Translate

30 sierpnia 2024

Cudze kłopoty nie przeszkadzają spać

 Jak juz pisalam w poprzednim poscie, czas mi sie inaczej aranzuje, mam go jakby wiecej, co wymiernie przeklada sie na odpoczynek nocny, nie wybudzam sie zlana zimnym potem i lomotami w sercu, w poczuciu, ze o czyms zapomnialam, czegos nie zdaze czy ze cos nie zostanie uhonorowane w urzedach. Mam tez jakby w dzien wiecej czasu, a kiedy go mam, to zamiast wziac sie do jakiejs konkretnej roboty, np. do porzadkowania papierow, bo ostatnio, kiedy szukalam pewnego dokumentu, zauwazylam papierzyska sprzed lat dotyczace rzeczy dawno minionych, nieaktualnych i przebrzmialych. Ale wiecie, jak to jest z papierzyskami, nie mozna ich tak hop-siup do makulatury, bo ochrona danych i te rzeczy, papierzyska musza przejsc przedtem przez niszczarke, a to juz wieksze wyzwanie, wiec odkladam i odkladam i pewnie bede odkladac, bo zamiast niszczyc te papierzyska, ja zaglebilam sie w umiejetnosci wlasnego smartwatcha i znow cos fajnego odkrylam. Gdybym, jak wiekszosc normalnych ludzi, zaczela od przeczytania instrukcji obslugi, to pewnie juz wczesniej bym sie na to naciela, ale ja normalna nie jestem, bo kazda rzecz elektroniczna biere i kombinuje po swojemu i oczywiscie o polowie funkcji nie wiem. A teraz odkrylam, ze ta cholera nie tylko w dzien mnie ze wszystkim kontroluje, ale i w nocy czuwa nad moim spokojnym snem. Czym jest SEN i jakie ma znaczenie w prawidlowym funkcjonowaniu czlowieka, dowiecie sie pod podanym linkiem. Niby czlowiek wszystko to teoretycznie wie, ale warto sobie przypomniec. Bo roznie z tym snem bywa. 
 

 Nigdy bym nie przypuszczala, jak bardzo wielki wplyw na cykl snu maja czynniki zewnetrzne i jak sie nam ten sen balagani, kiedy zostajemy od nich odcieci. Na szczescie mimo rolet w sypialni sie rozjasnia, kiedy wstaje dzien i moge poprzestac na tych zdrowych kilku godzinach snu. Tymczasem moj zegarek sledzi jego przebieg i monitoruje moje czynnosci.
 

 5% calego mojego snu to czuwanie (Wach) i trwa 24 minuty, ale ja tego nawet nie rejestruje, pewnie przewracam sie wtedy z boku na bok. 23% to faza REM i ona trwala u mnie tylko godzine i 44 minuty. Krotko. Myslalam, ze trwa to dluzej, zwlaszcza, ze nie jest to cykl ciagly, a jak pokazuje wykres, sklada sie z wielu krotszych. 58% to sen lekki (Leichtschlaf), cokolwiek to znaczy, bo oczywiscie nie rejestruje tego swiadomie i wydaje mi sie, ze przez cala noc spie jednakowo, a tu okazuje sie, ze wcale nie. No i wreszcie 14% to u mnie gleboki sen (Tiefschlaf), niewiele ponad godzine, a zakreslone miejsca to "typowy obszar" (Typischer Bereich - nie pytajcie). 
 

  Tu moj genialny zegarek ostrzega mnie, ze przez prawie 26 minut moje natlenienie krwi bylo za male, ponizej 90%.
 

  Tu mamy pomiar pulsu, srednio to 70 uderzen na minute.
 

  No i wreszcie podsumowanie nocy: Czas spania 7 godzin i 31 minut, fizyczny odpoczynek, odzyskanie sil w 90%, spokoj i relaks 95%, mentalna rekreacja 92%, liczba cyklow snu 5.
 Jakies ponad 20 lat temu bylam przez dwie noce w laboratorium snu, bo mialam zespol bezdechu sennego. Tyle z tego mam, ze wiem o bezdechu, ale go nie lecze, bo jedyne, co lekarze mieli mi do zaproponowania, byla maska. To ja juz wole umrzec na bezdech senny niz nosic przez pol dnia odciski po tej masce na paszczy, a poza tym to ja lubie sypiac na brzuchu, ostatecznie na boku, a w takich pozycjach z maska sie nie da, wiec pozegnalam grzecznie towarzystwo i pewnie do dzisiaj zmagam sie z ta dolegliwoscia, choc moj genialny zegarek jakos tego nie dostrzegl, ale moze ja go jednak przeceniam. W szpitalu bowiem mialam calego czlowieka okablowanego, wlacznie z glowa, z czego pozniej mialam kruszacy sie gips czy cos podobnego, z wlosow. To byl moj najfajniejszy pobyt w szpitalu, bo przez caly dzien latalam sobie po polach, nawet lisa spotkalam, a przychodzilam tylko na posilki, no i na noc. Ten szpital byl kiedys na wsi, bo to ogolnie szpital plucny, a tam bylo dobre powietrze. Teraz przeniesli go do miasta, a w tamtych budynkach urzadzili przychodnie.
 

