... szczegolny dzien. Panna Zoska, ktora dostalismy w prezencie na rocznice slubu (dzis obchodzimy 44-ta), konczy wlasnie trzy latka. A tak na swiezo mam jeszcze w pamieci moja podroz z przygodami na wies niedaleko Limburga, zeby pomagac corce w pierwszych tygodniach przy dwojgu tak malych dzieciach. Wierzyc sie nie chce, ze to juz trzy lata uplynely od tamtej podrozy, a Zoska z noworodka przepoczwarzyla sie w mala damulke i od nowego roku zacznie chodzic razem z jej big brotherem do przedszkola, bo przeciez w tym podeszlym wieku juz wyrosla ze zlobka.
Znow dostanie nowe zabawki, choc te, ktore ma, juz ledwie mieszcza sie w jej pokoju. Tym razem musze sie pochwalic, ze ode mnie nie dostanie zadnej zabawki. Zeby jej calkiem smutno nie bylo, symbolicznie sprezentuje jej ksiazeczke, ale taka specjalnie dla niej spersonalizowana, o przygodach Dalii Zofii, a glownym prezentem od nas sa meble z IKEA, zeby bardziej dopasowac jej pokoik do wieku.
A ja znow zaglebiam sie we wspomnieniach o moich zabawkach. Nie mialam ich duzo, pewnie dlatego pamietam kazda z nich do dzisiaj. Najwazniejsza byla moja lalka Balbina, miala zamykane oczy i od czasu do czasu trafiala do kliniki zabawek, bo te oczy jakos jej wpadaly do srodka. Wtedy w kazdym miescie byla choc jedna taka klinika zabawek, gdzie reperowano wszystko, co dalo sie zreperowac, bo zabawek sie nie wyrzucalo, nie byly tanie, wiec i dzieci, i rodzice dbali o to, zeby sluzyly jak najdluzej, czesto wielu pokoleniom. Po ktoryms pobycie w klinice lalkowy doktor orzekl, ze juz nie da sie ponownie zreperowac tych oczu, zeby sie zamykaly, tylko zostaly przyklejone na stale takie otwarte. Moja prababcia Tekla umiala szyc rozne cudenka, wiec dla Balbiny uszyla wiele ubranek i posciel do wozka, w ktorym Balbina byla wozona. Nie byla to byle jaka posciel, to byl prawdziwy majstersztyk recznej roboty, bo maszyny w domu nie bylo. Kolderka miala w srodku watoline, byla starannie przepikowana, a poszewka ozdobiona byla koronkami, falbankami, tasiemkami, zeby mozna bylo zdejmowac i prac.
Drugim moim dzieckiem obok Balbiny byl misiek i do dzisiaj sie zastanawiam, dlaczego nie nadalam mu nigdy zadnego imienia, byl misiem i pozostal misiem, ale opiekowalam sie nim na rowni z Balbina.
Jak pamietacie, moj dziadek bral w czasie wojny udzial w operacji "Market Garden" i w latach 60-tych pojechal z delegacja do Holandii do Arnhem. Stamtad przywiozl mi lalke Murzynke, ktorej nadalam imie Mea, bo wtedy zaczytywalam sie w ksiazce "W pustyni i w puszczy". Tej lalki wszyscy mi zazdroscili, bo w Polsce nie bylo lalek o tak ciemnej karnacji.
Mialam kilka gier planszowych i cala mase ksiazek, bo namietnie czytalam. I to wlasciwie byly wszystkie moje zabawki, trzymalam je w kartonie pod biurkiem i nie chcialam sie z nimi rozstac, tak w duchu sobie myslalam, ze beda dla moich dzieci. Tymczasem podczas wakacji po maturze, kiedy nie bylo mnie w domu, mama pozbyla sie kartonu, nawet nie wiem, co z nim zrobila, czy komus dala, czy wyrzucila, zeby nie brac do nowego mieszkania zbednego balastu. Do dzisiaj nie moge jej tego wybaczyc, ze nie zapytala mnie o zdanie, ze rozporzadzila moimi rzeczami bez mojej zgody.
Jestem pewna, ze zadne z moich wnuczat nie bedzie tak dokladnie pamietalo swoich zabawek, maja ich tak duzo, ze wieloma w ogole sie nie bawia. Jeszcze w rodzinie mozna powiedziec, co ewentualnie jest marzeniem malucha, wzglednie poprosic o gotowke, zeby dziecko moglo uskladac sobie na cos drozszego, ale na kinderbalu dzieciecy goscie przynosza raczej tani badziew.
