Translate

31 grudnia 2020

Nie czas na bilanse

 Na wielu blogach odbywaja sie podsumowania mijajacego roku i nie ma takiego, gdzie pandemia nie gralaby pierwszych skrzypiec. Ona bowiem odmienila zycie calego swiata, ludzie potracili prace, majatki, dach nad glowa, ale to wszystko jest do odrobienia. Gorzej jesli stracili zdrowie lub czlonkow rodziny czy przyjaciol. Covid nie wybiera wieku, plci, statusu, leci po calosci i albo ma sie szczescie, albo nie. Jednym z nieprzyjemnych dzialan ubocznych pandemii, o ktorym rzadko sie wspomina, jest coraz wiekszy podzial miedzy sceptykami a bioracymi zagrozenie pandemiczne na powaznie, miedzy antyszczepionkowcami a tymi, ktorzy pokladaja w szczepionkach nadzieje na zakonczenie tych wszystkich udziwnien i szykan, na powrot do normalnego zycia. Zacietrzewienie i podzialy sie powiekszaja, a niedowiarkow najczesciej rusza dopiero smierc kogos bliskiego, wtedy zaczynaja brac te chorobe na powaznie, a nie porownywac ja do sezonowej grypy.
Dla mnie byl to rok jak kazdy inny, ani lepszy, ani gorszy. I niech tak zostanie, choc oczywiscie nie mialabym nic przeciwko temu, zeby trzepnac jackpota w lotto. Oby tylko nie bylo gorzej, a zdrowie jako tako dopisywalo.
Sylwestra spedzimy, jak od lat go spedzamy, we dwoje, przy winie musujacym rozmiar piccolo czyli 100g, ktore i tak z ledwoscia damy rade wypic we dwojke. Poza tym bedziem pocieszac i ratowac futra, choc niby w tym roku sprzedaz tych bomb i innej amunicji ma byc zakazana. Ale, jak to czasem bywa, zakaz niby obowiazuje federalnie, ale sad w Dolnej Saksonii wydal wyrok, ze petardami hukowymi mozna bombardowac, a to one przeciez sa najgorsze dla zwierzakow. Nie mam wiec pewnosci, czy jednak nie bedzie glosno i czy nie trzeba bedzie cucic rozhisteryzowana i trzesaca sie jak galareta Toye. Nie sledzilam dalej tej samowoli mojego landu, wiec nie wiem, byc moze byla apelacja i zniosla to pozwolenie.
Pozniej czeka nas robota przy zmianie kalendarzy, naniesieniu roznych waznych dat, urodzin, przypominajek i powrot z obzartego lenistwa do normalnosci. Wroc! Do pandemicznej normalnosci, bo o normalnej normalnosci to na razie mozemy sobie pomarzyc. Moze te szczepionki wniosa cos pozytywnego.

A ja Wam zycze zdrowia, zdrowia, zdrowia i oby nadchodzacy  rok byl pod kazdym wzgledem lepszy od mijajacego.

