam rankami uskuteczniac skrobanki szybne. Na mojej trasie do pracy w dwoch miejscach sa zablokowane pasy ruchu, wiec tworza sie korki i denerwuja. Ciekawe, jak dlugo potrwaja te utrudnienia. Pierwsze przewezenie jestem w stanie ominac jadac troche inna droga, ale to drugie jest nie do ugryzienia, nie ma zadnej alternatywy. 

Mam deficyty swiatla, wstaje w srodku nocy, nawet do auta wsiadam po ciemnosci. A auto zaczelo palic jak smok, bo to i swiatla, i nadmuchy, ogrzewania, tylna szyba - i zaraz zuzycie polecialo o litr do gory. Coraz dalej tez zajezdzam na zimnym silniku, a w tym przypadku ta kobyla nie ma ciagu, trzeba bardzo ostroznie obchodzic sie z, za przeproszeniem, pedalem gazu, bo inaczej go zatyka. Tez ma swojego zimowego covida motoryzacyjnego. 

Dobrze chociaz, ze nie pada, to moge sobie polatac z Toyka, obie mamy z tego pozytek, Buras sie wycieka i nawacha nowych zapachow, czasem mamy szczescie i spotkamy kumpla, ktory lubi sie poganiac, wiec zaczyna sie szalenstwo i potem przynajmniej w domu zmeczony pies spi. Ja mam tez swoja korzysc, spalam kalorie, napawam sie swiezym powietrzem i duzo lepiej spie w nocy. A ze spaniem mam coraz wiecej problemow, albo z zasnieciem, albo z przespaniem do jakiejs cywilizowanej pory, budze sie o 3 albo 4 i juz nie moge zasnac. A potem snuje sie jak zombie, jakas taka niedorobiona i niedospana. W sobote udalo mi sie dospac do 6.30, co jak na mnie to prawie do poludnia, ale juz w niedziele obudzilam sie jak zwykle o 4.00. Bywaja noce, ze budze sie po kilka razy, co tez nie sprzyja porzadnemu wyspaniu sie. Ehhh... starosc mnie chyba dopada i zwiazane z nia mniejsze lub wieksze upierdliwosci.

Nadal trzymamy sie z daleka od zagrozen wirusem, w tym roku po raz pierwszy nie bylismy na urodzinach naszego przyjaciela, moich tez nie wyprawialismy, a w perspektywie mamy swieta, ktore tez spedzimy we dwoje. Na pewno polazimy gdzies z sucza, pogapimy sie na te glupie swiateczne filmy albo i nie i bedziemy sie objadac swiatecznymi specjalami, bo nie mam zamiaru z nich rezygnowac, nawet pewnie znow zrobie ilosci hurtowe i dzieciaki sobie zabiora. 

Niby sie ciesze, ze nie ma sniegu, bo nie lubie jezdzic po slizgawkach, ale na same swieta nie mialabym nic przeciwko bieli za oknem. Czlowiek ubralby sie grubiej, Burku zalozyl sweterek i mozna by swiatecznie polatac i pospalac kalorie. Na ale na razie grudzien dopiero sie zaczal, nie ma co tak wybiegac w przyszlosc. 

Obysmy tylko zdrowi byli!

 

Przerwa czy koniec?

     Do napisania tego posta sklonil mnie ostatni komentarz pod poprzednim: "... nie wiem, czy usuwac go (chodzi o moj blog) ze swojej ...