28 sierpnia 2024

Chwilowo moje zycie...

... jakby sie nieco uspokaja po umieszczeniu mamy w szpitalu, ale szpitalu jako miejscu, bo w zasadzie mama jest jakby w sanatorium rehabilitacyjnym, tyle ze nie musiala nigdzie wyjezdzac. Naiwnie myslalam, ze formalnosci z przyjeciem jej na oddzial geriatrycznej rehabilitacji przebiegna szybko i sprawnie, w koncu w tym samym szpitalu byla operowana, ale nie, wszystko bylo tak, jakby byly to dwie odrebne placowki. Wywiad medyczny byl tak szczegolowy, ze wszystko trwalo baaardzo dlugo, pytali doslownie o wszystko, od stopnia bolu, przez preferencje smakowe, po preferencje wydalnicze, zwazyli, zmierzyli, ekg zrobili - ciagnelo sie wszystko jak flaki z olejem. Pozniej jeszcze lekarz do mnie zadzwonil, kiedy juz bylam w pracy i dopytal o rzeczy, ktorych nie bylo w tamtej ankiecie, choc myslalam, ze to niemozliwe, zeby cos pominieto. Kiedy juz jedna z pielegniarek wyjechala z pokoju z komputerem, w ktorym notowala odpowiedzi, na jej miejsce wpadly dwie dietetyczki, bo skoro mama schudla, to zostalo jej zaordynowane podawanie raz dziennie tzw. pokarmu astronautow, cos jak Actimel w niewielkiej plastikowej buteleczce, ale zawierajace 300 kcal i duzo bialka. No z podziwu wyjsc nie moglam, jak gruntownie mame przepytywali i myslalam, ze odpowiednio do jej potrzeb bedzie ta rehabilitacja i dieta prowadzona. Tymczasem po tej jednej butelce, ktora dietetyczki zostawily u mamy w srode, jeszcze pytajac, jakie smaki chcialaby dostawac, bo sa rozne, mama przez kilka dni nie dostala zadnej wiecej tego pokarmu astronautow, dopiero po mojej interwencji zaczela znow dostawac. 
 Na drzwiach pokoju wisi informacja, jakie zajecia odbywaja sie ktorego dnia, ogolnie zajecia planowane sa dwa razy dziennie, o 10.00 i o 14.00 i na tej wywieszce wyglada wszystko tak zachecajaco i w interesie pacjenta, ze ojesusmaria! Tyle tylko, ze zadne zajecia sie nie odbywaja. Przez pierwsze trzy dni mama byla dwa razy wzieta na spacer przez fizjoterapeute, raz po korytarzach, raz po schodach. A nazywa sie, ze dwa razy w tygodniu jest ruch w wodzie, ze sa zajecia grupowe w swietlicy, ze sa na sali gimnastycznej - no full wypas, prawie lepiej niz w sanatorium. Gdybyscie zobaczyli, ile maja tam na oddziale personelu, pomyslelibyscie, ze na pacjenta musi przypadac co najmniej dwoje. Mama cwiczy sobie sama, albo lata z rolatorem po korytarzu, albo gimnastykuje sie w lozku, inaczej diabli by wzieli to, co juz osiagnela z przychodzacym do domu fizjoterapeuta i cwiczac codziennie sama. Taka to geriatryczna rehabilitacja, po ktorej, nie powiem, wiele sobie obiecywalam. Chyba bede musiala tam z kims porozmawiac, jaki w ogole ma sens trzymanie pacjentow, z ktorymi nic sie praktycznie nie robi. Kiedy ja mame odwiedzam, tez zawsze gdzies chodzimy, a to do kafeterii na cappuccino, a to do szpitalnego parku polazic i posiedziec na swiezym powietrzu i pogadac o glupotach. 
 W kazdym razie moja skromna osoba podlega procesowi calm down, nie tylko lepiej spie, ale mam w dzien wiecej czasu dla siebie, zeby spokojnie posiedziec i np. napisac nowy post na bloga. Chetnie poszlabym z Toyka, ale upaly sa tak sakramenckie, ze poczekam az sie nieco ochlodzi. Ale nie mam juz takiego poczucia, ze swiat wali mi sie na glowe, ze o czyms zapomnialam, ze czegos nie zdaze. Dzisiaj po poludniu odwoze slubnego na ten planowany zabieg, wiec niewykluczone, ze przez najblizsze dni dojdzie mi calodzienne wychodzenie z Toyka, wszystko zalezy, jak slubny bedzie czul sie po zabiegu i jak sprawna bedzie jego stopa.
 Wkurza mnie opieszalosc kasy chorych, do ktorej wplynal wniosek od pracownicy socjalnej szpitala o zmiane stopnia niepelnosprawnosci dla mamy, jeszcze wtedy, kiedy byla operowana. Niby kasa ma dwutygodniowy termin na odpowiedz, ale nie dostalam jej do dzisiaj, mimo ze monitowalam telefonicznie przed przyjeciam mamy na rehabilitacje. Czyli jak wszedzie. No wiem, ze i tak mama ma szczescie, ze jest leczona tutaj, bo w Polsce pewnie by ja zostawili w mysl zlotej dewizy, ze od pewnego wieku "nie oplaca sie" poswiecac za duzo srodkow na pacjenta, ktory dlugo nie pozyje, tu jest inaczej, no a przede wszystkim w Polsce mama nie mialaby takiej calodobowej opieki jak tutaj. Ale ja pamietam jeszcze czasy, kiedy sluzba zdrowia dzialala znacznie lepiej, pacjent mial prawo do lepszych uslug medycznych, a kasa chorych nie odwazylaby sie tak przeciagac procedur.