27 grudnia 2020

Wielkie marnowanie

 I po swietach... Pewnie znow zapelnia sie smietniki nadmiarem jedzenia, ktorego nie dalo sie juz wcisnac w pelne brzuchy domownikom i gosciom. Co powoduje, ze w okolicach swiat wiekszosci z nas odbiera rozum i przygotowujemy na te kilka dni industrialne ilosci jedzenia?  Mozna by podywagowac, ze taka jest polska tradycja, gosc w dom i takie tam. Ale i tutaj, a podejrzewam, ze wszedzie na swiecie w krajach wysoko rozwinietych ta tendencja jest jednakowa, przed swietami kupuje sie w nadmiarze, a po swietach ten nadmiar laduje w smietniku, bo ile mozna zjesc. 
Swieta to czas odwiedzin, spotkan rodzinnych, folgowania sobie i wlasnym kubkom smakowym, ale... o ile pierwszego dnia wielkiej wyzerki, czyli w wigilie, czlowiek rzuca sie na te rzadkie smakolyki i zjada ich wiecej niz zjadlby kazdego innego dnia, tak w dni nastepne zoladek juz protestuje, jest pelny, rozleniwiony i choc oczy smieja sie do genialnych makowcow tesciowej czy pasztetu babci, to tresc zoladkowa konczy sie gdzies tak na koncu przelyku. A przeciez wszystkie panie domu panicznie boja sie wizji, ze czegos mogloby na stole zabraknac i choc z wieloletniego doswiadczenia wiedza, ile mniej wiecej jedzenia "schodzi", zawsze szykuja za duzo. A po swietach sie dojada, ja tam uwielbiam dojadac te wszystkie przysmaki, rzadko nawet je podgrzewam, dojadam sobie na zimno i ciesze sie, ze nie musze gotowac swiatecznych obiadow. Jednak w innych rodzinach do wigilijnej wyzerki dochodza rodzinne swiateczne obiady i kolacje, z ktorych oczywiscie tez duzo pozostaje. Pol biedy, kiedy potrawe mozna zamrozic, gorzej kiedy jest to niemozliwe.
U mnie w domu jedzenie sie nie marnowalo, dziadkowie byli z pokolenia, ktore przezylo wojne, zaznalo glodu, wiec wyrzucenie chocby okruszka chleba poczytane byloby za niewybaczalny grzech. Moi rodzice zaczynali wspolne zycie od zera, to bylo studenckie malzenstwo, nie mieli nic, wiec i jedzenie sie ograniczalo do niezbednego minimum. Pamietam, ze mama zawsze przed obiadem pytala, na ile ziemniakow mamy apetyt i tyle ich obierala, nie pamietam, zeby po obiedzie zostawaly jakies resztki, ktore trzeba by bylo wyrzucac. W moim gospodarstwie juz jest inaczej, nie zmuszalam dzieci, zeby wyjadaly z talerza do czysta, ale nie wyrzucalismy duzych ilosci, jakies niewielkie resztki. 
Dziwi mnie polityka dotyczaca zmarnowanego pozywienia, podczas gdy w tych naszych panstwach rozwinietych nie brakuje ludzi glodnych. Pierwszy z brzegu przyklad, kiedy w Polsce jakis piekarz oddawal niesprzedane pieczywo na rzecz biednych, juz nie pamietam, czy byl to jakis sierociniec, czy inny dom opieki. Oddawal calkiem za darmo, jeszcze dowozil, a panstwo obarczylo go jakims gigantycznym podatkiem. Teraz wyrzuca niesprzedany chleb do smieci. Pogratulowac!  U nas kilka osob zostalo juz ukaranych grzywnami (lub wiezieniem, jesli nie mieli z czego placic) za wziecie sobie ze sklepowego smietnika jakichs wyrzuconych artykulow spozywczych. Fakt, ze wiekszosc, ktorych data przydatnosci do spozycia dopiero sie konczy, jest przekazywana do dobroczynnych jadlodajni, jednak czesc nie wiedziec czemu laduje w smietniku. Ale nawet, jesli przekroczona zostala data przydatnosci do spozycia, to przeciez ta data jest wielce umowna i praktycznie mozna spozywac daleko po jej uplywie. Znamy to z wlasnego doswiadczenia lodowkowego, prawda? Ja nie wyrzucam przeterminowanego jedzenia, sprawdzam i jesli sie nadaje, zjadamy je.
Boli mnie, kiedy widze wyrzucane jedzenie, bo mam przed oczyma zdjecia umierajacych z glodu ludzi.

 