Hexa powoli wchodzi w wiek, kiedy najchetniej przyjmuje gotowke i sama chce decydowac, co kupi albo zbiera na cos wiekszego. To jest dla nas najwygodniejsza opcja, o reszcie prezentow dla innych wnukow decyduja ich mamy, bo one wiedza, co bedzie dla dzieci najlepsze i edukacyjne. Ja za moda zabawkowa juz nie nadazam. Czasem los zawiedzie mnie do takiego zabawkowego giganta Smyths Toys, to ja sie tam kompletnie gubie. Jeszcze nieco orientacji mam w grzechotkach dla niemowlat, reszta to dla mnie czarna magia. Bardzo kosztowna magia.
Trzy latka to piękne urodziny, najlepsze życzenia dla Zośki !
OdpowiedzUsuńTakie wspomnienia zabawkowe - lalka śpiąca to i ja mam i też mama jeździła z nią do kliniki, wózek taki głęboki też lalka miała i pamiętam robiłam parady niedzielne przed domem na chodniku w niedzielę. Ale wcale nie lubiłam tej ‘zabawy’.
Ja wozka uzywalam tylko, kiedy szlismy z dziadkami na spacer, sama parad nie robilam, wolalam bawic sie w dom w domu. Zawsze przyszla jakas kolezanka i moglysmy sie wyzywac, poprzestawiac meble, ktore daly sie przestawic i aranzowac dwa osobne domy. Ja lubilam zabawe w dom, w szkole, wlasciwie we wszystkie zabawy z tamtych lat i bardzo lubilam czytac.
UsuńWszystkiego najlepszego dla Młodej Jubilatki i również dla Ciebie, bo to piękna rocznica.
OdpowiedzUsuńJa, za bardzo nie pamiętam swoich zabawek z dzieciństwa, bo miałam obok siebie, niszczyciela zabawek - młodszego brata. Pamiętam, jak przez mgłę, lalkę i wózek, taki spacerowy dla lalki. Nie pamiętam, co z stało się z lalką, bo zniknęła, gdy przeprowadzaliśmy się do nowego mieszkania... Za, to pamiętam, jak zobaczyłam u Cioci katalog wysyłkowy, gdzie były przepiękne lalki, to prze wiele lat marzyłam o lalce barbie. Nigdy jej nie dostałam, bo ich nie było wtedy, a później już nie interesowałam się lalkami, za to namiętnie kupowałam i czytałam książki.
Niedaleko babci w Warszawie mieszkal brat jej bratowej, czasem go odwiedzalysmy. Jego corka wyszla za maz za Francuza i przysylala rodzicom rozne katalogi, m.in. z zabawkami, w tym lalkami Barbie, wtedy u niego widzialam je po raz pierwszy w zyciu i od razu zatesknilam, ale nie bylo mi dane ich miec. Dopiero kiedy slubny wyjechal do Niemiec, przyslal lalke Barbie dzieciom, a ja nie pozwolilam im sie bawic, zeby nie zniszczyly.
UsuńWszystkiego najlepszego życzę i Zosi, i Tobie!
OdpowiedzUsuńJa też miałam lalkę Balbinę, ale to była lalka celuloidowa, i miałam babcię, która miała tak samo złote ręce jak Twoja. Wszystko szyła ręcznie, haftowała, szydełkowała, ale nie pamiętam, żeby robiła na drutach. Moja mama też była taka zdolna, ale kiedy byłam starsza, już miała możliwość pożyczania maszyny, a i na drutach robiła.
Zabawek miałam sporo, ale lalki, oprócz dwóch szmacianek, zostały po przeprowadzce u babci, gdzie zadawały szyku, w sukienkach uszytych przez nią, na równiutko zasłanym łóżku. Miałam też klocki w typie lego, jakieś garnuszki, porcelanową zastawę, kolejkę elektryczną (prezent gwiazdkowy od całej rodziny, czyli od rodziców, dziadków jednych i drugich, a także od cioci i wujka)... tzn. właściwie miałyśmy to wszystko wspólnie z siostrą i dlatego było tego wszystkiego więcej. Ale bardzo wcześnie zaczęłam dużo czytać i zabawki zeszły na margines.
Moje dzieci miały naprawdę dużo zabawek, a teraz to już jakaś masakra. Niedawno trzy latka skończył synek kolegi mojej córki i dostał z tej okazji tyle zabawek, że część z nich otwierał dopiero następnego dnia rano.