 

26 sierpnia 2024

Cos odkrylam

 Kiedy jechalam w tamten piatek robic ten niepotrzebny termin na przeglad techniczny, po drodze mignelo mi cos, co mnie zainteresowalo, ale nie mialam ani czasu, ani ochoty blizej sie temu przygladac. TÜV jest bardzo blisko naszego miejsca zamieszkania, a jeszcze blizej trasy, ktora czesto chodze z Toya na spacery. To jest taka okragla ulica, nawet nazwe ma "okragla", bo nazywa sie Anna-Vandenhoeck-Ring, a ring to wiadomo: pierscien, kolo, okrag, obrecz. Wzdluz tejze wlasciwie  jajowatej, bo nie calkiem okraglej ulicy znajduja sie salony samochodowe, rozne firmy, a kawalek w bok placowka TÜV. Tam robia nie tylko przeglady techniczne, ale odbywaja sie rowniez egzaminy na prawo jazdy. Delikwent przyjezdza samochodem ze szkoly jazdy, nauczyciel przesiada sie do tylu, egzaminator siada z przodu i jazda. Tam czekalismy ze slubnym i w dwa samochody, kiedy nasza najstarsza byla egzaminowana, jedno auto bylo nasze, drugie jej, ale przyjechac jeszcze sama nie mogla. za to odjechala juz swoim. Tu mapka pogladowa TÜV zaznaczony czerwona "lezka", rzeczona jajowata ulica troche nizej.


 Kiedy wracam z Toya ze spaceru, przechodzimy pod autostrada, idziemy wzdluz strumienia i wchodzimy jakby do srodka tego ulicznego okregu, tam Toya moze biegac bez smyczy. Ale kiedy w poniedzialek wzielam ja na spacer, postanowilam pojsc wzdluz ulicy-pierscienia, zeby zobaczyc z bliska to, co mnie w piatek zainteresowalo. Dosc dawno temu stal w tym miejscu legendarny juz "szklany palac", niechlubna pozostalosc po gigantycznym skandalu, jakiego dopuscila sie tzw. grupa getynska, tworzac cos w rodzaju piramidy finansowej, w ktorej swoje pieniadze stracily setki tysiecy inwestorow, na lacznie ponad miliard euro. W 2007 roku oglosili upadlosc, pozostal po nich szklany palac w stanie surowym, ktory mial byc pompatyczna siedziba firmy, a ktory nigdy nie zostal ukonczony, pozniej przez lata straszyl, wreszcie zostal wyburzony.


  Teren nabyla w 2018 roku getynska firma deweloperska, ktorej celem bylo stworzenie „kampusu wyznaczajacego trendy technologiczne i biznesowe”. Nie bardzo sledzilam dalszy rozwoj, z daleka widzialam rozbiorke szklanego palacu, ale pozniej juz niespecjalnie wiedzialam, co dalej. Dopiero teraz wyszukalam w guglu, ze mialy to byc budynki laboratoryjno-biurowe, magazyny i wielopietrowy garaz. Sztandarowym projektem miala byc budowa tzw. Bosco Vertikale, pionowego lasu na 15-pietrowym budynku, majacego produkowac tlen, pochlaniac brud i halas i stac sie siedliskiem duzej liczby gatunkow ptakow i owadow. Dwa wiezowce tego projektu stoja juz w Mediolanie.
 Chyba nie za bardzo, nie do konca wyszedl im ten projekt, bo wprawdzie pionowy las (ja bym to nazwala chaszczami) jest i to on wlasnie zainteresowal mnie w drodze do TÜV, ale do 15 pieter brakuje mu tuzina. Pietrowy parking jest, zabudowa dosc rozlegla, ale nizsza niz w pierwotnym zamierzeniu.