23 grudnia 2020

Bezsennosc nie Seatle

 Jest wlasnie 3.50, ja nie spie od pierwszej. Probowalam ponownie zasnac, ale sie nie dalo, wiec wstalam, bo co mam sie meczyc. Wyszlam spod cieplej koldry, gdzie rezydowalysmy razem z Toyka. No co? Zmieniam czesciej posciel, ale przynajmniej mam w zimie grzalke. Gorzej w lecie, bo grzalka z przyzwyczajenia pcha sie pod koldre, no mozna sie zapocic na smierc. 
Ciemno, choc oko wykol, ulice calkiem puste, ani nawet jedno auto nie przejedzie, ani zaden dostawczak, za wczesnie, wszystkie okna ciemne, ludzie spia o tej porze. Kiedy wstalam, znalazlam w duzym pokoju koty in flagranti, spaly obok siebie w odleglosci moze pol metra. Mozna? Mozna! Ale nie, w dzien jedna do drugiej sie nie zblizy, Miecka prycha i syczy, jakby jej za to placili, Bulka olewa jej grozby karalne i robi swoje. Niech robi i tak dobrze, ze nie sika.
Dzisiaj mam dzien pelen wyzwan i nie wiem, jak go przetrwam po prawie nieprzespanej nocy, nawet nie bede miala czasu zdrzemnac sie po poludniu. Musze upiec makowce. Jutro jeszcze drobne prace kuchenne i dla siebie spa, musze jakos wygladac w te swieta, choc wlasciwie dla kogo? Chyba tylko dla siebie, bo chlop i tak pewnie nie zauwazy. Ale po intensywnych dniach pelnych pichcenia i innych robot domowo-kuchennych nalezy sie relaks.
Ktoras z corek wpadnie po prezenty i popakowane jedzenie wigilijne. Najmlodszej akurat skonczyla sie wczoraj kwarantanna, juz czuje sie duzo lepiej po przechorowaniu covida. Lamentuje, ze nie mogla po sklepach polatac, musiala wszystko zamawiac online. Kurierzy gonia resztkami sil, takiego ruchu w interesie nie mieli jeszcze nigdy, a paczki ida dluzej niz zwykle. 
Dostalam od ZOOplusa w prezencie dodatkowe punkty, wiec choc wlasciwie nie planowalam w tym goracym czasie nic zamawiac, zeby nie przysparzac kurierom dodatkowej pracy, to zamowilam. Duzo tego wyszlo i calkiem za darmo bylo, a jeszcze reszte tych punktow ofiarowalam schronisku. Dostalam maila, ze moze paczka przyjdzie we wtorek, ale nie gwarantuja, bo nie wyrabiaja. Normalnie mialabym zamowienie w zeszla sobote. Kiedy zyczylam kurierowi wesolych swiat, ten mial taki obled w oczach, ze nie chwycil, o co mi chodzi. Wspolczuje im tej roboty.
Powoli przygotowuje rozne salatki, sledzie i inne ryby po grecku, na dzien wigilii musi byc wszystko gotowe, bo nie wiem, o ktorej zostanie odebrane, wiec od rana musi byc do dyspozycji. W tym roku nie warzylam  bigosu, jakos mi sie nie chcialo. A jak mi sie zachce, to zrobie,  nie musi byc na swieta. Po raz pierwszy od dluzszego czasu nie pojdziemy z dziewczynami do restauracji na swiateczny obiad, trzeba bedzie jesc w domach. Osobno. 
A i tak mamy lepiej od Wielkiej Brytanii, gdzie nie tylko zmutowany w uj wirus, ale dodatkowo pusciutkie polki w sklepach i zadnej nadziei na swieze dostawy. Bo kto sie odwazy? 😆No i pewnie papieru toaletowego tez im zabraknie, a gazet nie bedo drukowac. Horror! Lisci tez juz na drzewach nie ma. Nie wiem, co bracia Angole uczynia, ale im nie zazadroszcze.
 

20 grudnia 2020

Zdrowia!

 Rok dobiega konca. Dziwny to byl rok, daleki od normalnosci, przyniosl ze soba wiele zmian, niekoniecznie na lepsze, raczej przeciwnie. Rok bogaty w wydarzenia i choroby, ktory odebral na zawsze wielu ludzi, bliskich nam albo obcych, bardzo slawnych albo cichych bohaterow, niosacy wiele dramatow, bankructw, depresji, poczucia beznadziei, lez czy samobojstw. Rok, w ktorym nie mozna bylo uczcic swieta zmarlych, wyjechac na urlop, a nadchodzace swieta tez beda staly pod znakiem zakazow, ograniczen i obaw. Rok swiatowej zarazy. 
Wielu z nas cieszy, ze dobiega on konca, wielu z nas wyraza w zyczeniach nadzieje, ze kolejny bedzie lepszy. A przeciez rok to tylko umowne ramy czasowe, przeciez rownie dobrze rok moglby sie zaczynac na wiosne, a dzien wraz ze switem. Nowy rok wlasciwie nic nie znaczy, bo ani ziemia nie zaczenie sie krecic w przeciwnym kierunku, ani wirus nagle nie zniknie. A kiedy wirus zostanie, obostrzenia, zakazy, nakazy i lokdauny nadal beda obowiazywac. Wielce obiecujaca szczepionka jest coraz bardziej watpliwa, obawy budza nie tylko niezbadane  do konca dzialania uboczne i oddalone w czasie ewentualne niepozadane skutki, ale rowniez podejrzane odzegnywanie sie producenta od wszelkiej odpowiedzialnosci i mozliwych odszkodowan za szkody na zdrowiu. To nie napawa szczegolnym optymizmem i odbiera nadzieje na rychla normalnosc. 
Do tego jeszcze wirus mutuje sobie w najlepsze, staje sie bardziej zarazliwy, a przechorowanie covida nie daje zadnej  odpornosci ani gwarancji, ze nie zachoruje sie ponownie.
U nas od srody wszystko jak wymarle, ruch uliczny sprzyja szybkiemu przemieszczaniu sie z miejsca na miejsce, zniknely poranne korki i tlumy w srodmiesciu, czynne sa jedynie sklepy spozywcze, drogerie i apteki, ktore zaczely wydawac gratisowe maseczki FFP2 osobom po 60-tce i grupom ryzyka. Jeszcze nie skorzystalam z tego dobrodziejstwa, jest mi po prostu glupio, bo juz pierwszego dnia pod aptekami tworzyly sie kolejki jeszcze przed otwarciem, a niektorzy wedrowali od apteki do apteki i z kazdej brali przyslugujace trzy maseczki. Juz w poludnie w niektorych aptekach zabraklo masek. Za to kupilam sobie wiecej szmacianych, zeby moc je czesciej prac.
Sa i dobre strony ograniczen pandemicznych. Chyba po raz pierwszy w historii naszego tu pobytu sylwestrowa noc nie przysporzy zwierzakom stresow i strachow. Nie bedzie kanonady, hukowych petard pod oknem, a i my lepiej sie wyspimy.
 
