No i stalo sie! Bede miala rodzine w psychiatryku! Nie zeby slubny zwariowal ze szczescia po dlugoletnim pozyciu ze mna, nie nie. Chodzi o pozanastepne pokolenie.
Jak wiecie, najmlodsza corka przeprowadzila sie z powrotem na stare smieci i od razu ruszyla na podboj placowek dziennej opieki nad dziecmi. Tu jest tak, ze czesto dzieci zapisywane sa do przedszkola zaraz po urodzeniu, bo potem to roznie bywa. Niby wedlug prawa kazde dziecko ma zagwarantowane miejsce w Kita (Kinder Tagesstätte - dziecieca opieka dzienna, a taka placowka to niekoniecznie tylko przedszkole, sa tam tez duzo mlodsze dzieci), a ona jako samotny rodzic ma priorytety, poza tym chce jeszcze w tym roku wrocic do pracy, wiec zameldowala dzieci w pieciu Kita, wiecej nie wolno, bo pewnie wyslalaby formularze meldunkowe do wszystkich. No i potem spokojnie czekala na odzew.
Nie wszystkie Kita byly bardzo w poblizu, ale corka byla zdesperowana i gotowa nawet wozic dzieci dalej. Na szczescie jako pierwsza odezwala sie Kita w psychiatryku, a to rzut beretem od corki, jej okna wychodza na ogrodnictwo szpitalne, gdzie pacjenci sobie pracuja w szklarniach i na zewnatrz, a nawet wspomagaja szpitalna kase sprzedajac rosliny. Corka mieszka na fajnym osiedlu, ma niedaleko nad Kiessee, ale sasiedztwo tez ma gites. Najblizej jest wlasnie psychiatryk, pieknie polozony w starym parku, jego starsza czesc jest perelka architektoniczna, zobaczcie sami.
Stara czesc to te zabudowania w kwadracie, z kaplica posrodku, na pierwszym zdjeciu po prawej jest nowy budynek szpitalny, a pomiedzy stara czescia a tym budynkiem, schowana za drzewem jest owa Kita, za nia park a na samej gorze zdjecia jest kompleks takich czerwonych budynkow. Tam mieszkaja sobie dozywotnio psychopaci najciezszego kalibru, ktorzy odsiedzieli swoje, ale nie nadaja sie do zycia w spoleczenstwie, wiec tam dokonaja swojego zalosnego zywota, nie jako wiezniowie, nie jako pacjenci, to wolni ludzie, ale zbyt niebezpieczni do zycia na zewnatrz. To cos jak Gostynin w Polsce. Tak to wyglada z lotu ptaka.
Tam nawet nie ma krat w oknach, ale szyby sa pancerne. W drodze do jeziorka czesto tamtedy przechodzimy, albo widoczna na pierwszym planie droga, albo po drugiej stronie, za zywoplotem, ktory jest podwojnym wysokim ogrodzeniem zwienczonym zyletkowym drutem kolczastym. Jeszcze wprawdzie nie zdarzylo sie, zeby komus udalo sie stamtad zwiac, osrodek jest nowy, bardzo nowoczesny, ale przechodzac tamtedy zawsze mam gesia skorke na karku, majac swiadomosc, kto tam mieszka. Na zdjeciu ponad osrodkiem, zza drzew widac budynek bylego oddzialu dla niebezpiecznych psychopatow, juz dawno zamknietego, ale stojacego z racji jednej zabytkowej celi, w ktorej siedzial Julius Klingebiel, o ktorym pisalam na starym blogu. Idac droga po lewej stronie, dochodzi sie do wejscia innego osrodka, czegos w rodzaju domu poprawczego dla mlodocianych, takiego na wpol otwartego. To tez kompleks wielu budynkow, ktore wczesniej byly palacem i jego budynkami gospodarczymi. Tak to wyglada.
Przechodzac tamtedy, musze kawalkiem wejsc na ich teren, choc szlaban i odpowiednie szyldy tego zabraniaja, ale straznicy zawsze przymykaja oko, bo nie da sie inaczej przejsc do uliczki szpitalnej obok budynku Klingebiela, a pozniej sciezka po jego drugiej stronie prosto do domu najmlodszej.
Sami wiec widzicie, ze dziecie moje otoczone jest czubkami i przestepcami najciezszego kalibru. Jednak jakos nikt sie nie boi tam mieszkac, bo walorow jest wiecej niz niedogodnosci. A moje wnuki beda sie przedzierac przez te niebezpieczne tereny (zartuje!) do swojej Kita.
Troche sie jednak przedluzy powrot do pracy corki, miala nadzieje na Kita od 1 sierpnia, zeby juz 1 wrzesnia podjac od nowa prace. Dlaczego dopiero po miesiacu? Tu wymagana jest obecnosc matki przez caly czas przyzwyczajania dziecka do nowych warunkow, najpierw w placowce, pozniej juz tylko na zawolanie, gdyby cos sie dzialo. Co do Juniora jestem spokojna, on juz zaczal chodzic do Kita u siebie na wsi, a ze to towarzyskie zwierzatko, okres przyzwyczajania byl blyskawiczny. Gorzej bedzie z Zoska, to mamina przyklejka, ktora z trudem przyzwyczaila sie do mnie i do ciotek, a wszystkich innych sie boi i placze, kiedy matka zniknie jej z pola widzenia. Pamietam, kiedy wlasnie mama Zoski poszla do przedszkola i tak strasznie plakala oraz obiecywala mi, ze sie zabije, kiedy ja tam zostawie. Kiedy juz byla dorosla i obie chodzilysmy na silownie, spotkalysmy tam jej przedszkolanke i mialysmy beke ze wspominaniem corczynych histerii.
Niestety dzieci dostaly miejsce dopiero od 1.10., wiec przed wszystkich swietych corka nie ma co marzyc o powrocie do pracy. Ale co robic, czlowiek nie przeskoczy wlasnego tylka.