 Niemniej projekt bardzo ciekawy, fajnie wyglada z bliska i z daleka, no i nareszcie zniknelo to szklane straszydlo sluzace menelom i parom na szybki numerek. BTW, na szybie widac napis "amedes", to firma swiadczaca szeroki wachlarz uslug medycznych, w ktorej pracuje moja najstarsza corka. Z tym, ze ona pracuje w szpitalu, ale placone ma przez te firme, a nie przez szpital.

 

24 sierpnia 2024

Alain

 Nie bede tu cytowac zawartosci Wikipedii, sami mozecie tam zajrzec i poczytac o jego karierze, filmach, w ktorych zagral, on byl na tyle znany, ze wszyscy mniej lub wiecej wiedza, kim byl ten francuski aktor o zniewalajacej urodzie, choc niekoniecznie klasycznie dobrym w stosunku do kobiet charakterze, ale przystojni mezczyzni tak na ogol maja. Byl narcyzem, seksista, mrocznym bohaterem, diablem o twarzy aniola. Byl zwiazany lub zonaty z wieloma znanymi kobietami, mial troje dzieci i bogata filmografie, ale podobno nie gardzil tez romansami homoseksualnymi. Przeszedl droge od lewicowego sprzymierzenca mniejszosci i kolorowych, do nacjonalisty popierajacego Marin Le Pen, gloszacego antyimigranckie hasla. Kpil otwarcie z ruchu #metoo, twierdzac, ze kobiety same pchaja sie facetom do lozka.
 Malo kto jednak wie, ze byl wielkim milosnikiem zwierzat i bardzo angazowal sie w ich ochrone, zakladal schroniska, nie zalowal srodkow, by jego podopiecznym
niczego nie brakowalo, podobno nawet chcial zostac pochowany w poblizu miejsca spoczynku jego towarzyszy zycia, a mial ich spora liczbe. W ostatnim czasie w jego posiadlosci nad Loara mieszkalo z nim osiem czworonogow. Tam tez miesci sie jego psi cmentarz. Jak sam mowil, z psami spedzil cale zycie, nauczyl sie je szanowac i bezwarunkowo kochac, jak one kochaly jego.
 Byl wielkim zwolennikiem i aktywista w organizowaniu wprowadzenia stanowiska adwokata zwierzat domowych. Podkreslal, ze nawet mordercy i bandyci moga bezplatnie korzystac z pomocy prawnej, tak i zwierzetom przysluguje prawo do obrony. Mowil:
 
Człowiek zadbał już o swoje interesy: ma adwokata. Nawet tak nikczemnym osobom jak Fournier i Dutrow (zabójcy i gwałciciele dzieci) zgodnie z prawem przydziela się obrońców! Przestępcom, którzy nie mają pieniędzy na zapłatę, państwo gwarantuje adwokata z urzędu.
Mambo to pies, który został żywcem podpalony w sierpniu zeszłego roku przez dwóch młodych ludzi w Pirenejach. Wysłałem na miejsce swojego weterynarza, który zdołał uratować psa. Ale gwoli sprawiedliwości Mambo powinien mieć swojego adwokata. Ponadto po raz pierwszy w praktyce sądowej sędzia zdecydował, aby pies był obecny na sali podczas procesu. Wyobraźcie sobie, że dręczyciele oblali go benzyną i podpalili, i wszystko to – dla rozrywki! Jak można zrobić coś takiego? Jeśli wszystko to wydarzyłoby się na moich oczach, ryzykowałbym spędzeniem reszty życia za kratkami. Po prostu zabiłbym tego, kto to zrobił. Nawet zwierzęta napadają na inne zwierzęta tylko po to, by zdobyć pożywienie, ale nie „dla rozrywki”.
 
 Aktor wspolpracowal z roznymi organizacjami zajmujacymi sie ochrona zwierzat i czesto angazowal sie majace na celu podnoszenie swiadomosci spolecznej na temat ich praw. Jego zaangazowanie nie konczylo sie na wsparciu finansowym, Delon osobiscie aktywnie wspieral dzialalnosc na rzecz zwierzat, a takze otwarcie krytykowal praktyki przemyslowe, ktore prowadza do cierpienia zwierzat.  Jego dzialalnosc byla przykladem na to, ze znani ludzie moga uzywac swojej pozycji do promowania waznych spolecznie tematow. Alain Delon pomimo swojej slawy, zawsze staral sie wykorzystac swoja platforme do pomagania tym, ktorzy nie maja glosu.
 