Na nadchodzace swieta i nowy rok zycze Wam wszystkim zdrowia, oby wirus trzymal sie od Was i Waszych najblizszych z daleka. Bedzie z pewnoscia inaczej, pusciej przy stole i smutniej, ale z nadzieja, ze nastepne swieta bedzie mozna spedzac w stalym gronie i oby nikogo nie zabraklo.
 

13 grudnia 2020

Rynce opadajo

 Okazuje sie, ze z niektorymi trzeba rozmawiac przy pomocy maczugi, bo normalne i grzeczne prosby nie pomagaja. Mialo nie byc jarmarkow przedswiatecznych w ogole, ale litosciwie pozwolono zbudowac budy z drobnymi pamiatkami i upominkami, jak rowniez slodyczami, ale tylko do kupienia, zabrania i odejscia. Absolutny zakaz objal tak lubiane stoiska z grzanym winem, ponczem czy grogiem, wokol ktorych staly grupy ludzi i nakrecaly sie swiatecznie. Zrozumiale. Pozwolono jednak w drodze wyjatku na grzance na wynos, tj. do wziecia sobie do domu. Tymczasem cwany narod bral te grzance, kotwiczyl gdzies z boku i staly tak te pijace grupy jak dawniej, oczywiscie bez masek, bo w piciu przeszkadzaly. Zakazano wiec napojow na wynos.  
Prosi sie ludzi o pozostawanie w domach czy chocby w miejscowosci zamieszkania, ale  wszyscy chca byc madrzejsi od madrych i jezdza jak powaleni, choc wcale nie musza. W Polsce to samo, zrobiono wyjatek z noclegami w hotelach wylacznie dla podrozujacych sluzbowo, to teraz kazdy byle turysta jest w delegacji. Nawet moi znajomi, z ktorymi niedawno rozmawialam przez telefon, zapowiedzieli, ze na swieta jada do Zakopanego, jak co roku, a ze nocuja zawsze w prywatnych kwaterach, to nikt sie do nich nie przyczepi. Nie trafiaja do nich zadne argumenty, oni zawsze jezdzili, wiec pojada i teraz.
Ostatnio jedna z moich znajomych umiescila na fb  statystyki tej "prawdziwej pandemii" hiszpanki z 1918 roku i obecnej "plandemii" i zaczela porownywac procentowo, ze niby ta obecna nijak sie ma do tamtej, bo wtedy zmarlo tyle a tyle procent populacji, a teraz znacznie mniej, wiec nie ma pandemii. Nie wziela pod uwage, bo i po co, postepow w medycynie, ktore nastapily przez te 100 lat, jak rowniez nie zauwazyla, ze tamta pandemia dawno juz sie skonczyla i dane o zgonach sa stale w przeciwienstwie do tego, co trwa obecnie i czego konca na razie nie widac. Moze wiec sie zdarzyc, ze liczba chorych i zarazonych daleko przekroczy procentowo pandemie z 1918 roku. Oby nie, ale zdarzyc sie moze jeszcze duzo, wiec nielogicznym jest robic te porownania TERAZ. Ale dla koronasceptykow wszystkie chwyty sa dozwolone, zeby udowodnic ich racje.
Merkel wymyslila sobie, ze ostry lockdown urzadzi nam za dwa tygodnie, bo dzienne raporty o zarazonych i zmarlych zaczynaja budzic groze i bic rekordy. I to mimo wnioskow przewodniczacych landow o jego przyspieszenie, bo zaczyna brakowac miejsc w szpitalach. Saksonia juz na wlasna reke, nie czekajac na prikaz federalny, zaostrzyla przepisy, a reszta czeka nie wiem na co. Malo kto moze zrozumiec opieszalosc kanclerki w tej kwestii, skoro prosby o ostroznosc nie odnosza oczekiwanego skutku, liczby zastraszajaco rosna, a ludzie zachowuja sie jakby zadnej pandemii nie bylo, to trzeba przemowic do nich kijem bejsbolowym, rygorystycznie pilnowac i nieuchronnie karac idiotow. Inaczej czeka nas zapasc w sluzbie zdrowia, a pandemia nie skonczy sie nigdy. Merkel nie ma podobno dosc uprawnien i prosi ladowych premierow o wieksze ograniczenia pandemiczne. Cos takiego! A ja myslalam, ze ma, skoro w niektorych przypadkach lamie prawo i konstytucje, kiedy jej wygodnie. Cytat z Deutsche Welle:
Według „Die Welt" z punktu widzenia polityki strategia walki z koronawirusem zakończyła się fiaskiem z winy obywateli. „Wszystkie apele zawiodły” – przyznał premier Saksonii. „Kluczowi politycy zdają się mieć nadzieję, że nikt nie zauważy sprzeczności: najpierw podejmuje się kurs, który nie opiera się na osobistej odpowiedzialności, tylko na zamykaniu, ograniczeniu kontaktów i godzinie policyjnej w ogniskach koronawirusa. Jeśli droga ta nie prowadzi potem do celu, winę ponoszą nierozsądni obywatele. Moralizatorstwo maskuje fakt, że osoby odpowiedzialne nie wykonują swojej pracy” – krytykuje dziennik.