Z jednej strony dzisiejsze dzieci maja lepsze zycie od nas, a nawet naszych dzieci, ale mysle, ze co za duzo to niezdrowo. One nie zdaza sie nawet dobrze zapoznac z otrzymanymi prezentami, kiedy dostaja nowe, bo nadchodzi jakas kolejna okazja. Zabawki sa tez dzisiaj takie, ze nie wytrzymuja dlugo w dzieckowych raczkach i w efekcie laduja na smietniku. Zeby odzyskac miejsce na nowe zabawki, corki co rusz sortuja i sprzedaja albo wyrzucaja zabawki. Nie ma tak jak w moim przypadku, ze zabawki wytrzymaly do pelnoletnosci.
UsuńZdróweczka i wszystkiego dobrego dla Zosi i Ciebie Panterko:)
OdpowiedzUsuńDziekujemy obie ♥
UsuńMam zupelnie podobne te zabawkowe wspomnienia, widocznie takie czasy byly iz mielismy niewiele wiec kazda rzecz byla bezcenna i szanowana. Pamietam rowniez ze bylam samolubna , nie lubilam sie z kolezankami dzielic zabawkami bojac sie ze poplamia albo uszkodza. Moze tak sie stalo z racji tego ze mialam starszego brata a on jako chlopiec mial inny rodzaj zabawek wiec nie tykal sie moich a ja jego - i tak mi zostalo. Pamietam rowniez za bardzo krotko bawilam sie zabawkami bo co tylko ten starszy brat poszedl do szkoly, odrabial lekcje to mu asystowalam majac swe wlasne zesztyty, pioro i nasladowalam go zapominajac o lalce zamykajacej oczy tak jak Twoja. Wtedy tak sie przy nim wciagnelam w nauke ze gdy przyszlo mi uczeszczac do szkoly to pierwsze lata sie nudzilam bo juz umialam pisac, czytac i rachowac.
OdpowiedzUsuńMoje wlasne dzieci mialy juz inny rodzaj zabawek, w tym monitor ktory nie pamietam jak sie po polsku nazywal a mozna bylo na nim grac w rozne gry i przy nim spedzali duzo czasu a w tym towarzyszyly im dzieci z calej klatki schodowej no bo nikt inny tego nie mial. Z kolei szybko wydorosleli bo niedlugo po przybyciu do USA zaczeli pracowac po godzinach szkolnych, w wieku lat 13.
Wnuki - to jeszcze inna historia , inny rodzaj zabawek, glownie elektronicznych ale byly tez inne jak lunety, mikroskopy, nawet wypchana ogromna ryba zlowiona przez mlodszego ktorej wypchanie kosztowalo 1500 $. Podobnie jak Ty tez urzadzalismy moim pokoje a pierwsze zaraz po urodzeniu to otwieralismy kazdemu konto edukacyjne.
Napewno my bylismy "tanszymi" dziecmi niz obecne :)
Pomysl by Zosi zafundowac odpowiednie meble jest wspanialy choc moze ona tego nie zrozumie i nie doceni - Zosie mocno sciskam i skladam serdeczne zyczenia.
Moje corki tez staraja sie wybierac dla dzieci zabawki edukacyjne, ale ja nie mam o nich pojecia, wiec daje kase, a one kupuja, potem ja pakuje i daje dzieciom. W tym roku starsze dostaja ode mnie telewizor, ktory glownie bedzie sluzyl jako monitor do gier, zeby sie wreszcie odczepily od telewizora mamy i graly w swoim pokoju. Tam tez beda mogly ogladac te swoje dzieciece Netflixy.
UsuńMoje dziewczyny tez szybko zaczely sobie dorabiac po szkole, bo kieszonkowe ode mnie bylo im za male, wiec zarabialy na swoje wydatki.
Ja juz tez poszlam do szkoly z umiejetnoscia czytania i pisania, nawet mama chciala mnie dac od razu do drugiej klasy, ale podobno sie nie dalo, wiec tez sie nudzilam.
Teraz dobre i pozyteczne zabawki to glownie elektronika, cale serie, ktore mozna dowolnie kompletowac, rozszerzac. Na moje oko chocholy sa madrzejsze od rowiesnikow, maja duzy zasob slow, a ich mama mowi do nich w kilku jezykach, po polsku, niemiecku i angielsku, u mnie czasem ogladaja ten Cocomelon na yt tez w roznych wersjach jezykowych.
dla Ciebie i dla Zochny uściski.
OdpowiedzUsuńNie pamiętam swoich zabawek po imieniu...miałam miska, bo widzę na zdjęciu, takiego wielkiego i jego pamiętam troszeczkę, kilka lalek, ojciec przywoził z DDR i od ruskich. były plastikowe , mrugały i mówiły mama, i MJ ma je skitrane ...chyba. no zaraz zadzwonię się zapytać. Zadzwoniłam, jedną mi odda a drugą ma na działce i siedzi na huśtawce, i nie odda...