  Gdybym mogla, tez chcialabym spoczywac po smierci obok moich zwierzat, nie z ludzkimi czlonkami rodziny, a wlasnie z czworonogami, bo one jedyne kochaly mnie absolutnie bezwarunkowo. Ja je zreszta tez.
 Od dluzszego czasu wiedzialam o jego zaangazowaniu w ochrone zwierzat i ich praw i za to moglabym go kochac, ale zastanawiam sie, czy w swoim zyciu uczynil wiecej zla czy dobra? Ktora strona jego duszy dominowala? Kochac go czy jednak nim gardzic? Zdazyl umrzec, a ja nie znalazlam odpowiedzi na to pytanie.
 

22 sierpnia 2024

Turniej znienacka

 Ja sobie chyba wykrakalam jeszcze wiecej terminow i zadan do wykonania w sierpniu, jakby za malo tego bylo, o czym juz pisalam. W poniedzialek, jak wiecie, mialam termin na przeglad techniczny auta, we wtorek srednia corka miala zebranie w szkole, wiec bapcia zostala zamowiona do pilnowania towarzystwa, zeby grzecznie udalo sie na spoczynek, w srode mama miala termin przyjecia do szpitala na trzytygodniowa stacjonarna rehabilitacje, a po zalatwieniu formalnosci ja musialam pognac do roboty, bo samo sie nie zrobi, a i tak dobrze, ze zgodzili sie na spoznienie. O tych terminach wiedzialam wczesniej i bylam na nie przygotowana, ale jeszcze w ubieglym tygodniu wyskoczyl mi w sobote termin-znienacek. A mialam spedzic weekend na blogim nicnierobieniu, nawet postaralam sie i posprzatalam juz w czwartek, zeby miec cale trzy dni bez roboty. 
 Tymczasem w piatek wieczorem zadzwonila do mnie srednia corka, ze Gapcio ma byc w sobote rano na stadionie klubu sportowego niedaleko nas, bo zostal wyznaczony do udzialu w turnieju malych trampkarzy w pilke kopana. Gapcio trenuje od niedawna, jest jeszcze nieco nieporadny, ale trener postanowil go wlasnie znienacka wystawic. A ze w soboty i niedziele autobusy miejskie jezdza inaczej i cos tam stalo na przeszkodzie, zeby byli na stadionie punktualnie, to oczywiscie bapcia miala towarzystwo wozic i to od dosc wczesnego rana. Najpierw myslalam, ze ich przywioze, pojde do domu i pozniej zadzwonia po mnie, kiedy turniej sie skonczy, ale pogoda byla fajna, wiec dolaczylam do matek dopingujacych i wrzeszczalam razem z nimi. Dolaczyla do nas najmlodsza z Juniorem i Zoska, bylo wiec co robic, by szkraby nie plataly sie po boiskach. Trampkarze bowiem graja na znacznie mniejszych boiskach, a druzyny licza po trzech do czterech zawodnikow. Normalne wymiarowe boisko do pilki noznej podzielone bylo na szesc czy nawet osiem mniejszych boisk i tam odbywaly sie krotkie mecze, pozniej wygrani grali przeciw innym wygranym, tych druzyn bylo naprawde sporo, wszystkie z Getyngi, nawet nie wiedzialam, ze mamy tutaj tyle klubow pilkarskich.
 A teraz migawki z turnieju: Nie wiem, co z tym przekletym blogerem sie dzieje, wybralam szereg zdjec, wczytalo mi w porzadku odwrotnym, ostatnie zdjecie bylo pierwszym, wiec wykasowalam i sprobowalam wybierac od ostatniego do pierwszego w nadziei, ze wgraja sie odwrotnie czyli wlasciwie. Niestety znow ostatnie bylo pierwszym. Teraz sprobuje pojedynczo, ale moj wqrw rosnie.
 
Rozgrzewka

 
Siostra Hexa tez bedzie dopingowac

Ostatnie uwagi trenera

Gapcio z 12-tka

Cos nie wyszlo

Tak tez sie zdarza

Run, Gapcio, run!

Cala druzyna, ten z opaska to bramkarz

Rodzenstwo cioteczne i rodzone

Zoska w plasach na bosaka

Junior zachwycony wolnym wybiegiem

 Wszystko przebiegalo spokojnie, trzeba bylo troche uwazac na maluchy, zeby w szkode nie weszly, az tu nagle nisko nad stadionem przelecial z hukiem nasz Christoph. Junior dostal naglej palmy z radosci, piszczal prawie glosniej od helikoptera. Ten zas zatoczyl kolo na niebie i zaczal ladowac za pobliskimi blokami. Spytalam Juniora retorycznie, czy chce zobaczyc z bliska i pognalismy szukac, gdzie dokladnie wyladowal. Okazalo sie, ze stal na terenie pobliskiej szkoly, przed blokiem tez juz stala karetka, bo tu tak jest, jesli sprawa gardlowa, jednoczesnie jedzie ambulans i leci helikopter. Postalismy tam chwile, zeby zobaczyc jak Christoph startuje.
 