Tak wiec nietylko w Polsce dzieja sie dzialania niezrozumiale dla myslacych logicznie.

 

11 grudnia 2020

Kopci mi sie kolo tylka

 Wirus byl, jest. Gdzies. Owszem, chorowali nawet znajomi, ale dalsi. Jedna z corek byla wprawdzie razem z dziecmi na kwarantannie, bo w przedszkolu trafil sie jeden chory dzieciak. Byly statystyki, liczby zakazen i zgonow, ale to wszystko dzialo sie daleko. I byli tez koronasceptycy opowiadajacy jakies farmazony, snujacy teorie spiskowe, wyszydzajacy chorych i umierajacych w szpitalach, nazywajacy ich statystami, ale sami karnie nosili maseczki, myli i dezynfekowali lapki. Po co? Skoro nie ma zadnej pandemii, a statysci umieraja przeciez wylacznie na choroby towarzyszace.
Wczoraj jedna z corek zameldowala  na naszej rodzinnej grupie whatsappowej, ze jej luby jest pozytywny i choruje, a ona ma nakazana kwarantanne. 
Zaczela sie lekka panika w rodzinie, bo:
1. przedwczoraj umowilysmy sie na spacer z Toya. Wprawdzie utrzymywalysmy odstep, ale na zewnatrz nie mialysmy masek, no i nie sposob przez caly czas byc od siebie te wymagane poltora metra
2. W niedziele wszystkie moje corki i ów chory i pozytywny luby spotkali sie u jednej z nich w domu, zeby razem z dzieciakami piec ciasteczka - kilka godzin razem w pomieszczeniu zamknietym. Dwa dni pozniej on zachorowal, zostal przetestowany, POZYTYWNY
Luby choruje w domu, w innym miescie, ma kwarantanne. Corka zamknieta w domu na 14 dni. Dwie pozostale i my na razie nie dostalismy prikazu siedzenia w domu, ale gdzies z tylu glowy jest strach, czy sie nie zarazilismy. 
I teraz wyobrazcie sobie, ze i my bedziemy musieli zostac w domu. Normalnie moglibysmy liczyc na pomoc dzieci, w zakupach, wyprowadzaniu psa, a tak... Trzeba bedzie prosic obcych. Juz sie boje.


