Och, jak ja uwielbiam snobow! No kocham ich nad zycie, bo rozswietlaja mi swiat swoim nadeciem, poczuciem wyzszosci, lepszosci, wiekszej wartosci. Wydaje im sie, ze maja prawo kogokolwiek, w tym mnie, pouczac, stawiac idiotyczne diagnozy, ktore udalo im sie kiedys wyczytac w pismie dla kobiet albo sami uslyszeli przed laty na wlasnej terapii grupowej DDA, wiec mysla (czy to nie naduzycie semantyczne?), ze da sie to doczepic do wszystkich bolaczek innych ludzi. Chwala sie, kim to nie sa, czego nie przeczytali, obejrzeli, wysluchali, muzyka tylko powazna, literatura tylko niestrawna dla innych, puszenie sie i nadymanie do granic pekniecia zylki wiadomogdzie.
Teraz zapanowala moda na nazywanie zwiazku nieformalnego, konkubinatu czy zycia ze soba na karte rowerowa - rzymskim malzenstwem. Nazwa od poczatku mylaca, bo niezgodna z definicja malzenstwa, jakiegokolwiek, cywilnego czy koscielnego, niosacego ze soba wiele uprawnien, ale i obowiazkow. Nie dla wszystkich oczywiscie, bo biorac pod uwage gremialne uniewaznianie malzenstw przez kosciol katolicki, nie jest to wbrew zalozeniu zwiazek nierozerwalny. Czyli slowa "dopoki smierc nas nie rozlaczy" nie znacza nic, ani dla malzonkow, ani dla kosciola. No chyba, ze kandydat na rozwodnika nie ma odpowiedniej kasy, wtedy kosciolowi przypomina sie, ze jednak malzenstwo dokonane poprzez przysiege przed oltarzem jest nierozerwalne. Pamietacie zapewne Kurskiego, ktory z pierwsza zona i dziecmi pokazywal sie w Watykanie, poddawal blogoslawienstwom Wojtyly, no nie wymiga sie, sa dowody na zdjeciach. A niedlugo potem okazuje sie, ze malzenstwo zostalo uniewaznione przez kosciol i zawarte po raz drugi z inna kobieta. Mnie interesuje tylko jedno. Koscielne uniewaznienie malzenstwa to nie jest rozwod, oni to zawsze podkreslaja, ze nie ma rozwodow koscielnych, malzenstwo moze byc jedynie uniewaznione, to znaczy jakby go nigdy nie bylo. Co wobec tego z potomstwem Kurskiego? Stalo sie nieslubne czy jak?
Nie on jeden robil szopki z uniewaznieniami, bo teraz jest modnie brac slub za slubem koscielnym. Ale jeszcze modniejsze jest malzenstwo rzymskie. Parka sie spotyka, zakochuje, postanawia zyc razem, ale bez papierow, czesto maja dzieci niosace za soba problemy formalne, czy zostawic je nieslubnymi, czy przyznac sie do ojcostwa, no ale jakos leci. Wystaja na sciankach, bo to glownie celebryci i aktorzy popelniaja te rzymskie malzenstwa, opowiadaja, jak to im dobrze, jak nie potrzebuja papierka, zeby sie kochac i dzielic zycie, a potem trach! Facetowi staje na drodze inna Venus, do dotychczasowej partnerki rzuca w przelocie "poszla wont, tandeta", jak porzadny, to potem placi na dzieci, ale to nie zawsze zrozumiale samo przez sie, bo trzeba z Venus tokowac, a to kosztowne.
No i rzymskie malzenstwo rozpada sie jak krysztalowy wazon na miliardy kawaleczkow, a "tandeta" nie ma zadnych praw, jakie mialaby zona, nie ma podzialu majatku, ewentualnych alimentow, gdyby nie pracowala i roznych innych dobrodziejstw. Teraz przystojniak wystaje na sciankach z inna lady, o ktorej niedlugo zacznie opowiadac, ze zyje z nia w rzymskim malzenstwie. Tak wiec rzymskie malzenstwo brzmi efektownie i swiatowo, w kazdym razie ladniej niz konkubinat kojarzacy sie bardziej z patola zakrapiana promilami, ale jest pozbawione tresci prawnej. Taka nazwa dla snobow, zeby czasem nie uzyc tej zle sie kojarzacej.
Zmylilas mnie, zaczelas tak ze myslalam ze to chodzi o blogosfere, tworcow i wlascicieli blogow, czytelnikow, szczegolnie kiedy wspomnialas literature tylko niestrawna dla innych. No dobrze ze to nie o tym, tylko o polskim Hollywoodzie.
OdpowiedzUsuńUfff... mozna znow odpowiadac na komentarze, bo wczoraj moglam jedynie wstawiac nowe, nie dzialal knefelek odpowiedzi na komentarz, nie tylko na moim blogu.
UsuńNie no, calkiem celnie myslalas, bo to dotyczy rowniez niektorych z blogosfery, niezwykle nadetych i s*ajacych wyzej od wlasnego tylka.
To i ja powiem 'ufff' i jeszcze zmienie moje wyzej 'dobrze ze to nie o tym' na 'dobrze ze to o tym' bo to o ksiazkach wybitnie mi pasuje do nadecia lepszoscia.
UsuńTo moze i ja... a co!... czytam Goethego w oryginale, choc jeszcze miewam czasem problemy z duzymi literami gotyku (a co!!!), ale kto mnie przebije? :)))))
UsuńA co mi tam, sprobuje przebic, moze nie Ciebie, ale kogos, bo tak sie sklada ze czytam tylko po angielsku, bo z ksiegarni takiej jaka mam w poblizu.
UsuńDawno temu, jeszcze w polskim zyciu, udalo mi sie przeczytac mala cienka ksiazeczke po angielsku i choc nie zrozumialam kazdego slowa, to jakos tresc pojelam i bardzo bylam z siebie dumna. Ale nikt nie przebije Weidel, ona pracowala kilka lat w Chinach i mowi biegle po chinsku (nie pytaj o dialekt, nie wiem).
UsuńZnowu temat wybrałaś bardzo trafnie i trudno z Tobą się nie zgodzić, mam jedną taką koleżankę lekko snobkę, ale szybko sprowadzam ja na ziemię i często mi sie to udaje, ale te napady snobizmu jednak lubią wracać...co do małżenstwa rzymskiego ..w tym wypadku lepiej nie dorabiać się potomstwa , z dziećmi lepiej zapewnić sobie papierek
OdpowiedzUsuńJa nie sprowadzam ich na ziemie, przygladam sie ino w oczekiwaniu na pekniecie zylki wiadomogdzie, to znacznie bardziej zajmujace od prob sprowadzania, zreszta u nich to mission impossible, jako ze tkwienie w snobizmie daje im to poczucie lepszosci.
UsuńKonkubinat to konkubinat, a rzymskie malzenstwo to smarowanie gowna miodem.
po pierwsze 🤣🤣🤣🤣🤣🤣🤣🤣🤣🤣
OdpowiedzUsuńpo drugie my nie mamy papierka z Naczelnikiem i cholera jasna zaczynam sie martwić i chyba cos musimy z tym zrobić
A po co? Dopoki nie zaczniecie swirowac z nazewnictwem, no bo mylace "malzenstwo", jakie by nie bylo, rzymskie, cywilne czy konkordatowe, zawsze lepiej brzmi w zapyzialej katolicko Polsce niz konkubinat czy zwiazek partnerski. A jak taka w garsonce i moherowej beretce uslyszy na dodatek "rzymskie", to zara jej sie z Watykanem skojarzy i nie opluje. ;)
Usuń