 

 Dzieciak zachwycony, bapcia tez. Czas byl wreszcie pojsc do domu. Znienacek okazal sie fajnie spedzonym dniem.

20 sierpnia 2024

Gdzie ta etyka pracy?

 Kiedy zawitalismy tu te ponad 35 lat temu, czlowiek szukal kontaktow polskojezycznych, no bo roznie z ta znajomoscia niemieckiego bywalo. Ja jakos tam radzilam sobie po angielsku, co wyjatkowo dobrze wspominam, bo Niemcy operowali takim samym nieskomplikowanym  i bez nalecialosci dialektowych szkolnym angielskim, wiec latwo bylo sie porozumiec, ale wiadomo, w pewnych dziedzinach moj angielski byl niewystarczajacy. Szczesliwie trafil nam sie lekarz domowy mowiacy po polsku i warsztat samochodowy, ktory prowadzil Polak z pochodzenia, Joseph. Lata cale obslugiwal nasze samochody, rowniez organizowal przeglady techniczne, bo te moga byc przeprowadzane jedynie przez uprawnionego pracownika. Jozek, jak go nazywalismy, zamawial go do siebie do warsztatu i gdy byly jakies rzeczy do poprawki, robil nam to na miejscu, przy okazji zawsze wymienialismy u niego olej. Przeglady sa u nas co dwa lata, nasz przypada w czerwcu. 
 Czas plynal, Jozek sie starzal, wiec nadszedl dzien, kiedy udal sie na zasluzona emeryture. Pracowal u niego przez te wszystkie lata Partyk, Niemiec bardzo sympatyczny, uczynny. Juz za naszych czasow ozenil sie, mial dzieci, nawet zawsze kupowalam jakis drobiazg, kiedy rodzilo sie nowe, no znamy sie od poczatku, ponad 30 lat. Patryk przejal warsztat po Jozku, ale na szyldzie stoi: Wlasciciel Patryk M. Majster Joseph K. Bo w Niemczech tak jest, ze wlascicielem moze byc kazdy, ale musi miec "na stanie" kogos z papierami mistrzowskimi, a Partyk ich nie ma. Zrobienie bowiem papierow to dosc dluga i zmudna droga, no i dosc droga, kilkanascie tysiecy euro. Przy czym Partyk moze by i srodki na to mial, ale nie ma czasu, bo od rana do wieczora pracuje, dlatego Jozek uzyczyl mu swojego tytulu, choc juz tam nie pracuje. 
 Od czasu przekazania warsztatu juz dwu albo trzykrotnie robilismy u Patryka TÜV (skrot Technischer Überwachungs-Verein czyli Stowarzyszenie Dozoru Technicznego, ale potocznie tak mowi sie o przegladzie), w tym roku slubny podjechal do niego, zeby zrobic termin. W zyciu Patryka jednak sporo sie zmienilo, zdazyl sie rozwiesc, sprowadzil sobie jakas arogancka pinde, ktora to pinda pomaga teraz w recepcji warsztatu. Cos tam dziamgala, ze nie ma terminow, w koncu slubny poszedl do Patryka z pytaniem, kto tu rzadzi i dostal termin, ale dopiero na 16 sierpnia, mimo ze byl jakos pod koniec czerwca. Niestety spozniony TÜV nie przeklada sie na wydluzony czas waznosci przegladu, zawsze bedzie wazny do czerwca za dwa lata (jesli przejdzie ten przeglad). 
 16 sierpnia o 8.00 slubny pojechal punktualnie do warsztatu, a tam tylko jakis niekumaty pracownik, ktory nie tylko o niczym nie wiedzial, ale i po niemiecku slabo mowil. Partyka ani sladu, rowniez czlowieka, ktory powinien przyjechac ze stacji TÜV, a pracownik nic nie wie. Kilku umowionych klientow odjechalo z kwitkiem. Patrykowi chyba sodowka musiala uderzyc, bo juz wczesniej zaczal sie zachowywac jakos dziwnie i mniej przyjaznie, ale jak dotad dotrzymywal terminow i robil wszystko porzadnie. 