:-DD
masz racje tyle tego plastikowego szajsu teraz że klękajcie narody. a mnie sie szmacianki podobają. i widziałam takie fajne projekty uszyte na podstawie dziecięcych rysunków. Boskie.
To Twoja mama jednak bardziej sentymentalna od mojej i skitrala Twoje zabawki, ja nie moge mojej darowac tej mojej Balbiny i miska.
UsuńNa szczescie oprocz plastikowego szajsu sa naprawde fajne zabawki edukacyjne, mama chocholow bardzo dba o ich umiejetnosci, puszcza im Cocomelon na yt w roznych wersjach jezykowych te same piosenki. Zoska spiewa juz po angielsku The wheels of the bus go round and round i po polsku Kola autobusu kreca sie, no i oczywiscie po niemiecku Die Räder vom Bus dreh´n sich rund herum. Uwielbiam ten Cocomelon, sama sie ucze tych piosenek. No a reszta zabawek tez taka madra.
Wszystkiego najlepszego dla Ciebie i Zosi.
OdpowiedzUsuńTez mialam lalke z zamykakanymi oczami, która zawieruszyla sie gdzies podczas przeprowadzki i nawet nie bardzo mnie to obeszlo, bo przy nowym mieszkaniu byly trzy wspaniele podwórka, na których szlalam cale dnie ze spora grupa rówiesników :).
Moja Balbina zostala wydana/wyrzucona podczas przeprowadzki ze starej kamienicy z fajnym podworkiem do bloku. O tym podworku i wielu innych na tej ulicy i sasiednich, gdzie mieszkaly moje kolezanki, kiedys jeszcze napisze. To po prostu byla klasyka podworek, bloki juz takich nie mialy, choc byly wsrod nich trawniki, lawki, place zabaw, nawet trzepaki, ale to nie to samo, co kamieniczne podworko.
UsuńNajlepszego dla Ciebie i dla Zośki. Ja miałam dwie lalki - Marysię i Wojtusia - chłopca i dziewczynkę. Ale nie miały ruchomych oczu, zwykłe lalki z celuloidu. Jeden z braci ojca przywiózł z Ziem Odzyskanych lalkę z mrugającymi oczami włosami i wózek. Stało to u babci w komórce, miałam iść obejrzeć i widziałam, jak z dziury po oku wychodzi mysz. Nigdy nie dotknęłam tej lalki,a i do wózka niechętnie się zbliżałam. Urwane rączki naprawiał ojciec, na wsi nie było takich luksusów, jak zakłady naprawiające lalki. Na Barbie nigdy nie chorowałam, nawet nie wiedziałam, że coś takiego jest, a jak się dowiedziałam - ani mi się nie spodobała, ani nie marzyłam o takiej. Moje dzieci miały już fajne zabawki - LEGO, transformersy, gry na kartridżach, no a potem komputerek. Wnuki mogłyby otworzyć sklep z zabawkami, a najśmieszniejsze jest to, że wydaje się na nie masę pieniędzy, a one i tak się tym nie bawią, a do sprzątania nie można ich nagonić. Tak na serio jestem już zmęczona prezentami dla nich, bo jak przestanę pracować nie będzie mnie na żadne stać. W tym roku poszła połowa mojej pensji, bo mam grudniową kumulację - 5 wnucząt (jedno przyszywane, ale z rodziny synowej i nie ma opcji, że nic nie dam) i dwoje ma urodziny w grudniu. A i tak nie dałam na prezenty, które sobie wymyśliły - trudno - dla mnie prezent dla jednego dziecka za 400 zł, a traktuje wszystkie równo - to i pensji by mi nie starczyło. Niech sobie odłożą. Tym bardziej że to fantazje z LEGO i innych przedrożonych plastików z gier. Nie pokażę palcem, ale jest taki rodzic, co nakręca dzieci, pokazując im katalogi. Bardziej to jego chciejstwo, niż rzeczywista potrzeba. No cóż... Życie :)
UsuńZebys wiedziala! Moje wnuki tez moglyby sklepy z zabawkami prowadzic i wystarczyloby im na naprawde dlugie ich sprzedawanie. Mnie nigdy nie bedzie zal wydawac dla nich na ksiazki, niech czytaja do upadlego. Nie zaluje tez na meble czy ubrania, ale zabawek maja dosyc moim zdaniem, wiec niekoniecznie kupuje im nowe.