09 grudnia 2020

Bo to zla kobieta jest...

 W bajkach zawsze bawilo mnie okreslenie "przemierzal", a dotyczylo ono glownie pasozytniczych ksiazat, ktorzy nie mieli nic innego do roboty, jak wlasnie przemierzac gory i lasy we wlasnym krolestwie albo na goscinnych wystepach w krolestwach sasiadujacych. Tak przemierzali te uzytki i nieuzytki, czasem calkiem sami, innym razem z obstawa w postaci dworu i robili ksiezniczkowy rekonesans. Spotykali jakies gesiareczki czy tam inne pracowite Dorotki, nierzadko mylili sie w ocenie i zakochiwali w niewlasciwym obiekcie, po czym ruszali w droge dalej przemierzac. Czyli szlajac sie bezproduktywnie, zamiast zajac np. wolontariatem w schronisku dla zwierzat. Oczywiscie takie refleksje nachodzily mnie, kiedy czytalam te bajki wlasnym dzieciom, a nie kiedy sama bylam dzieckiem, wtedy wypatrywalam przez okno, czy to przemierzanie nie bedzie bieglo wzdluz mojej ulicy,  bylam zwarta i gotowa zostac ksiezniczka, gdyby trafil sie odpowiedni kandydat na bialym kuniu (jakim kuniu? przeciez w bajkach bywaly jedynie rumaki).

No i teraz sama przemierzam, wprawdzie nie  bezdroza, ale rozne zakatki internetow i czasem trafiam na takie perelki, ze glowa mala. Ostatnio dowiedzialam sie, zem stracona na wieki, ale od poczatku. Wpadl mi przed oczy artykul o grzechach i nie, zebym sie specjalnie przejela, bo ja lubie grzeszyc, grzeszenie jest bardzo przyjemne, ale dowiedzialam sie, ze nawet, gdybym sie nawrocila i postanowila wyspowiadac (buhahaha!), to i tak nie dostane rozgrzeszenia, bo moje grzeszenie jest najciezszego kalibru. Slowem, jesli zdarzy mi sie teraz wyciagnac kopyta, jeszcze zanim wpadnie mi do glowy powrot na koscielny memlon, to mam jak w banku pieklo, a w najlepszym wypadku z najlepszych - czysciec. 

Pierwszy w szeregu grzechow najciezszych to apostazja, no mam go na sumieniu.  Nastepny to konkubinat, nie ma co ukrywac, zyje z chlopem blisko 40 lat na karte rowerowa czyli jakas niewazna w oczach kosciola cywilna ceremonia, a nie porzadny slub koscielny. Czytaj: nie zaplacilam haraczu za slub, organy, czerwony dywan i nie wiem co tam jeszcze, wiec sie nie liczy. No i z tego konkubinatu mam troje dzieci, a moglam zyc w czystosci, grzech bylby mniejszego kalibru. Ale nie, TO grzeszenie szczegolnie mi sie podoba, wiec nie dosc, ze grzeszylam czesto, to jeszcze sie zabezpieczalam niedozwolonymi metodami, zeby tych dzieci nie bylo wiecej. No po prostu zabijalam nienarodzone w fazie przedzaplodnieniowej. Ludobojstwo na wielka skale, nie da sie tego inaczej okreslic. Nie udalo mi sie tylko dokonac aborcji, wiec moze zostanie mi to policzone na plus. Popelnialam tez nagminnie grzech swietokradztwa, nie majac za grosz szacunku do swietych osob z wielkim dorobkiem oraz lekce sobie wazylam prawie caly kler, zamiast przed nim kleczec i po lapach calowac. Za to nie niszczylam miejsc kultu, ale tez nie czulam w tych miejscach swojej malosci i zerowej wartosci, choc powinnam.

I jak ja teraz bede z tym zyla? Musze poprzemierzac dalsze rejony internetow, moze znajde remedium na wieczne potepienie.


Przerwa czy koniec?

     Do napisania tego posta sklonil mnie ostatni komentarz pod poprzednim: "... nie wiem, czy usuwac go (chodzi o moj blog) ze swojej ...