 No coz, stracil w nas klientow, jeszcze tego samego snia pojechalam do stacji TÜV, czasem bowiem sie zdarza, ze mozna zrobic ten przeglad z biegu, jesli nie maja zapchanego terminarza, ale tym razem mieli, wiec dostalam termin na poniedzialek 19 sierpnia, a olej sobie wymienimy w kazdym innym warsztacie. Bez laski!
 Poniedzialek mialam od przedswitu straszny, od 3.00 nie spalam, wiec wstalam juz niewyrazna, ale nic, odwalilam prace, w drodze powrotnej zahaczylam o bank, wpadlam po recepte do rodzinnej, potem do apteki, w miedzyczasie obdzwonilam fizjoterapie i opiekunki, zeby odwolac ich na te trzy tygodnie pobytu mamy w szpitalu. Z domu pobralam mamy smartfona, zeby mi go doladowali wiekszym mobilnym internetem czyli odwiedzilam operatora, biegiem z powrotem do domu, w biegu obiad i na termin do TÜV. Mily pracownik wzial ode mnie kluczyki i papiery auta, ja mialam spoczac sobie na fotelu. Spoczelam z wdziecznoscia, bo bylam skolowana ta latanina, pstryknelam zdjecie, wrzucilam na fejsunia, czekam. Nagle ów mily pan podchodzi do mnie i oznajmia, ze moj przeglad jest jeszcze wazny do przyszlego roku. Glupio sie usmiechnelam, przeprosilam za zamieszanie, pan jeszcze ze smiechem zauwazyl, ze zaoszczedzilam chwilowo ponad 150 euro, ale poczulam sie jak najglupsza na swiecie blondynka, ktora zamiast sprawdzic (w dwoch miejscach moglam sprawdzic: w dowodzie rejestracyjnym i na naklejce na tablicy rejestracyjnej) uwierzyla na slowo zdemencialemu slubnemu. No coz, przez cale zycie on zajmowal sie przegladami technicznymi, pilnowal terminow wymiany oleju, klockow hamulcowych i filtrow, ja tylko jezdzilam. Teraz on na szczescie przestal jezdzic, ale kiedy oznajmil, ze czas na przeglad, to ja przyjelam to za dobra monete. Do domu wracalam mnac w ustach najokropniejsze wyrazy, majac mord w oczach i szczery zamiar zatluczenia faceta na smierc. Za ten moj wstyd, nerwy, pospiech i za caloksztalt. Potem spojrzalam na Toye i spontanicznie postanowilam z nia wyjsc, choc zmeczona bylam okrutnie, bo inaczej chyba naprawde zrobilabym slubnemu jakas krzywde. Tak sobie na tym spacerze myslalam, ze dawno mam juz za soba czasy myslenia za kogos, pilnowania, dzieci, ich terminow, ich zachowan - wyprowadzilam je na ludzi, teraz mam od nowa to samo, musze myslec za dwoje doroslych, pilnowac ich terminow, tlumaczyc, wozic, a teraz doszlo sprawdzanie wszystkiego, co wymysla.Wczoraj (w niedziele) np. slubny capnal torbe na zakupy i wchodzi z domu, pytam sie, dokad to. On ze chleba nie ma i idzie kupic, bo myslal, ze jest sobota. A przeciez na scianie wisi kalendarz ze zdzieranymi kartkami i swieci niedzielnie na czerwono. No rece opadaja!
 I nie, to nie jest ani troche smieszne, mnie sie chce plakac, bo juz kompletnie wszystko jest na mojej glowie, na niczyja pomoc nie moge liczyc.