UsuńCorki na szczescie troche kontroluja sprawe i naprowadzaja gosci na prezenty, ktore beda dla dzieci pozyteczne i edukacyjne.
Też z zabawek pamiętam tylko dwie lalki, jedńą, którą mi kupiono na wakacjach w cieszyńskim, gdzie zawsze jeździlimy na dwa miesiące, tam w kiosku tato kupi mi lalkę, chyba tylko taki były wtedy w Polsce, ale pewnego razu upadła na podłogę i tato nie zauważył i nadepnął na jej główkę, i tal juz pozostała z zdeformowaną glową, widzę ja do dziś, potem dostałam niezwykle piękną lalkę z Niemiec , jakiś kuzyn mamy ją przesłał, zamykała oczy, Była tak piekna, że żadna lalka jej uroda nie dorównywała, dostałam dla niej wózeczek, i jeszcze pamiętam odlewanie żolnierzyków z ołowiu i to tyle. Mieszkaliśmy otoczeni 20 ha parkiem i tam szaleliśmy a na podwórcu graliśmy w palanta.
OdpowiedzUsuńA TERAZ DUŻO SZCZĘŚCIA ZOSI I GRATULACJE WAM ZA TE 44 LAT!!!
Dziekuje, ale jesli mam byc szczera, to wolalabym byc po rozwodzie, nie wytrzymuje napiecia, calkiem przestalam faceta trawic. On zdazy mnie wykonczyc, zanim trafi pod obca opieke. Boje sie nastepnych miesiecy i lat.
UsuńMoze wlasnie dlatego m ielismy niewiele zabawek, ze wiekszosc czasu w dziecinstwie spedzalismy wlasnie na dworze, nie bylo zlej pogody czy niesprzyjajacych okolicznosci. Teraz trudno dzieci odkleic od telewizorow, komputerow i smartfonow, nie wolno ichz wypuszczac samych bez opieki, bodaj do 12 roku zycia. Ten brak wolnosci probuje sie zrownowazyc zasypywaniem ich zabawkami, grami i filmami.
Ja miałem zawsze z mało zabawek, ale z drugiej strony nie przeszkadząło mi to, żeby się nimi w nieskończoność bawić...
OdpowiedzUsuńMy bardzo dbalismy i szanowalismy nasze zabawki, byly drogie i nie dostawalo sie tysiaca innych, kiedy sie zepsuly.
UsuńWszystkiego najlepszego dla Ciebie i Zosi. Trzy lata to już poważny wiek, a awans na przedszkolaczkę to wielka sprawa:-) Bursztynowe gody to całkiem ładna rocznica do świętowania. Moi rodzice byli małżeństwem 51,5 roku, do śmierci taty. Gdyby żył to w przyszłym roku obchodziliby szmaragdowe gody.
OdpowiedzUsuńZabawek miałam niewiele. Najbardziej lubiłam wielką szmacianą lalkę Izabelkę i miśka Miśka. Miałam, a raczej mam jeszcze lalkę Krakowiankę, która siedzi na szafie w moim rodzinnym domu. Miałam natomiast dużo gier i bardzo dużo książek, które też wciąż są u mamy. To co miałam w zupełności mi wystarczyło. Ostatnio mieliśmy problem z wyborem czegoś dla wnuczki. Bo co kupić dziecku, które wszystko ma? Ech...
Musze sie pochwalic, ze Zoska, zapytana, z ktorego prezentu najbardziej sie cieszy, wskazala ksiazeczke od nas. Bo wprawdzie mam jej kupic nowe mebelki, ale czekamy na mozliwosc transportu z IKEA w Kassel, wiec zastepczo dostala spersonalizowana ksiazeczke o wlasnych przygodach. Mozna takie zamowic online, wybrac wyglad dziecka, wpisuje sie jego imie, rodzicow, rodzenstwo, zwierzeta domowe i powstaje ksiazeczka o tym wlasnie dziecku. Zoska byla pod wrazeniem i ten prezent najbardziej jej przypadl.
UsuńO, to bardzo fajnie:-) Książeczka naprawdę musiała być wyjątkowa, że wybrała ją ulubionym prezentem. Zapamiętam sobie i kiedy Jula będzie już starsza sprezentuję jej taką książeczkę. Ale to za parę lat, bo w czwartek też kończy 3 ale miesiące:-)
UsuńJula? Znaczy Julia? Jak mama Zoski.
UsuńTak, Julia:-) O, jak fajnie!
UsuńBo to takie piekne imie.
Usuń