W ubiegly piatek, zaczeto nas bombardowac alertami, ostrzezeniami, alarmami i wieszczeniem najwiekszej apokalipsy od wiekow. Pozamykano szkoly, apelowano o pozostawanie w domach, jesli ktos nie musi wychodzic, bo nadchodzi pogodowy front-morderca, bedzie bardzo slisko i niebezpiecznie z racji zamarzajacego deszczu. Deszczu nie bylo, jedynie troche sniegu, zadnej slizgawki, przezylismy. Sobota i niedziela byly mrozne, szczegolnie w nocy, kiedy temperatura spadala do dwucyfrowych minusow, ale pogodne i sloneczne, takie dla spacerow.
W niedziele po poludniu zaczelo sie od nowa, moja aplikacja KATWARN (skrot od Katastrophen Warnung - ostrzezenie o katastrofie) brzeczala i piszczala, internet zaroil sie na wszystkich platformach od powaznych ostrzezen i informacji o zamknieciu szkol w poniedzialek, bo teraz to juz na pewno drugi front-morderca z marznacym deszczem zbliza sie do nas wielkimi krokami. Miejska komunikacja na biezaco nadaje aktualizacje, na jakich trasach odpadaja pewne linie autobusowe, glownie tam, gdzie sa gorki lub ostre zakrety. To u nas powszechne, miasto lezy w takiej niecce, ma dokola gorki i tam miejskie autobusy moze by i wjechaly, ale czarno widze ich zjazd z tych gorek i to mimo posypywania i solenia ich tras, ale jesli snieg pada bez przerwy albo zdarzy sie gololedz, nie da sie tego szybko ogarnac.
Tymczasem w poniedzialek rano byla wprawdzie niewielka sniezyca, ale szczesliwie nie spadl zaden marznacy deszcz i tylko dzieciaki w szkolach mialy radoche z dwoch wolnych dni. Ja juz w niedziele zameldowalam w robocie, ze nie mam zamiaru umierac w poslizgach i ze zostaje w domu. Jeszcze bardzo rano panowal mroz -4°C i moglo byc rzeczywiscie slisko na zamarznietym sniegu, ale z uplywem czasu temperatura rosla dosc szybko i o 10.00 bylo juz +1,5°C, a potem jeszcze wiecej. Odczekalam az ociepli sie jeszcze bardziej i pojechalam do drogerii, gdzie mialam sporo do kupienia i nie chcialam laczyc zakupow drogeryjnych z normalnymi we wtorek. Byl spory problem z wyjazdem z miejsca parkingowego, bo kilka dni stal samochod i obok niego utworzyla sie mulda ze sniegu, ktora zlodowaciala, a ja wyjezdzajac, zawislam na tej muldzie i ani w przod, ani w tyl. Kola buksowaly, ja przeklinalam jak szewc, juz mialam leciec po slubnego, zeby mnie stamtad wypchnal, ale jakims cudem zdolalam pokonac przeszkode. Kiedy wrocilam i probowalam wjechac tam z powrotem, to nie dalam rady, musialam szukac mniej wymagajacej luki parkingowej.
W niedziele mialam w zasadzie odpoczywac, ale zadzwonil P. czy moze po mnie przyjechac, zabrac do nowego mieszkania, zebym sie rozejrzala kobiecym okiem, czego im z Guciem do szczescia brakuje i potem to zamowila. Oni obaj pracuja, wiec wygodniej jest, kiedy zamowione artykuly przyjda na nasz adres, skoro zawsze ktos jest w domu, a oni potem wszystko sobie hurtem odbiora. Juz wczesniej pozamawialam im lampy, wszystkie byly juz zainstalowane przed przeprowadzka, zeby pomagierzy i monterzy mebli mieli jasno przy pracy. Pozapisywalam sobie wszystko i pomierzylam co trzeba, po czym odwiezli mnie do domu, a sami pojechali po kolejne drobiazgi na stare mieszkanie, bo najwazniejsze byly duze i ciezkie meble z ich demontazem i montazem w nowym miejscu, a maly kram mozna juz sobie wozic wlasnym autem, zeby nie naduzywac czasu i wysilku pomocnikow.
Akurat swietnie sie zlozylo, bo dokladnie do niedzieli, czyli tego dnia, kiedy bylam u nich, a potem zamawialam, trwala akcja na Payback, ze punkty za zamowione rzeczy (1 punkt za 2 euro) beda liczone 7-krotnie, czyli za to wszystko, co tego dnia dla nich zamowilam, wpadlo mi naraz 3,5 tysiaca punktow, a dodatkowo w drogerii zebralam do kupy ponad 2,2 tysiaca, czyli praktycznie w jeden dzien zarobiona jestem 57 euro, moze to nieduzo, ale cieszy mimo wszystko. Nie dosc, ze wyzylam sie kreatywnie, to jeszcze na tym zarobilam na boku. Ale cos za cos. Praktycznie przez caly poniedzialek mialam zajecie wymagajace wielkiego skupienia. Kiedys w tym OTTO, bez wzgledu na to, ile rzeczy sie zamowilo, dostawalo sie jeden rachunek, teraz OTTO jest jak Amazon, tylko posredniczy i od kazdego producenta masz osobny rachunek, nie da sie nawet zebrac tego wszystkiego na jeden przelew, bo kazdy rachunek ma wlasna sygnature. No i kiedy nadchodza te rachunki, to kazdy musze zeskanowac i wyslac P. z adnotacja, za co on jest, bo na rachunku tego nie ma, a ja na kazdy artykul dostaje dwa maile, jeden, ze artykul xyz jest przygotowany do wysylki, a drugi to goly rachunek bez podania za co, wiec wysylajac do P. podpisuje kazdy, zeby on wiedzial, za co placi. Skomplikowane to wszystko i denerwujace, ale obejsc sie nie da. Zrobilam sobie jeszcze liste na papierze i tam odhaczalam, za co te rachunki juz przyszly, zeby sie nie pogubic w tych mailach. Zostal mi otwarty jeszcze jeden za dywaniki lazienkowe, a bylo ich razem 18.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Zostaw slad, bedzie mi milo.