18 sierpnia 2024

Pieniadze im sie koncza

 Pasozytow przybywa... wroc... przeciez to zdaniem rzadzacych sily fachowe majace wzmocnic budzet i finansowac nasze emerytury. No wiec przybywa tych sil fachowych, ktore to sily musza gdzies mieszkac i cos zrec, tyle tylko, ze z chwila przekroczenia granicy niemieckiej chec do pracy szybko im przechodzi, wola podejmowac latwiejsze i bardziej intratne zatrudnienie, choc wiadomo, ze nie do konca legalne. Ale legalnie doja system, a w kasach miejskich, gminnych, landowych i federalnych juz dawno zaswiecilo dno. Trzeba wiec postarac sie o kase, bo z pracy frajerow i ich podatkow juz nie wystarcza. 
 Nie tak dawno pisalam o polowaniu na kierowcow za pomoca wszelkiego autoramentu radarow, pulapek i rozszerzania strefy platnego parkowania. Za mojego zycia w tym miescie strefa byla dwukrotnie rozszerzana, ze nie wspomne przez wrodzona niesmialosc o podwyzkach cen za godzine parkowania i oczywiscie podwyzkach kar za przekroczenie czasu czy niewykupiony bilet. Ostatnio nawet przeczytalam  na lokalnej stronie, ze spory parking niedaleko Kiessee, czyli taki dla odwiedzajacych plywalnie lub chcacych zrelaksowac sie nad jeziorkiem, bedzie od zaraz parkingiem platnym. Sukinkoty z tej chciwosci robia zamach na teren wypoczynkowy, ktory nie jest polozony w strefie mocno odwiedzanej przez kupujacych. Poza tym widze jakby wiecej samochodow Ordnungsamtu, uwijaja sie jak w ukropie, zeby tylko nachalnie zarobic pieniadze na tych przyjezdnych bandziorow. Nie ma ich tylko tam, gdzie sa potrzebni i gdzie mogliby naprawde sporo kasowac. Jak wiecie, od 1 kwietnia do 15 lipca obowiazuje smycz dla psow, niestosowanie sie do tego obowiazku grozi grzywna do 5000 euro. Toya zostala pogryziona przez dwa wolno biegajace psy, zreszta na terenie centrum logistycznego psy nagminnie biegaja bez smyczy. Ale tam nie da sie dojechac, trzeba by ciezkie dupy wywlec z samochodu i dojsc, wiec tam juz urzednicy slynnego urzedu porzadkowego nie zagladaja, latwiej przejechac ulica i polowac na zle parkujace auta.
 Jak wiecie, mieszkam przy waskiej uliczce, a lokatorow jest sporo, w tym niemalo zmotoryzowanych, wiec o miejsce do zaparkowania jest naprawde nielatwo. Przy czym przed poludniem parkuja nam dodatkowo obcy z pobliskich miejsc pracy, np. przy tej glownej ulicy, bo tam nie ma zupelnie mozliwosci parkowania. Zdarza sie wiec, ze musze parkowac gdzies dalej, no ogolnie jest z tym niewesolo. Mieszkamy tu juz 15 lat, zawsze wszyscy parkuja na kazdym mozliwym skrawku, tj. od samego poczatku ulicy, niektorzy nawet zostawiaja auta skosem na rogu ulicy, no kazdy orze jak moze. Ordnungsamt jezdzil i sprawdzal i nigdy nikt nie przyczepil sie do dosc ciasno parkujacych aut, skoro nie blokowaly nikomu przejazdu. Az do teraz. Parkowalam przy krawezniku, przy jego prostej czesci, zaraz dalej zaczynalo sie jego zaokraglenie, jak bywa na kazdym rogu ulicy. Trzy inne auta staly podobnie  na pozostalych trzech rogach ulicy, jak to mamy w zwyczaju od kilkunastu, a podejrzewam, ze mieszkajacy tu dluzej - od kilkudziesieciu lat. I co powiecie? Wszyscy czworo dostalismy mandaciki, bo nie stalismy w przepisowej odleglosci 5 metrow od skrzyzowania. Czaicie? 5 metrow to jest miejsce na zaparkowanie jednego duzego pojazdu (czterech na calym skrzyzowaniu) lub dwoch Smartow na przyklad. Czyli czterech do szesciu samochodow, na ulicy, gdzie kazdy centymetr jest na wage zlota. I nie chodzi tu o koniecznosc zaparkowania gdzies dalej i przejscia paru krokow, tu ogolnie na kazdej uliczce jest to samo, wszedzie brakuje miejsc. Dla mnie to czysta szykana, bo urzednicy wiedza bardzo dobrze, jak sie sprawy maja na tych osiedlowych drogach i ze inaczej nie bedzie, nikt nie zaparkuje piec ulic dalej, majac 5 metrow wolnego miejsca przy skrzyzowaniu. A te gnoje beda po prostu czesciej przyjezdzac i walic mandaty ludziom, ktorzy od wiekow tak parkowali, bo nie mieli innej mozliwosci. Jakim trzeba byc sqrwysynem, zeby robic cos takiego, sami powiedzcie.
 Z tego, co mi wiadomo, ten zalosny rzad chce zakazac wszystkich pojazdow z silnikami diesla, a to ponad 8 milionow uzytkownikow w calych Niemczech. Z tym, ze ich swiatle plany zmuszenia wszystkich do uzywania aut elektrycznych wala sie jak domek z kart. Zaklady produkujace samochody juz rezygnuja z elektrykow, bo nie ma na nie popytu, a ci, ktorzy dali sie zmanipulowac i nabyli te cuda, nie maja co z nimi zrobic, bo zaden salon samochodowy nie chce przyjmowac uzywanych elektrycznych, kiedy klient zdecyduje sie wrocic do spalinowego. Zostaja wiec z tym zlomem jak z reka w nocniku, nikt tego nie chce. Sa zawodne, latwo ulegaja pozarom, a straz pozarna nie daje rady ich gasic, maja maly zasieg i sa ogolnie do niczego. Coraz lepiej sie dzieje, trwa rzadowy terror, nachalne szukanie srodkow na ich wymysly z d**y wziete, zaczynam sie czuc gorzej niz w Polsce za komuny. Zastraszanie obywateli przyjmuje karykaturalne rozmiary, a wydawanie ich pieniedzy na uszczesliwianie calego swiata jest coraz wieksze. 

Marcowa magia

     Pierwszej marcowej nocy wrozka Przedwiosenna przycupnela zmeczona na dachu jednego z domow w niewielkim miescie uniwersyteckim. W ostat...